8 maja 2014

We are all just lost souls, aren't we?



Mary MacDonald
VII rok| Gryffindor




Kociołek, różdżka za paskiem, przydługie blond włosy i przenikliwe spojrzenie. Pierścionek na srebrnym łańcuszku, popękane usta i drobne ręce. Zbyt dużo myśli, za mało snu. Dzień za dniem, oddech za oddechem. 






18 komentarzy:

  1. [Dobrze robię, odpisując pod tą kartą? :)
    Chciałabym kontynuować wątek Benia z Mary, ale może już w innych okolicznościach... Szczerze, nawet nie bardzo pamiętam na czym ostatnio zakończyłyśmy... Przeniosłabym to spotkanie z wieży w jakieś bardziej przyjazne miejsce, w dzień, ale to zależy od Ciebie ;) ]

    Georgijew

    OdpowiedzUsuń
  2. Przez calutki dzień Ian chodził z wyjątkowo złym humorem, a to wszystko przez profesor McGonagall, nauczycielkę transmutacji, która po ostatnich zajęciach przywołała go władczym ruchem ręki i słowami: Blake! Podejdź tu do mnie! Z jej słów jasno wynikało, iż ma się tego samego dnia stawić w jednej z cieplarni aby tam uczestniczyć w próbach posadzenia jakiejś nowej magicznej rośliny, której nasiona dopiero co sprowadziła profesor Sprout.
    - Przykro mi, ale nie chodzę na zajęcia z zielarstwa - powiedział buntowniczym tonem głosu, krzyżując ręce na torsie. Mimo wszystko nie mógł wygrać z McGonagall i jej rygorystycznymi zasadami: kobieta szybko wyjęła z zanadrza kolejny haczyk i zarzuciła nim, nie dając chłopakowi szansy na ucieczkę. Jego marna próba ewakuacji zakończyła się spektakularnym fiaskiem.
    - Ale uczęszczasz na moje zajęcia, Blake. I o ile się nie mylę to twoje efekty nie są zadowalające. Więc proszę bez dyskusji, jeśli nie chcesz abym wyciągnęła konsekwencji z twojego braku zaangażowania.
    Chcąc nie chcąc, późnym popołudniem ruszył prosto do cieplarni, zastanawiając się po drodze jak mógłby przyczynić się do rozwoju jakiejś rośliny. W końcu naukę zielarstwa przerwał dość dawno temu i nie miał zielonego pojęcia o tych wszystkich krzakach i innych zielonych tworach przyrody.
    Ślizgon wszedł do środka, lecz zastał tam jedynie jakąś blondynkę, zapewne także wytypowana do pomocy. A może ona w porównaniu do niego zgłosiła się na ochotnika? - Cześć - mruknął, podchodząc bliżej i stając w bezpiecznej odległości. - Wiesz może o co chodzi z tą całą pomocą przy nasionach?

    Ian.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chłopak potrząsnął lekko jej dłonią, także lustrując ją wzrokiem.
    - Ian Blake - odparł po chwili. - I także nie mam pojęcia co tu właściwie robię - westchnął, opierając się plecami o szklaną ścianę cieplarni.
    Nazwisko MacDonald nie dawało mu zbyt dużo informacji, chociaż zważając na fakt, iż w swojej przeszłości obrał sobie za cel, by poznać większą część uczennic Hogwartu, to jednak tej jednej nie kojarzył choćby z widzenia. Z rozmyśleń szybko wyrwał go głos należący do profesor Sprout, która weszła do pomieszczenia w asyście McGonagall i wołała zarówno jego jak i Mary.
    - Weźcie to - rzekła z uśmiechem, w czasie gdy nauczycielka transmutacji stała z tyłu, obserwując ich poczynania. Ian obrócił głowę, wiodąc wzrokiem za drewnianymi kartonikami, które dopiero co wskazała kobieta.
    Chwycił w ręce jeden z nich i czekał na dalszą instrukcje postępowania.
    - Jak już zaniesiecie swoje skrzynie, proszę ustawić je na tamtym stole a następnie... - urwała w pół zdania, przerywając swój wywód z niewiadomego powodu. Kobieta zerknęła z ukosa na profesor McGonagall i pokręciła głową.
    - Następnie weźmiecie po małym nożyku i ostrożnie wyjmiecie nasiona. Widzicie? - dodała, biorąc do ręki małe nasionko. - Na końcu każdego ziarna znajduje się łodyżka, którą musicie odciąć i włożyć z powrotem do pudełka.
    Nasiona wsypiecie do leżącego na stole koryta i zakopiecie ziemią. Wszystko jasne? - uśmiechnęła się, życzyła im powodzenia i wyszła, zabierając za sobą srogą McGonagall.
    - Chyba pora zaczynać - mruknął w stronę Mary, biorąc do ręki także jej skrzynkę i idąc z nią do wyznaczonego miejsca.

    Ian.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ślizgon chyba całkowicie przypadkiem zbyt mocno ścisnął trzymane w dłoni ziarenko, gdyż z jego środka zaczęła wypływać jakaś dziwnie pachnąca żółta substancja, szybko rozprzestrzeniająca się po skórze. Natychmiast odrzucił je na podłogę, wycierając ręce wierzchem szaty. Na całe szczęście ciecz nie wyrządzała żadnych trwałych krzywd, przynajmniej nie od razu.
    - Czy ja wyglądam na kogoś kogo pociągają te wszystkie roślinki? - zapytał z ledwie zauważalnym uśmiechem, który tak rzadko gościł na jego twarzy.
    - Nie, nie interesuje się zielarstwem - kontynuował, nie dając jej dość do głosu. Złapał mały nożyk i wreszcie po wielu próbach udało mu się włożyć do drewnianej skrzyni wściekle niebieskie nasiono. - Powiedzmy, że to taka kara za marne wyniki z transmutacji - mruknął, niechętnie sięgając po kolejne ziarenko. - A ty co tu robisz? Bo zgaduję, że także nie pałasz wielką, odwzajemnioną miłością do zielarstwa.

    Ian.

    OdpowiedzUsuń
  5. Blake starał się podzielić uwagę i skupić ją zarówno na słuchaniu słów dziewczyny jak i na krojeniu kolejnych ziaren, co w konsekwencji poskutkowało następnym wyciekiem żółtego płynu.
    - Ja za to lubię obronę przed czarną magią - wyznał w odpowiedzi na jej wywód, ignorując przy okazji gorącą substancję kapiącą na jego skórę. Chyba jako jedyny ślizgon nie cierpiał eliksirów, które inni uważali za niezwykle przydatne i fascynujące. Dla niego były one jedynie stosem niezrozumiałych bzdur. Traktował ten przedmiot w kategorii zbioru zwykłych ingrediencji, które trzeba było wrzucić do rozpalonego kociołka i mieszać dla uzyskania wymarzonego efektu.
    bardzo ujmujące zadanie...
    Nie tak jak obrona przed ciemnymi mocami. Jako jeden ze śmierciożerców, którym został wbrew swojej woli, musiał wiedzieć jak należy walczyć by nie zostać zniszczonym a jedynie ten przedmiot mógł zapewnić mu coś na kształt bezpieczeństwa. - Uważaj - powiedział ze spokojem, ale wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił. A jednak...
    - Nie wiem do czego oni potrzebują tych roślin, ale ewidentnie coś z nimi nie tak - westchnął, pokazując jej swoje ręce.
    Teraz pod wpływem większej ilości cieszy, dłonie ślizgona pokryły się niebieskimi bąblami, identycznymi jak kolor nasiona. Z dozą dystansu dotknął jednego z nich: bąbel natychmiast pękł pozostawiając po sobie jedynie niezidentyfikowany ból. Na jego miejscu momentalnie wyrósł następny... - Odłóż to lepiej - powiedział cicho, samemu również odkładając nożyk i kilka nasion.

    Ian.

    OdpowiedzUsuń
  6. [Więc kombinujmy z Mary :D]

    Lilianne

    OdpowiedzUsuń
  7. - Zakaźne bąble pochodzące z nasion rośliny niewiadomego pochodzenia? Super, jeszcze tego mi brakowało - pomyślał, patrząc jak dziewczyna przebija jeden z nich. Efekt był natychmiastowy: jej prawa dłoń także pokryła się maleńkimi wypustkami.
    Musimy dostać się do Skrzydła Szpitalnego, jak najszybciej. Zaraz powinna zacząć się wysoka gorączka... - Starał się zachować zdrowy rozsądek, ale było to dość ciężkim zadaniem zważywszy na jej ostatnie słowa. Spojrzał na swoja rękę i na krwisto czerwoną otoczkę wokół każdego z bąbli. Nie musiał nawet ich dotykać by zorientować się, że temparatura jego skóry podskoczyła o kilka stopni w górę.
    - Jeśli Sprout dopiero co sprowadziła skądś te przeklęte rośliny, to wątpie by pani Pomfrey wiedziała jak się tym zająć - powiedział, wyznając na głos swoje lekkie obawy. - Nawet nie chcę myśleć co stanie się jeśli te bąble zainfekują inne części skóry...
    Ślizgon był wyjątkowo spokojny, co kompletnie nie pasowało do zaistniałej sytuacji. W końcu został on podstępem wpakowany w pomoc przy nasionach, dzięki czemu jego stan jest jaki jest, a mimo wszystko nie buntował się. Nie rzucał przekleństwami w stronę którejś z profesorek czy nie zaczął demolować cieplarni, co byłoby wytłumaczalnym postępowaniem. Hamował się, wiedząc, że to i tak nic nie da. Poza ty przez niego ucierpiała także dopiero co poznana dziewczyna...
    - Raczej nie powinniśmy tego tu zostawić tak na wierzchu - mruknął. - Epidemia niebieskich bąbli nie byłaby mile widziana w Hogwarcie.
    Z kieszeni szaty wyjął różdżkę, uważając przy tym na każdy swó ruch i kilkoma skomplikowanymi machnięciami otoczył skrzynie z nasionami niewidzialną barierą.
    - Przynajmniej nikt się do tego nie dobierze. - powiedział, czując jak jego organizm słabnie z każdą chwilą. - Idziemy już?

    Ian.

    OdpowiedzUsuń
  8. [emm... możliwe, tylko ja od bardzo długiego czasu nie mam gg, nawet nie pamiętam hasła, a wychodzę z założenia, że nie warto zakładać nowego numeru dla jednej osoby, więc... no :D]

    Lilianne

    OdpowiedzUsuń
  9. Ślizgon zastanawiał się czy słowa wypowiadane przez Mary są już objawem gorączki, czy może ten kulminacyjny moment ich przygody z nasionami jeszcze nie nadszedł.
    - Na Salazara, bąble nie są złym pomysłem? Ciekawe w takim razie co powiesz jak pani Pomfrey nie będzie potrafiła się ich pozbyć, albo jak namnoży się ich więcej - syknął z nieskrywaną ironią w głosie.
    Nie odezwał się już ani słowem, tylko szedł przed siebie zdecydowanym i szybkim krokiem, mając przed oczami tylko jeden cel: Skrzydło Szpitalne. Chciał jak najprędzej pozbyć się tego paskudztwa, czymkolwiek by ono nie było i wrócić do normalnego życia bez obaw, że zarazi kogoś niebieską wysypką.
    - Jesteśmy na miejscu - odrzekł jakiś czas później, nieuważnie łapiąc za klamkę i otwierając drzwi przed blondynką. Skrzywił się niezauważalnie, gdy kilka bąbli w kontakcie z metalowym uchwytem pękło z głośnym hukiem, ale zignorował to dość mało przyjemne uczucie pieczenia i kłucia i wszedł do środka, modląc się w duchu by pielęgniarka zdołała im pomóc.

    Ian.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zdziwił się, słysząc iż szkolna pielęgniarka wie jak pozbyć się tych okropnych pozostałości po przeklętych nasionach. Najwidoczniej zarówno profesor Sprout jak i McGonagall dobrze wiedziały w co ich pakują i na wszelki wypadek zawiadomiły kogo tylko się dało.
    Wytężył słuch, starając się zapamiętać reguły postępowania. Zamoczenie rąk w płynie nie wydawało mu się jakąś straszna czynnością, natomiast przebijanie bąbli w jego opinii było czymś o wiele gorszym, mając na uwadze swoje wcześniejsze doświadczenie w tej dziedzinie.
    - Nie pachnie zachęcająco, prawda? - zapytał, patrząc niepewnie w stronę Mary. - Ale chce to już mieć za sobą - dodał pod nosem i zanurzył dłonie w napełnionej po brzegi miednicy. Poczuł miły chłód ogarniający jego zaognione rany, zimno będące wybawieniem w stanie tak podwyższonej temperatury ciała.
    - No to kto pierwszy w kolejce to pozbywania się tych niebieskich wyprysków? Załóżmy,że damy mają pierwszeństwo - powiedziała pani Pomfrey jakiś kwadrans później, posyłając im zachęcające uśmiechy.
    Przez głowę ślizgona przemknęła tylko jedna, dość egoistyczna myśl, w której zgodził się ze stwierdzeniem kobiety.
    jeśli to ma nie być przyjemne to w porządku, damy mają pierwszeństwo...

    Ian.

    OdpowiedzUsuń
  11. Z lekką empatią spoglądał na igłę co rusz wbijającą się w dłoń blondynki i z każdą nową chwilą uświadamiał sobie, iż dziewczyna musi cierpieć. Sam nie przejmował się czymś takim jak ból: w końcu po wielokrotnych torturach klątwą cruciatus, jego próg nieco się wydłuża, przez co ludzki organizm staje się dużo bardziej odporny niż wcześniej. Czuł się jednak podle, zważywszy na fakt, iż to z jego winy dziewczyna siedzi właśnie w Skrzydle Szpitalnym zarażona niebieskimi bąblami. Gdyby tylko nie ścisnął tego przeklętego ziarna nic by się nie stało...
    - I co, nie było tak źle, prawda? - zapytał po skończonym zabiegu, zmuszając się do uśmiechu. Teraz sam zrobił to co uprzednio zrobiła gryfonka i położył ręce na kolanach, czekając na ruch pani Pomfrey.
    - Zaczekasz na mnie? Chyba powinniśmy wrócić do cieplarni na wypadek gdyby coś się tam jednak wydarzyło - powiedział w czasie gdy w jego dłoń wbiła się pierwsza igła, powodując iż niebieski bąbel pękł z hukiem, a z jego wnętrza wypłynęła żółta ciecz, brudząc swą konsystencją ceratę i fragment spodni chłopaka. Ślizgon skrzywił się niezauważalnie i dodał: - McGonagall i Sprout nie będą szczęśliwe jak nikogo tam nie zastaną.

    Ian.

    OdpowiedzUsuń
  12. Majowy poranek zwiastował nadchodzący piękny dzień – mgła jeszcze unosiła się na błoniach, okalając delikatnym obłokiem wszelkie rosnące tam rośliny. Chatka gajowego majaczyła w oddali, będąc malowniczym widokiem na tle wschodzącego zza gór słońca, będącego już dość wysoko nad ziemią. Jego promienie odbijały się w hogwardzkim jeziorze, tworząc przepiękną feerię odcieni czerwieni i pomarańczy. Powietrze przesycone było zapachem mokrej od rosy trawy oraz zapachami, dochodzącymi z otwartych okien wielkiej Sali, gdzie uczniowie spożywali bardzo wcześnie sobotnie śniadanie.
    Benjamin przysiadł na kamieniu, przez chwilę ogarniając wzrokiem całą tę edeński krajobraz, napawając się jego harmonijnością i spokojem. Na jego ramieniu przysiadła sowa, piękny samiec o mądrych, bursztynowych oczach, które mrużył, dzióbek kierując w stronę przeciwną do wschodzącego słońca. Ślizgon w dłoni trzymał zapieczętowany list, ze starannie wypisanym adresem. Pergamin wydawał się śnieżnobiały przy poszarzałej skórze chłopaka.
    - Dostarcz to im, dobrze? – powiedział miękkim głosem do zwierzęcia, które na dźwięk głosu swojego pana momentalnie odwróciło się w kierunku, skąd on dobiegał. Chłopa wręczył mu list, ufny w zdolności puchacza do odnajdowania się w terenie i pozwolił wzbić mu się w powietrze, razem z własną korespondencją.
    Przez chwilę śledził trasę lotu ptaka, by po chwili znów wystawić twarz do słońca, rozkoszując się błogością chwili. Pragnął przez jeszcze jakiś czas zapomnieć o bożym świecie, zapominając o problemach i wszystkim innym. Byle tylko jeszcze móc pobawić się normalność. Liczył na to, że jest sam na błoniach; Ben wątpił, aby komukolwiek chciało się wstawać w sobotę rano, by zaliczyć wschód słońca.

    Georgijew

    OdpowiedzUsuń
  13. Wciąż patrzył z ukosa na panią Pomfrey, która sprawnie przebijała bąble zalegające na jego dłoniach i rękach. Każde ukłucie wywoływało dość intensywny ból, lecz mimo to Ślizgon siedział z twarzą pozbawioną emocji. Musiał przyznać sam przed sobą, że ta przybrana maska była niezwykle przydatna. Nie raz wykorzystywał ją w sytuacjach, które wymagały ukrycia prawdziwych emocjonalnych stanów, zamieniając się w obojętnego Ślizgona pozbawionego uczuć.
    Po jakimś czasie - w opinii Ian'a dość długim - wszystkie niebieskie bąble zostały zostały usunięte, a skórę chłopaka zakrył bandaż. W czasie gdy podniósł się z krzesła, jego uszy zarejestrowały pytanie zadane przez Mary.
    - Czy wie pani, co to za roślina?
    - Niestety nie, drogie dziecko. - odrzekła kobieta, wyraźnie speszona. - Dostałam jedynie informacje co zrobić jeśli któryś z uczniów zostanie ranny. Jeśli intereruje cię zielarstwo to radzę porozmawiać z profesor Sprout.
    - dodała. - A teraz możecie wracać do szkoły. Przyjdźcie za dwa dni, zdejmiemy bandaże i zobaczymy czy wszystko się zagoiło.
    Ian'owi nie trzeba było dwa razy tego powtarzać. W pośpiechu ruszył w stronę drzwi wyjściowych, rzucając krótkie: do widzenia i zniknął, zatrzymując się dopiero po całkowitym opuszczeniu Skrzydła.
    - Nie uważasz, że to dziwne? - zapytał, gdy Mary zrównała się z nim krokiem.
    - No wiesz, te całe rośliny owiane taką tajemnicą. Pomfrey coś wie, tylko nie chciała nam tego powiedzieć...
    I spojrzał na nią badawczym wzrokiem, zaintrygowany tym niecodziennym zjawiskiem jakim z całą pewnością były sekretne nasiona.

    Ian.

    OdpowiedzUsuń
  14. [No hej :3 Jest i to ogromna! Proponuje zacząć wątek od Klubu Ślimaka lub nawiązać do wspólnego zamiłowania do transmutacji? Musisz mi tylko powiedzieć na jaki typ relacji masz ochotę? :)]

    OdpowiedzUsuń
  15. [Dziękuję bardzo! Zdjęciem sama osobiście się zachwycam, lepiej wybrać nie mogłam. A i tobie daję dużego plusa za wizerunek Palmer <3 Mój Leach pewnie dałby nawet większego :D]

    Leach

    OdpowiedzUsuń
  16. Powietrze Wielkiej Sali było przesiąknięte atmosferą podniecenia i niecierpliwości, tej dobrej, poprzedzającej tylko dobre wydarzenia. Uczniowie – czy też młodzież, która na czas upragnionego czasu wolnego porzucała maskę grzecznych adeptów – co chwila zerkali na tarczę zegarów, nie mogąc się doczekać wybicia godziny jedenastej. Ciało uczniowskie, w dni powszednie traktującą opozycyjne grupy z chłodną obojętnością, połączyła wspólna idea wyjścia do Hogsmeade, zbliżająca się tuż, tuż.
    Ben ze znużeniem wymalowanym na twarzy usiadł przy stole Slytherinu, teraz już prawie pustym. Zmęczenie odbijało się na całej postawie chłopaka; nie spał całą noc i teraz dosłownie padał z nóg; chociaż zdarzały się mu już dłuższe okresy bez snu, jednak ten był wyjątkowo… intensywny. Chłopak czuł, że dosłownie nie ma siły na nic.
    Georgijew zdał sobie sprawę, że od dłuższej chwili przysypia nad pustym talerzem. Zmieszał się trochę (dałby sobie głowę ciąć, że w uroczy sposób poczerwieniały mu policzki, coś co działo się zawsze, kiedy był zakłopotany, a czego szczerze i do bólu nienawidził), ale chyba nikt nie zwracał na jego postępowania uwagi, także nie przejął się tym za bardzo.
    Obrzucił pustoszejącą Wielką Salę zmęczonym spojrzeniem, po czym doszedł do wniosku, że nie jest głodny. Wstał od stołu, ale zrobił to tak niefortunnie, że zatoczył się na stojącą akurat za jego plecami osobę. Benjamin zdołał utrzymać się na nogach, ale ofiara Ślizgona chyba nie miała takiego szczęścia – chłopak usłyszał głuchy trzask upadającego ciała. Obrócił się, zdziwiony takim obrotem spraw, twarzą w twarz ze swoją ofiarą.

    [Mam nadzieję, że takie przewrócenie Mary to nie jest jeszcze zbyt rażąca ingerencja? ;) ]
    Georgijew

    OdpowiedzUsuń
  17. [Czasem trzeba długo szukać odpowiedniego wizerunku. Palmer pasuje do mojego wyobrażenia twojej postaci, także dobry wybór :D
    Mary mogłaby go nauczyć tego zaklęcia, ale wydarzenie to byłoby już w przeszłości. Może teraz jego patronus zacząłby przybierać dziwne kształty, tworzyć większą mgiełkę albo znikać (o ile to możliwe). Ewentualnie MacDonald chciałaby dopiero teraz pożyczyć dzienniki ojca Leacha, bądź zauważyła w nich jakieś braki.]

    Leach

    OdpowiedzUsuń
  18. [Czy my w ogóle ustaliliśmy jakiś wątek? :(]

    OdpowiedzUsuń