31 stycznia 2014

Powiązania Crowdeana Colonela

~~*~~ POWIĄZANIA ~~*~~

BLISKA RODZINA

RODZICE: 

Thomas Colonel - ojciec. Szef departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof. Czarodziej, który doszedł do swego stanowiska ciężką pracą. Kocha swoją rodzinę i jest gotowy bronić jej za cenę swego własnego życia. Były Gryfon

Joanne Blackwater-Colonel – Matka. Uzdrowicielka na oddziale Urazów Pozaklęciowych. Pracowita i bystra kobieta, zawsze mająca czas dla swojej rodziny. Była Krukonka.

RODZEŃSTWO:

William Colonel – Starszy brat. Kapitan i ścigający w drużynie Zjednoczeni z Puddlemere. Był w siódmej klasie gdy Crowdean właśnie na pierwszy rok przybył do Hogwartu. W czasach swej nauki również grał w Quidditcha na pozycji ścigającego, przez ostatnie trzy lata swej nauki kapitan drużyny. Były Gryfon.

Annabell Colonel – Starsza siostra Crowa. Pewna siebie, z inteligencją i bystrością zdecydowanie odziedziczoną po mamie. Jest dwa lata młodsza od Williama. Obdarzona talentem wokalnym i muzycznym. Założycielka, wokalistka, jedna z gitarzystów i liderka mało znanego zespołu rockowego Que?tion. Była Krukonka.

Clara i Timothy Colonel - jedenastoletnie już bliźniaki we wrześniu mające być uczniami Hogwartu. Dwie papużki nierozłączki, rozrabiaki, szalone ogniki mające więcej energii niż to wygląda z początku.


DALSZA RODZINA:

COLONEL:

Alexander Colonel – dziadek. Właściciel sklepu zoologicznego na pokątnej. Ukochany dziadek dzieci swego syna. To po nim Crowdean najprawdopodobniej odziedziczył zamiłowanie do wszelkich magicznych stworzeń i talent do zajmowania się nimi. Jego żona zmarła po porodzie swego młodszego syna. Były Gryfon.

Franklin Colonel – młodszy brat Thomasa, wuj Crowdeana. Niezbyt poważny, wyluzowany z optymistycznym podejściem do życia. Pomaga w interesie swego ojca. Były Gryfon.

Elucia Shadowsong-Colonel – żona Franklina. Miła i ciepła kobieta. Mugolaczka. Była Puchonka.

Ian Colonel – Syn Franklina i Eluci. Kuzyn Crowa. Siedem lat. Mały i rezolutny chłopaczek kochający książki.

Terry Colonel – Syn Franklina i Eluci. Sześć lat. Energiczne dziecko marzące o karierze gracza Quidditcha.

BLACKWATER:

Ivan Blackwater – Nieżyjący dziadek Crowa.

Carmen Blackwater – Matka Joanne i babcia jej dzieci. Wyrzekła się córki i jej rodziny gdy ta oznajmiła, że nienawiść do mugoli jest bezsensowna i wyszła za zdrajcę krwi. Nigdy nie widziała swoich wnucząt. Była Ślizgonka.

Carter Blackwater – Wuj Crowa a zarazem jego największy koszmar z niewyjaśnionych dla wszystkich (prócz Crowa oczywiście) przyczyn. Podły i bezwzględny czarodziej, przeciwnik mugoli i szlam. Najprawdopodobniej Śmierciożerca, lecz te dane są niepotwierdzone. Starszy o rok brat Joanne, matki Crowdeana. Były Ślizgon.

Jasper Blackwater  – młodszy brat Joanne Colonel, drugi wuj Crowa. Całkowicie podziela poglądy swej siostry, przez co również został wydziedziczony. Przez pewien czas mieszkał z rodziną swej siostry, dzięki czemu ma doskonałe stosunki z jej dziećmi. Były Krukon.


INNI:

PRZYJACIELE:

Johnatan Daniel Proudmore – Najlepszy przyjaciel Crowdeana. Czysta krew. Znają się od urodzenia i znają się o wiele lepiej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Wiecznie się zakłada z Crowem o różne dziwne i niebezpieczne często rzeczy. Gryfon.

Eva Reeve - Osobistość, z którą Crow regularnie drze koty. Każdy wieczór praktycznie w pokoju wspólnym jest "umilony" ich potyczkami słownymi, które oczywiście toczone są w żartach a i wszyscy już się do nich przyzwyczaili. Gryfonka.

ZNAJOMI:

27 stycznia 2014

Life is not about waiting for the storm to pass, it's about learning to dance in the rain.



 
        















ELIAS FREDERICK LANCASTER













Suche fakty:

 Dom: Hufflepuff
Status krwi: Czysta 
Data urodzenia: 23.08.1959 (VII rok)
Miejsce urodzenia: małe miasteczko Green Abbey
Quidditch: Ścigający, Kapitan 
Patronus / Bogin: Papuga / Dementor
Zajęcia dodatkowe:
Klub Pojedynków
Różdżka: 12 cali, włókno ze smoczego serca, wierzba, odpowiednio giętka.

Ciekawsza historia:



                Słońce znajduje się wysoko nad głową Eliasa Lancastera, gdy ten odchyla głowę by móc na nie spojrzeć. Promienie rażą go, więc przystawia dłoń do czoła, a następnie ściera nią kropelki potu, które spływają z jego ciemnych włosów. Zbliża się koniec upalnego sierpnia, miesiąca zwiastującego początek prawdziwego, chorobliwego końca. Ostatni rok szkolny, a następnie samodzielne, dorosłe życie. Siódmy rok w Hogwarcie. Chłopaka dopada chandra, tak rzadko u niego spotykana. Zazwyczaj kipiący entuzjazmem, machający ręką na wszystkie problemy, bo wierzący że każdą złą sytuacje można odwrócić w coś przyjemnego i wyciągnąć z niej korzyści; a teraz? Będzie to ostatni czas miotlarskich rozgrywek, szybowania w powietrzu i przerzucania kafla przez obręcz, wywołując tym samym fale radości wśród wiwatujących Puchonów. Koniec przewracania się o ludzi na korytarzach, gdy popadło się z kolegą we wciągającą dyskusje, lub wskutek odmawiania noszenia okularów, pomimo swojej wady wzroku. Czy to także koniec zaczepiania ładnych dziewcząt, które tylko przewracają oczami, po części do tego przyzwyczajone?  
Koniec, koniec, koniec.




               Jednak jeszcze tyle wspaniałych miesięcy przed nami, dopada go myśl i znów czuje, że powraca do niego dawna energia. Wchodzi do domu, podąża schodami na górę a następnie otwiera drzwi do swojego pokoju. Nigdy nie czuł, że należy do niego – i te cztery ściany, w których się teraz znajdował i dom, w którym były umieszczone. Czuł się tutaj bardzo obco i nieswojo. Ale wtedy wzrok Eliasa podąża ku miejscu, gdzie znajduje się jego największa, najwierniejsza przyjaciółka. Podchodzi ku przedmiotowi, po którego następnie sięga i chwyta silną dłonią. Wówczas gładzi swą miotłę, jakby znaczyła dla niego tyle samo, co dziecko dla kochającej matki. W oczach kształtują mu się iskierki ekscytacji i już czuje, jak wiruje w powietrzu a obok jego nosa przelatuje destrukcyjny tłuczek. Pałkarze nie pozostają dłużni czujności tej  czarnej, ciężkiej zmory wszystkich zawodników i odbijają ją jak najdalej od rozgrywającej pasjonującą grę drużyny Puchonów. Elias ściska mocniej swoją ukochaną miotłę, dzięki której zdobył dla drużyny ponadprzeciętną liczbę punktów. Właśnie dlatego wybrali go na kapitana, a także z powodu jego oddania się quidditchowi całym sercem.



                Z zamkniętymi oczami i cały pogrążony we wspomnieniach zapomina o rzeczywistości, do której przywołuje go dobiegający z jadalni głos matki. Najwyraźniej skrzaty przygotowały już jedzenie, myśli. Trudno było mu wyzbyć się wrażenia, że rodzice byli rozczarowani wyborem Tiary Przydziału, która przed laty umieściła go w domu Helgi Hufflepuff. Oni sami, choć minęło już od tego zdarzenia szmat czasu, uczęszczali do Ravenclawu i Slytherinu, jedynych domów, do których budzili respekt. Co prawda nigdy dosłownie nie wyrazili swojej pogardy do syna, jednakże łatwą czynnością było wyczytanie rozczarowania matki z jej dokładnie analizujących wszystkie popełnione błędy wychowawcze oczu. Jej twarz była jak książka, a gesty jak lupa, którą podawała Ci byś mógł dokładnie przyjrzeć się zarodkom jej wszystkich emocji. Jednak Elias starał się nie myśleć o uczuciach rodzicielki i surowego z natury ojca, który przy każdej okazji krytykował jego ekscentryczny styl bycia. Przyzwyczajony, przestał odczuwać do nich żal i smutek. Lubił siebie, lubił swoje życie. Zawsze niepoważny entuzjasta, który dla każdego mógł stać się kumplem. Oddany kwestiom, które sprawiały mu frajdę, ideom, dzięki którym czuł, że żyje. Zawsze próbujący wymigać się od niekorzystnych konsekwencji popełnionych uczynków, a także czarodziej o ogromnym poczuciu humoru i pokładzie energii. Elias zawsze żył w świecie możliwości, rozkoszując się przyjemnościami dnia codziennego. Zawsze był pierwszą osobą, która przyjdzie Cie pocieszyć.  Ambitny, stawiający sobie coraz to wyższe poprzeczki i poprzez ciężką pracę starający się je przeskakiwać. Infantylny, często krzywi buzie w głupie miny. Chłopak stara się ignorować konflikt, zamiast stawić mu czoło. Jest bardzo spostrzegwaczy i doskonale potrafi zinterpretować zachowanie człowieka.



       Jednak nie trzeba było posiadać spektakularnego talentu, by zinterpretować irytujące zachowanie siedmioletnich bliźniaczek, sióstr Eliasa. Dziewczynki krzyczały na skrzaty podające jedzenie i obrażały od śmierdzących łachmaniarzy. Po prostu były idealnym przykładem córeczek tatusia, który teraz zapewne żałował, że jego jedyny syn nie postępuje tak samo. W tym samym momencie Elias ubolewał, że na jego talerzu zamiast pizzy musi znajdować się spory kawał martwego zająca. Że zamiast coca-coli musi pić bezalkoholowego szampana w eleganckim kieliszku. Że nie siedzi teraz w Wielkiej Sali i nie rzuca jedzeniem w siedzącego naprzeciw niego kolegę z roku. Że nie podsłuchuje rozmów ślicznotek z Gryffindoru, siedzących niedaleko. Ale siedział i, mimo że niechętnie, jadł co miał nałożone na talerz, głównie po to, by sprawić przyjemność skrzatom domowym. Jak zwykle dzielił się z rodzicami i obiema siostrami serią żartów, które nigdy ich nie śmieszyły. Zdawał sobie z tego sprawę, ale przynajmniej stwarzał sobie okazje, by trochę pośmiać się z ich poważnych reakcji.


Pozostał mu tydzień.
Tydzień i ujrzy ponownie peron 9 i ¾. 
Wsiądzie do pociągu.
Ten podążał do jego prawdziwego domu.

"Hogwarts will always be there to welcome you home"




KOLIGACJE || LUSTRO


[Witam, to moja druga karta, pierwszą postacią jaką tu stworzyłam jest Kristel Scriven (Ravenclaw). Ponieważ mam na niej dużo wątków, to nie chce obciążać się za bardzo na Eliasie, dlatego akceptuję jedynie naprawdę świetne, czasem nawet "matriksowe" pomysły. Jak wątek nie wypali, bo będzie po prostu ziać nudą, to napiszę do Ciebię, że chce go przerwać. Mój nr gg:  47691444 jeśli chcesz omówić jakieś wątki (jestem również adminką, więc możesz pisać w sprawie bloga). 
Twarzy użyczył Dylan O'Brien.
Cytat w tytule - nie znam autora (znalezione na tumblr).
Cytat w karcie: J.K Rowling
Miejsce urodzenia postaci zmyślone.]







Stara karta.


Wielu żywych zasłużyło na śmierć, a cza­sem umierają ci, którzy zasłużyli na życie. Pot­ra­fisz im je za­pew­nić? Nie sądź i nie uśmier­caj tak pochopnie.

Nie można już w Tobie poznać tego wesołego, świadomego własnej aparycji chłopaka, chociaż cienie pod oczami, których parę miesięcy temu jeszcze nie było, nie odejmują Ci nic z Twojej przystojności. Gdzie zniknął uśmiech? Gdzie iskierki tańczące w oczach? Gdzie radość z pędzenia z zawrotną prędkością na nowym Zamiataczu, którego dostałeś od ojca w prezencie, z jego sklepu? Gdzie się podział Benjamin Georgijew, bo to, co jest teraz, to z pewnością nie może być on.
Tęsknisz za Bułgarią, za nieco chłodnymi w obyciu Bułgarami, za mieszkaniem w jej stolicy, Sofii i całkowitą anonimowością i bezosobowością jaką Ci dawała. W zamian dostałeś Londyn, a potem małe szkockie miasteczko, Aberfeldy i co, i co Ci z tego przyszło? Śliczne oczy i blond pukle, w których od razu się zakochałeś, chociaż miałeś zaledwie parę latek i fatalny akcent, a uczucie rosło i rosło, a potem zostało przerwane i nic, nic nie jest już w stanie Ci go przywrócić, a cierpisz przez własną głupotę, głupotę i propagację ideologii Czarnego Pana, ślepe jej oddanie i przekonanie o jej słuszności. Jesteś mordercą, bestią w ludzkim ciele, zbrodniarzem i nie ma Cię już wcale, odeszłeś razem z nią, bo to Ty ją zabiłeś. Zielone światło, zielone jak barwa Twoich szat, Twoich oczu, Twój ulubiony kolor. To Ty ją zabiłeś i już nawet Ognista nie daje tej samej możliwości zapomnienia co dawniej. 

Nieus­tająca zmien­ność poglądów, wy­powie­dzi, intencji,
uda­wad­nianie nieis­tnieja­cej dos­ko­nałości,
po­gar­da dla świata, od­biera­nie odrębności,
to ta­kie dro­biaz­gi, psujące nie tyl­ko między­ludzkie relacje.

Benjamin Nikołaj Georgijew, prawie siedemnaście lat krytykowania szlam, mugoli i mugolaków, i chwalenia się czystością własnej krwi i bułgarskim pochodzeniem (już nie) plus sześć noszenia na piersi zielono-srebrnego godła przedstawiającego węża, pięć trenowania quidditcha pod okiem szkolnego trenera (już nie), cztery potajemnego wymykania się z kolegami na Ognistą Whiskey do Hogsmeade (już nie), trzy chlubienia się patronusem w postaci wilka (już nie) i trzy uciekania przed zamaskowaną osobą, którą jest on sam, dwa zabiegania o względy blondwłosej Gryfonki (już nie) i rok możliwości tytułowania się tym, który miał odwagę zrezygnować z nadania mu miana poplecznika Czarnego Pana, ale też mordercy, spędzone na Wieży Astronomicznej w towarzystwie starej przyjaciółki, Ognistej. 



______________________________________________________________
[klik] [klik]
gg (walić śmiało): 49781502
cytaty: no name, Królowa Matka, Tolkien
wizerunek: najcudowniejszy (nie zawsze) Lachowski
kolejna, czwarta już karta dziecka mordu, z której jestem w miarę zadowolona
dziecko mordu żyje własnym życiem, nie odpowiadam za niego i jego postępowanie xd

26 stycznia 2014

[stara karta] I cokolwiek uczynię, zmieni się w to, co uczyniłam.

                             

Josephine Teodora Hawkins
Ravenclaw || VI rok
 urodzona 26 kwietnia 1960 roku || Portree, wyspa Skye, Szkocja
różdżka z drewna grabowego  || 8 1/2 cala || pióro dirikraka
zielarstwo || historia magii || szachy czrodziejów
półkrwi || jedna z dwóch
fajerwerki || fretka

OGÓŁY
dumna || cyniczna || egocentrycza || wrażliwa
córka z pierwszego małżeństwa || nazwisko po ojcu
zawsze na drugim miejscu || odepchnięta przez rodzinę
niewysoka || chorobliwie chuda || szatynka || zielone oczy
dworek w Portree || mnóstwo pieniędzy || marzy o prawdziwej miłości i idealnym chłopaku


 SZCZEGÓŁY
wegetarianka || nie je słodyczy
piękny uśmiech || rzadko na twarzy
śpiewa || zbyt nieśmiała na szkolny chór
nałogowa fanka quidditcha || Chluba Portree
woli Pokój Życzeń i bibliotekę od korytarzy || unika ludzi
kociara || posiadaczka czarnego kota imieniem Sherlock
fanka powieści sir Artura Conan Doyle’a || uwielbia mugolskie kryminały

Jeśli jeszcze jej nie kojarzysz, to znaczy tylko, że dobrze gra swoją rolę. Tak, ona nie chce być zauważona. W sumie to rzadko pojawia się na korytarzu. Woli siedzieć w Pokoju Życzeń, bibliotece, czy kuchni. Znają ją tylko skrzaty domowe, nawet nie wszyscy nauczyciele mogą wskazać, która to jest. Nie znaczy to, że źle się uczy. Chorobliwa ambicja sprawia, że musi mieć najlepsze stopnie. Nie, to nawet nie ambicja. To po prostu chęć pokazania rodzinie, że jest coś warta.
Chcesz ją poznać?
POKÓJ ŻYCZEŃ || POWIĄZANIA || HISTORIA



[Odautorsko:
Dzień dobry wieczór oto ja i Jo.
Mam nadzieję, że ją zaakceptujecie, a nawet pomożecie wyjść na korytarz.
Cóż, nadzieja matką głupich.
Oddaję głos do studia,
C.
PS. Cytat w tytule pochodzi z książki Rafała Kosika.
PS 2. Wizerunku użyczyła Lucy Hale
PS 3. Dedykowane Onomatopei, która jara się tą postacią jak głupia <3]

Poszedłem do lasu, wybrałem bowiem życie z umieraniem...

Chcę żyć pełnią życia. Chcę wyssać wszystkie soki życia! By zgromić wszystko to, co życiem nie jest, i by nie odkryć tuż przed śmiercią, że nie umiałem żyć. 




Mary MacDonald
Gryffindor | VII rok
półkrwi



Bądź

Urodziła się w zwykłym londyńskim szpitalu w zwykłe, choć nadzwyczaj ciepłe, kwietniowe popołudnie. Dom na obrzeżach miasta, w którym przyszło jej mieszkać przez całe swoje życie, był zwykłym budynkiem, powstałym na krótko przed jej narodzinami, należącym do zwykłej kochającej się rodziny. Tyle że każda rodzina posiada sekrety, sekrety sprawiające niekiedy, że przestaje być sobie po prostu „zwykłą” rodziną. Elisabeth MacDonald, kobieta o dziwnym zamiłowaniu do mioteł i grubych, zakurzonych książek jakoś nie była nigdy chętna do pogawędek z mężem, Williamem, na temat swojej przeszłości, sięgającej dalej niż pierwszy rok studiów medycznych. Wszystko się zmieniło, gdy nagle, pewnego kwietniowego poranka, do kuchennego okna państwa MacDonald zapukała sowa z listem, zaadresowanym do ich, jedenastoletniej wówczas, córki Mary. Dziewczynka dostała się do szkoły magii! A to ci heca. Tylko skąd ona, do licha ciężkiego, magiczna?
Szczęśliwa jak nigdy w życiu, obładowana nowymi książkami i kompletem szat, w które matka zawinęła jej teleskop, z różdżką w zbielałej piąstce, pojechała do Hogwartu, miejsca, gdzie wszystko było nowe, obce dla niziutkiej jedenastolatki, czarownicy od niespełna dwudziestu minut. I mimo że od tamtego momentu minęło kilka długich, obfitych w nowe wydarzenia lat, jej nadal trudno jest się przyzwyczaić. Mary MacDonald czas od zawsze przelatywał przez palce szybko niczym piasek.


Żyj

Ta dziewczyna to uwarzony w pośpiechu eliksir wielosokowy, któremu brak chyba kilku much siatkoskrzydłych i paru gram sproszkowanego rogu dwurożca. Jest jednocześnie skromna, odrobinę skryta i cholernie pewna swego. Delikatna jak róża przy czym uparta niczym osioł. Zdeterminowana, by osiągnąć cel, momentami zbyt ambitna prawie-romantyczka, mocno stąpająca po ziemi. Ździebko zgryźliwa, niezwykle dobrze wychowana młoda dama. Czasami powinna mocno ugryźć się w język, gdyż przemądrzałość ma we krwi, tyle że ona się tak z troski wymądrza, bo to bardzo uczynna panna o wielkim sercu, która nie może patrzeć, jak ktoś z głupoty własnej robi sobie krzywdę, w każdym tego słowa znaczeniu. Kameleon prawdziwy. Ale czy to dziwne? W dzisiejszych czasach trudno jest podjąć jakąkolwiek decyzję, trzeba być elastycznym, mobilnym, jak to mówią.
Gra na pianinie, a kiedyś, dawno temu, chciała zostać gimnastyczką artystyczną. Wielka szkoda, że rodzice zapisali ją na balet. Filigranowa blondyneczka – idealna do wywijania piruetów. Tyle że ona nienawidzi, jak ktoś narzuca jej swoją wolę, robi się wtedy niezwykle nieprzyjemna. Łatwo więc domyślić się, że kariera baletnicy zakończyła się fiaskiem. Tak samo było z grą w quidditcha.
To nie typ kujonki, buntowniczki czy słodkiej dziewczynki. Właściwie, to nie jest żaden typ. Może Mary to po prostu nudziara, zwykła dziewczyna, spacerująca sobie po zamku z małym cynowym kociołkiem pod pachą, przysiadająca na co drugim parapecie, by pomyśleć chwilę, warząca przynajmniej dziesięć eliksirów w tygodniu maniaczka? Chociaż maniaczka i zwykła dziewczyna raczej nie idą w parze... To może lepiej samemu się przekonać? Tak, to chyba będzie najlepsze rozwiązanie. Tylko że problem tkwi w tym, że ją czasem naprawdę ciężko w tym wielkim zamku znaleźć. 





Jestem Lalką z Kruchej Porcelany. Jestem Kometą Halleya. Jestem Mistrzynią Eliksirów, zagubioną blondynką o przenikliwym spojrzeniu. Jestem Mary, miło poznać. 



[ Wizerunek: Teresa Palmer (z we<3it)
Cytat na początku: "Stowarzyszenie Umarłych Poetów"
nr gg: 18696006
Kocham wszelkiego rodzaju wątki. 
Veritaserum - informacje standardowe
Amortencja - powiązania
Ostatnio aktualizowane: 16.02.2014
Razem z Mary po raz pierwszy ukazałyśmy się w sierpniu 2012 na drugiej odsłonie bloga Czas Hogwartu.]

25 stycznia 2014

All I want to do is be more like me and be less like you




Nazywam się Syriusz Black. I właśnie to, szlachetne i dumne nazwisko, powinno mnie zdefiniować. Powinienem być pogromcą szlam, wrogiem mugoli i wyznawcą tych zaśniedziałych, wytartych farmazonów o czystości krwi.
Powinienem codziennie rano budzić się z poczuciem, że jestem kimś lepszym, a fakt, iż pochodzę z rodziny czysto krwistej, o korzeniach sięgających średniowiecza, stawia mnie w pozycji władczej wobec tych, których przodkowie nie są równie światli. I najlepiej dawać temu wyraz, na różne wyrafinowane sposoby, odkąd tylko otworzę oczy o poranku aż do chwili, gdy zamknę je późnym wieczorem.
Powinienem zostać przydzielony do Slytherinu, bez ani jednego szlabanu zaliczyć te siedem lat edukacji, a następnie zacząć grzać tyłek na jakiejś ciepłej, załatwionej przez rodzinne wpływy i koligacje, posadce w Ministerstwie Magii,.
Powinienem więzy krwi stawiać nad wszystko inne i nigdy nie poznać smaku prawdziwej przyjaźni. Nie powinienem marnować czasu na ludzi i rzeczy, które nie mogą przynieść chwały mojemu rodowi. I nie mieć szans na to by dowiedzieć się, że prawdziwa rodzina wcale nie musi być z tobą spokrewniona, a osoby, z którymi łączy cię ta sama krew wcale nie muszą być rodziną.
Powinienem gardzić mieszańcami i hybrydami.
Powinienem, za parę lat, poślubić jakąś zacną panienkę z arystokratycznego rodu, najlepiej moją dalszą kuzynkę, zrobić jej kilkoro rozkosznych, szlacheckich berbeci, a następnie zacząć wpajać im te wszystkie brednie uniwersalne prawdy życiowe, z którymi zapoznano mnie chyba jeszcze nim nauczyłem się płakać. Wszystko by podtrzymać tradycję.
Powinienem nosić głowę uniesioną wyżej, niż większość osób jest w stanie ją zadrzeć i szczycić się rodzinnym złotem w Banku Gringotta.

Powinienem nigdy nie zazdrościć Jamesowi, tego, jak wygląda jego życie. Ba! Powinienem gardzić sposobem, w jaki prowadzą swoją egzystencje Potterowie.

Taki właśnie powinienem być.
Ale, no cóż…
 nie jestem.


Moi rodzice mieli przeogromnego pecha i spłodzili największego buntownika na świecie.  Mnie - wywrotowca, który strasznie nie lubi, gdy mówi mu się, co powinien robić i jak żyć. I chyba, Orinon i Walburgia Black, dotąd nie do końca radzą sobie z faktem, że dokonałem w ich planie na moje życie pewnych modyfikacji.
Szanowane, czysto krwiste towarzystwo wymieniłem na tą dziwną, pokręconą zgraję – Huncwotów.
Poczucie wyższości zastąpiłem poczuciem humoru.
Stołek w Ministerstwie Magii oddałem w zamian za wolność.
Zieleń i srebro wymieniłem na czerwień i złoto. Więzy krwi na przyjaciół. Uniwersalne dogmaty życiowe familii na moje własne, może trochę mniej uniwersalne, prawdy. Złoto Blacków na szarlotkę pani Potter.
Taki ze mnie syn marnotrawny. Zły pierworodny, który w poważaniu ma zszargane nerwy ojca i słabe serce matki chcących tylko mojego dobra…



… gdyby tylko matka dowiedziała się, że przyjaźnię się z wilkołakiem…
… gdyby tylko ojciec zobaczył jak wiele czasu zmarnowałem poświęciłem na stworzenie dwukierunkowego lusterka i Mapy Huncwotów …
… gdyby tylko dowiedzieli się, że jestem nielegalnym animagiem i w jakim celu nim zostałem…


… pewnie wypaliliby jeszcze większą dziurę w miejscu
na naszym drzewie genologicznym,
w którym kiedyś było
moje imię…
_____________
Syriusz Black
urodzony 06 listopada 1959 roku
szósto roczny | gryfon | animag | przyjaciel


________

[Matko! Nie miałam pojęcia, że tworzenie kanonicznych to taka ciężka praca. Ciągle miałam w myślach to żeby nie zepsuć Syriusza. Wyzwanie było podwójne, bo jest to jedna z moich ulubionych postaci. Nie zamordujcie mnie za tą kartę.
No i cóż… Zapraszam do wątków.

Syriusz, dzięki podpowiedzi merrie_melodies, ma twarz Bena Barnesa
w tytule Linkin Park i "Numb"

NAMIARY NA WIŚNIE Z KOMPOTU:
GG: 34678516
Pisać w celu ustalenia wątków, powiązań czy łotewa...]

24 stycznia 2014

"The­re we­re gram­ma­tical er­rors even in his si­len­ce."

Dante Scriven 


Czarodziej czystej krwi.
11 cali, włos z ogona jednorożca, leszczyna.
Ravenclaw, V rok.
Zajęcia dodatkowe z opieki nad magicznymi stworzeniami

*
(karta od 16+)

                  Wszystko jest idealnie uporządkowane, tak bardzo, iż Dante ma ochotę pociągnąć za biały, z kwiecistymi akcentami obrus i patrzeć jak wino niszczy dotąd doskonały materiał, a jedzenie ląduje na czarnym garniturze ojca, który odskakuje w szoku i może nawet upada do tyłu na nieskazitelnie wypolerowaną podłogę wraz z krzesłem. Zamiast tego siedzi tam z pozornie spokojną miną i znosi to. Skrzaty postarały się, by sztućce lśniły pod wpływem lampy halogenowej, a na szklankach nie znajdował się ani jeden oznak zaniedbania. Jego ręka wręcz świerzbi, by zrobić do cholery cokolwiek. Zepsuć obraz perfekcyjnej rodzinki, ale wie, że ojciec z matką nie daliby mu spokoju po tym incydencie, a siostra patrzyłaby na niego z dezaprobatą i prawdopodobnie ośmieszałaby go przy znajomych. Ponieważ… to nie może być prawda! Taki spokojny chłopczyk, grzeczny, ułożony, niewinny, nieśmiały, nie, ktoś taki jak on nigdy nie mógłby zrobić czegoś takiego. Więc sięga dłonią po kieliszek i przez moment bawi się nim oglądając sposób w jaki czerwona ciecz obija się o szklane naczynie, nim upija z niego potężny łyk. Zapach jedzenia unosi się po całym pomieszczeniu, ale on jest już najedzony i nie może zmusić się do kolejnych kęsów chociaż musi przyznać, że skrzaty jak zawsze wykonały dobrą robotę. Unosi wzrok do góry i patrzy jak jego matka odchyla głowę do tyłu i śmieję się długo i głośno. Dante zaciska palce tak mocno na szklance, póki jego knykcie nie robią się białe. Puszcza je luzem niedługo po tym jak irytujący dźwięk ginie w wesołej rozmowie pomiędzy jego ojcem, a siostrą. Czy oni w ogóle go zauważają? Nieważne. 
                   Chociażby chciał nie może zmusić się do odwrócenia wzroku, nawet jeżeli każdy ich gest gra mu na nerwach. Patrzy na siostrę odgarniającą sobie włosy za ucho, na jej wielkie szkliste oczy i to w jaki sposób ich matka puszcza jej spojrzenia pełne miłości, Dante zastanawia się w tej chwili czy gdyby wyszedł zauważyli by jego nieobecność. Odsuwa nieznacznie krzesło, które piszczy pod podłogą i może to był błąd ponieważ nagle wszyscy zwracają na niego uwagę, a on czuję się jak mały gówniarz pod ich ciężkimi spojrzeniami. Matka odchrząkuje unosząc do góry brew i odkłada widelec na talerz, a ojciec tuż koło niej nie spuszcza z niego wzroku. Na szczęście jego siostra ma na tyle przyzwoitości by wpatrywać się w jakiś punkt przed sobą.  To absurdalne, iż myśli, by przeprosić ich za to, ale co on zrobił? Dał znać, że jest żywy? W razie gdyby zapomnieli. 
- Wszystko w porządku, synu? – To pytanie jest tak niewinne, ale sprowadza łzy do jego oczu. Ponieważ kurwa nie, nic nie jest w porządku ojcze. Nigdy nie było. Ma ochotę mu to powiedzieć, czuję ciężkie słowa na języku, ale nie może nic z siebie wykrztusić jakby ktoś ściskał mu gardło, a może to po prostu spojrzenie jakie posyła mu ojciec z końca stołu. Myśli o tym jak w IV roku przebierał się w szatni z kolegami z klasy, a widok spoconych, jeszcze chłopięcych ciał sprawił, iż trzydzieści minut później robił sobie dobrze w opuszczonej sali i nie myślał o piersiach. Zawsze wiedział, że nie pociągają go dziewczyny choć nadal miał nadzieję, że z czasem mu to przejdzie, ale było wręcz przeciwnie, było coraz gorzej i Dante nigdy nienawidził siebie tak bardzo jak w momencie gdy ścierał lepką spermę ze swojego brzucha. Wbił paznokcie w uda pod stołem i starał się oddychać normalnie, aby nie spostrzegli jego zdenerwowania. Jest w porządku. Potem pomyślał o tym jak matka zmusiła go, by umówił się z piękną Krukonką, a gdy wrócił ze spotkania i nie miał zbyt dobrych wieści, posłała mu pocieszający uśmiech, a Dante starał się ignorować jej osądzające spojrzenie. Nadal stara się ignorować tego typu spojrzenia i wmawia sobie, że kochają go chociaż niewielką cząstką siebie. Ma wrażenie, że jego skóra pali pod ostrymi pociągnięciami paznokci, ale w jakiś chory sposób to dosyć uspokajające uczucie. Pozwala mu na moment pozbyć się ciężkości na sercu i skupić się na fizycznym bólu. Wszystko jest w porządku. Rzuca szybkie spojrzenie na siostrę i znów myśli o tym, że jest idealna. Wie to każdy. On, przyjaciele, rodzice, nauczyciele. Wie o tym za każdym razem gdy ludzie pozwalają wypuścić z siebie dramatyczne westchnie, a później ich słowa wyrywają się w jego głowie na wiele, wiele dni. 
„Powinieneś brać przykład ze swojej siostry…”. Wie, że czerwone linie na skórze nie znikną tak szybko jakby chciał, ale to nie powstrzymuje go od dalszego kopania palcami w uda. 
„Czekaj, on jest bratem Kristel? Niemożliwe!”. Jego oddech przyśpiesza coraz bardziej, ma wrażenie, że zaraz pęknie mu głowa ponieważ to za dużo. Niech przestaną na niego patrzeć. 
 „Kochanie, martwimy się o Ciebie, Twoja siostra zrobiła taką dobrą robotę, a ty…”. Powolnie wygładza materiał spodni i opiera łokcie o stół wreszcie mając odwagę by w pełni spojrzeć na swojego ojca. Przybiera na twarz wymuszony uśmiech i unosi w powietrze do połowy napełniony kieliszek, mając nadzieję, iż nikt nie zanotował jego drżącej dłoni. Po raz kolejny ucisza natrętne myśli i ignoruje szybko bijące serce. 
                  - Nigdy nie było lepiej, ojcze – mówi, zaraz po tym jak przeczyszcza swoje ściśnięte gardło, chcąc wydobyć z siebie chociaż trochę wesołego tonu i chyba mu się udaję, ponieważ znowu sięgają po sztućce i kontynuują przerwaną rozmowę. I dopiero gdy nikt nie patrzy, a fizyczny ból blaknie, jego uśmiech załamuję się, a pustka pochłania go całego. 

Wszystko jest w porządku.

*




[Hihi, witam wszystkich!:) W końcu zdobyłam się na napisanie tej nieszczęsnej karty. Moje przygody z blogami grupowymi są dosyć krótkie, ale oby tym razem było inaczej. Od razu mówię, Dante potrafi wykrzesać z siebie choć trochę poczucia humoru i nie zawsze jest tak krytycznie nastawiony. Okej, zawsze, no ale cóż poradzić. Nie przeciągając, zapraszam na wątki.]

22 stycznia 2014

I don't really want to learn to behave, amen.


Millicent Millie Walker
Ravenclaw, VI rok




Wprowadzenie.

Historia szatynki zaczyna się trzynastego sierpnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku w Brighton. Dokładnie o godzinie piątej nad ranem, w prywatnej klinice, na świat przyszła mała dziewczynka o oliwkowej cerze i dużych, piwnych oczkach, na której czubku głowy widniał jeden, brązowy loczek. Tak o to została najmłodszym dzieckiem państwa Walker, a zarazem jedyną dziewczynką z całej gromadki. Ktoś kiedyś powiedział, że najmłodsze dzieci mają najgorzej, patrząc na ten przypadek, z czystym sumieniem można powiedzieć: pieprzyć jego teorię! Millie stała się oczkiem w głowie wszystkich naokoło, a trzej starsi bracia pozwalali małemu terroryście (taki przydomek uzyskała w gronie rodziny mając zaledwie trzy lata) rozstawiać się po kątach.

O rodzinie słów kilka.

Millicent urodziła się w dobrze sytuowanej rodzinie z długą linią czysto-krwistych przodków. Ojciec zajmuje wysokie stanowisko w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, oraz jest członkiem Wizengamotu, matka natomiast teoretycznie zajmuje się domem, a praktycznie chodzi na towarzyskie spotkania, a całą domową robotę zostawia skrzatom. Jeśli chodzi o jej braci, to najstarszy z nich, Godric (26 lat), mieszka razem z żoną w Australii i pracuje w tamtejszym Ministerstwie Magii, Damien (24 lata) załapał się do pracy w 'Proroku Codziennym', a ten najbardziej bliski sercu szatynki, Dorian (19 lat), zaginął przed pięcioma miesiącami. Oficjalnie nikt nie wie co się z nim stało, jednak po cichu wszyscy wymieniają hipotezę, która wydaje się być wielce prawdopodobna: Dołączył do Sami-Wiecie-Kogo.

 Charakterne stworzenie.

Millie nigdy nie szczędziła sobie szczerości, od zawsze mówiła to co myślała, nie zdając sobie sprawy z tego, że rani tym ludzi ze swojego otoczenia. Nigdy nie rozumiała, po co ma owijać w bawełnę. Nie potrzebowała fałszywych przyjaciół, ani wymuszonych uprzejmości, których było (i jest) aż zanadto w środowisku, w którym się wychowywała, dlatego też starała się od tego wszystkiego odciąć najbardziej jak mogła. Przyglądając się szatynce na co dzień, ciężko doszukać się chociażby niewielkiej cząstki damy, na którą miała zostać wychowana. Wyszczekana, nosząca dżinsy i skórzaną kurtkę, paląca przemycane mugolskie papierosy i mówiąca wszystko co jej ślina na język przyniesie, łącznie z siarczystymi przekleństwami. Wielka fanka Quidditcha (chociaż nie gra w reprezentacji swojego domu) oraz wszelkiego rodzaju rywalizacji, czy to sportowych czy umysłowych. Żywiołowa i pełna energii, nocny marek, który najchętniej imprezowałby do białego rana, żeby tylko zobaczyć wschód słońca.





bogin: jej babcia
patronus: kruk
różdżka: 10 i 3/4 cala, olcha, włókno ze smoczego serca


_____________________
Moja druga próba z panią, zobaczymy co z tego wyjdzie! Wizerunek - Mila Kunis. Cytat tytułowy z TEJ piosenki.
GG: 13429912 

Powiązania Kathleen Kelmeckis


Rodzinka

Elizabeth Kelmeckis

Harold Kelmeckis