12 stycznia 2014

"Nie uz­na­jesz żad­nych war­tości, całe two­je życie to ni­hilizm, cy­nizm, sar­kazm i orgazm."



Ignotus Darkfich



{ Urodzony 16 stycznia 1960 roku }
{ Ślizgon }
{ pałkarz w drużynie Quidditcha }
{ uczęszcza do Klubu Pojedynków }
 { jego boginem jest bieda }
{ raz nawet wyczarował patronusa. była to, zdaje się, wielka pantera }

***
Opowiem wam bajkę o chłopcu, który pewnego dnia zrozumiał, że całe jego poukładane, arystokratyczne życie jest ułudą. Bańką mydlaną, która może pęknąć w każdej chwili. Balonikiem, z którego powoli, acz skutecznie uchodzi powietrze.
A on sam jest jedynie liściem na wietrze zdarzeń.

***
Nie tak dawno temu, bo ledwie szesnaście lat wstecz i nie tak znowu daleko, bo w niewielkiej wsi Repton w hrabstwie Derbyshire w pewien zimny zimowy dzień przyszedł na świat jasnowłosy chłopiec. Jego rozkoszny, donośny krzyk po raz pierwszy od lat wypełnił dźwiękiem wielką posiadłość informując sąsiadów, że oto na świat przyszło pierworodne i, jak z czasem się okazało, jedyne dziecko państwa Darkfitch. Matka nadała mu dumne imię po pradziadku – Ignotus.
Chłopiec rósł jak na drożdżach od najmłodszych lat odznaczając się ponadprzeciętną inteligencją i tendencją do zadawania pytań z gatunku tych trudnych, na które rodzice starali się udzielać mu proste odpowiedzi zgodne z arystokratycznym, czysto krwistym duchem rodziny.
Ojciec młodzieńca robił oszałamiającą karierę zawodową, szybko wspinając się po kolejnych szczeblach drabiny hierarchicznej w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, by w chwili, gdy chłopiec ledwie zdążył skończyć siedem lat zostać jego szefem. Dzięki temu naszemu bohaterowi nigdy nie brakowało miodu i mleka, o co dbał dobrze sytuowany rodziciel.
W zamian za owe finansowo-materialne luksusy Darkfitch senior oczekiwał od swojej latorośli tylko jednego – bezwzględnego, bezrefleksyjnego i całkowicie zapamiętałego oddania. I z całą pewnością mógł na nie liczyć. Ignotus od maleńkości traktował ojca niemal jak bóstwo, bożyszcza, idola i mistrza absolutnie oddając się jego władzy i głęboko wierząc w słuszność wyborów rodziciela. Także tych związanych z kwestią opowiedzenia się za jedną ze stron magicznej batalii między zwolennikami starego i nowego ładu. A teoretyczny strażnik magicznego prawa, Teodorius Darkfitch przekonany hasłami o czystości rasowej głoszonymi przez niejakiego Lorda Voldemorta, szybko zaczął wykorzystywać swoją pozycję, zarówno zawodową, jak i rodzinną, do osiągnięcia swoich celów.
Matka Ignotusa, Lorena, również do granic możliwości podporządkowana mężowi, przez całe dzieciństwo chłopca żyła bardziej w przeszłości niż w teraźniejszości. Z niemal bolesną częstotliwością wracała do swoich młodzieńczych lat, do tych pięknych czasów w Hogwarcie, gdzie zostawiła swoją jedyną, prawdziwą miłość. Pogrzebaną bezceremonialnie po zakończeniu siódmej klasy w Expressie Hogwart. Syna, dziecka zrodzonego nie z uczucia, a z potrzeby zawarcia interesu między swoim ojcem, a ojcem Teodoriusa, nigdy nie potrafiła w pełni pokochać. Tym samym istniała w życiu młodzieńca tylko w niewielkim, bardzo ograniczonym stopniu. Występując w nim bardziej w roli kucharki i praczki niż matki. 
Mijały lata. W końcu nadszedł czas, by chłopiec zaczął pobierać magiczną edukację. W wieku jedenastu lat, poszedł do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Często, w późniejszych latach wspominał chwile, gdy McGonagall założyła mu na głowę tiarę przydziału, a ona opadła mu na oczy przysłaniając widok na Wielką Salę. Doskonale zapamiętał tamto bicie serca i głos rozchodzący się na pograniczu jego jaźni. Wbrew temu, co mawiał ojciec tiara miała wątpliwości. Nie przydzieliła go od razu, tak jak przypuszczał Teodorius, do Slytheriunu, lecz przez kilka, ciągnących się w nieskończoność, minut dywagowała rozważając między domem węża a domem kruka. W końcu jednak, zgodnie z rodzinną tradycją, Ignotus został dumnym Ślizgonem.
Lata w Hogwarcie mijały mu głównie na zaliczaniu. Nie tylko egzaminów. I to przez to oraz przez swój trudny charakter stracił jedyną osobę, którą darzył prawdziwym uczuciem. Wkrótce po tym, gdy dotarło do niego, że jego miłość odeszła na zawsze ojciec oznajmił mu, że wybrał mu żonę.
Tym samym stał się więźniem arystokratycznych konwenansów, układów i planów rodziców, z których nie potrafi się wyrwać i którym nie potrafi się przeciwstawić. 






[Witam. Zapraszam do wątków.
Mam nadzieję, że moja postać, choć w niewielkim stopniu, jeśli nie przypadła wam do gustu, to choć zaintrygowała na tyle, by napisać.  Powiązania są dobre. Długie wątki też. Ignotus jest na szóstym roku, więc fajnie jakby znał już kogokolwiek – a nie wszystkich poznał nagle teraz. Jeśli jednak wolicie zaczynać od zera też spoko.
Odpisywać mogę z opóźnieniem. Studiuję dwa kierunki, pracuję i mam chłopaka, który czuje się odrobinę zaniedbany, ale na pewno odpiszę każdemu. J W końcu pisanie to moja pasja, a blogu grupowe uwielbiam więc… :)

* w tytule Woody Allen 

NAMIARY NA WIŚNIE Z KOMPOTU:
GG: 34678516
Pisać w celu ustalenia wątków, powiązań czy łotewa...]

164 komentarze:

  1. [Dzień dobry! Bardzo intrygujacy pan, zdecydowanie lubię takie postacie...Miałabyś moze jakiś pomysł na wątek lub powiązanie? Ja wtedy chętnie zacznę, bo chyba to ostatnio wychodzi mi lepiej niz wymyślanie relacji. Choć już widzę, że ewentualnie Quidditch jest jakimś punktem zaczepienia.]

    Tamsin

    OdpowiedzUsuń
  2. [Administracja wita :) Widzę że na blogu mamy autorów znajdujących się w różnych etapach edukacji, od gimnazjum przez liceum aż po studia.
    Postać jest fascynująca, a karta tak ładnie napisana, że nie mogę się oprzeć i muszę zaproponować wątek. Na chwilę obecną nie mam pomysłu, może potem troche wysilę wyobraźnie, chyba że mnie uprzedzisz.]

    Kristel

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witam serdecznie! (przyznam że witając sie w ten sposób pod kartą takiego Ślizgona jest trochę zabawne :D ) ale nie oto mi chodzi.
    Stwierdzam że Chantelle jest zupełnym przeciwieństwem Ignotusa. Począwszy od domu na charakterze kończąc. Może jedynie włosy ich łączą.
    Jednak gdyby dało się połączyć w jakiś sposób nasze postacie, wyszloby cos ciekawego.
    Chantelle nie wygląda na Gryfonke i jest praktycznie niedostępna, więc stanowi cos w rodzaju zamkniętej, nie zdobytej wieży :)
    Jeżeli Cię to zainteresuje, zapraszam do swojej karty :3 ]

    Chantelle Hogarth

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć i czołem. Witam w Hogwarcie :)
    Tak sobie myślę... skoro on taki kochliwy, to może w ten sposób ich połączyć? Tylko że moja Jane to raczej ciche stworzenie i do łóżka wskakiwać mu zamiaru nie ma.]

    Jane Leavitt

    OdpowiedzUsuń
  5. [Jane sowy nie ma, bo się ich boi. I to panicznie. Co to za czarownica, co panikuje na widok sowy? :) Ale ma kota, który lubi rzucać się ludziom na łydki.]

    Jane Leavitt

    OdpowiedzUsuń
  6. [Nie, nie, spokojnie. To ma być w osobnej zakładce, nad którą pracuję jeszcze. Ale wątek mi w stu procentach odpowiada :) Mam zacząć czy Ty się tego podejmiesz?]

    Jane Leavitt

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Witam. Postać faktycznie intrygująca i są chęci na wątek. :) Tylko konkretnego pomysłu mi brak, ale jeśli Ty masz chęć i pomysł to zapraszam do mnie. ;) ]

    OdpowiedzUsuń
  8. [Sądzę, że to jest dobry motyw i pomysł na wątek. Mogłabyś zacząć? ;) ]

    OdpowiedzUsuń
  9. Jane już od dobrej godziny krążyła po zamku, szukając Napoleona. Gdyby był normalnym kotem, jego zniknięcie pewnie za bardzo by jej nie obeszło. Problem tkwił w tym, że Napoleonowi dużo brakowało do normalnego kota. Miał już pięć lat i do najmłodszych nie należał, a mimo wszystko nadal zachowywał się jak rozwydrzony, niefrasobliwy i niereformowalny kociak, co objawiało się przede wszystkim w jego upodobaniu do rzucania się ludziom na łydki. Sama Jane miała cały czas podrapane nogi, bo na niej Napoleon wyżywał się najczęściej.
    Skręciła w kolejny korytarz, wzdychając ciężko i zamarła. Napoleon przeturlał się parę metrów przed nią, wyrzucony w powietrze przez jakiegoś chłopaka. Spojrzała na niego. Ślizgon. No, pięknie. Czy ten durny kot musiał rzucać się akurat na mieszkańców domu Węża? Jane nawet nie umiała z nimi rozmawiać!
    Widząc, jak Ślizgon wyciąga różdżkę, w końcu się ruszyła. Skoczyła i jednym ruchem porwała kota w objęcia, co spotkało się z oburzonym miauknięciem zwierzęcia, który próbował się jej wyrwać i ponownie zaatakować chłopaka. Przycisnęła jednak pupila mocniej do siebie, nie zwracając uwagi na to, że ten drapie zawzięcie jej dłonie.
    - Ja... przepraszam... - dukała nerwowo.
    Taka już była Jane. Z płcią przeciwną rozmawiać po prostu nie umiała. Język się jej wtedy plątał, policzki pokrywały rumieńce, a jej zdenerwowanie i zażenowanie sięgało zenitu.
    Nawet nie patrzyła na chłopaka. Miała spojrzenie wbite w szarpiące się zwierzę i swoje podrapane dłonie, jakby to miało pomóc jej się uspokoić. W końcu uniosła jednak wzrok i spojrzała niepewnie na Ślizgona.

    Jane Leavitt

    OdpowiedzUsuń
  10. Dopijała właśnie ostatni łyk niezidentyfikowanego czarnego napoju z kubka, gdy dotarły do niej czyjeś słowa zakłucające jej rozmyślania. Głos wydał jej się poniekąd znajomy, ale nie budzący w niej żadnych szczególnych emocji. Jak i wszystko w ciągu ostatnich kilku dniu. W końcu westchnęła przeciągle i postanowiła zaszczycić krzywym spojrzeniem i odpowiedzią intruza. Intruzem był Ignotus Darkfitch podobno niezbyt miła istota, ale to Jean akurat nie przeszkadzało. Co nie oznaczało, że przeszkodzi jej to w byciu niezbyt łatwą w obyciu rozmówczynią. Nie zamierzała być dla niego miła, ani nie zamierzała się do niego łasić jak większość tych słodkich idiotek, które jak by mogły to przyczepiły by się do niego jak upierdliwy rzep do psiego ogona
    - Ciekawe, bardzo ciekawe co mówisz chłopcze… – uśmiechnęła się szyderczo w parodii uśmiechu i wbiła wzrok w pusty kubek. – A co jeśli nie skorzystam z tej zaszczytnej propozycji? – Wróciła wzrokiem do swojego rozmówcy unosząc nieco jedną brew i wyczekując jego odejścia lub jakiejkolwiek innej reakcji.

    OdpowiedzUsuń
  11. [Świetny pomysł z tym kuzynostwem. Scrivenowie tak jakby trzymają się z daleka od podejmowania takich decyzji, jakimi są opowiedzenie się po którejś ze stron. Co prawda z Voldemortem nie trzymają ale nie robią też nic w związku z działalnością dobra, także... Kristel osobiście bardziej przekonują racje tej dobrej strony, więc z Ignotusem by się nie dogadała. Jeśli chodzi o tajemnice to sama nie wiem, jaką by mogli ją mieć, ale może coś wymyślę.
    Cieszę się, że możesz zacząć :)]

    Kris

    OdpowiedzUsuń
  12. [Jeżeli chcesz zacząć, to prosze. Przy okazji się wczuje :) ]

    Chantelle Hogarth

    OdpowiedzUsuń
  13. [No, nareszcie mężczyzna zawitał w nasze progi, więc co powiesz, droga Autorko, na wątek? :) Masz może jakieś propozycje albo pomysły na relację? Bo jak mniemam, będzie fajniej, jeśli już od jakiejś zaczniemy, niekoniecznie szablonowej ^^.

    Pozdrawiam :)]

    OdpowiedzUsuń
  14. Jane była typową romantyczką, która marzyła o wielkiej miłości, księciu na białym koniu i spacerach w świetle księżyca. Problem polegał na tym, że ona chyba nie nadawała się na bohaterkę jednej z tych romantycznych historii. Była tylko zwykłą Jane, a nie piękną i inteligentną dziedziczką wielkiej fortuny czy arystokratką z dobrego domu.
    W tej chwili natomiast była zbyt zdenerwowana, aby dostrzec, że z chłopakiem jest coś nie tak. Po części była to też wina tego, w jaki sposób postrzegała Ślizgonów. Uznawała ich za niezdolnych do żadnych wyższych uczuć, oschłych i zbyt egoistycznych, aby byli w stanie zainteresować się na tyle drugą osobą. Niestety, nie była jedyną osobą, która miała o nich takie zdanie.
    - Jasne... jasne, oddam ci je - wymamrotała zdenerwowana i odruchowo wsunęła jedną dłoń w poszukiwaniu jakichś drobnych, co Napoleon od razu wykorzystał i uciekł w jeden z licznych korytarzy, zostawiając swoją właścicielkę z całym tym bałaganem, którego narobił. Koci ignorant. - Ale... ale nie mam przy sobie żadnych pieniędzy. Musiałabym skoczyć po nie do dormitorium.
    Odetchnęła cicho, jakby to pomagało jej w uspokojeniu się. Faktycznie, pomału Jane odzyskiwała wewnętrzną równowagę i nie wyglądała już na taką zdenerwowaną, a jedynie na lekko zmieszaną całą tą sytuacją i zawstydzoną jak zawsze, gdy rozmawiała z jakimkolwiek chłopakiem.
    - I jeszcze raz przepraszam - dodała, odgarniając podrapaną dłonią jasne kosmyki za ucho.
    Właściwie to Napoleon po raz pierwszy narobił jej tylu kłopotów. Owszem, zdarzało mu się czasem kogoś podrapać, ale nigdy do takiego stopnia. No i przede wszystkim do tej pory jakoś nke wpadł na pomysł atakowania Ślizgonów...

    Jane Leavitt

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Witaj :) Bardzo zaintrygowala i zainteresowała mnie Twoja postać ;) Może gdy będziesz miała czas zajrzysz na kartę mojej postaci jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś i jeśli będziesz chętna wymyślimy wspólnie razem wątek, chyba że Ty już masz :) ]
    Lizz Rogue

    OdpowiedzUsuń
  16. (Postać bardzo intrygująca, chętnie pociągnęłabym jakiś fajny wątek :D Melissa jest Puchonką, na dodatek mugolaczką, więc możnaby wymyślić coś ciekawego ;3
    Może masz jakiś konkretny pomysł? Zapraszam serdecznie i liczę na jakiś intrygujący wąteczek ;3
    Piszę teraz z telefonu, przez co mam nie wszystkie znaki :/ )
    Melissa Cupper

    OdpowiedzUsuń
  17. (Myślę, że pomysł z dokuczaniem Lizz jest trafny- w końcu nasze postacie są prawie całkowitym przeciwieństwem. On jest tym złym, a ona tą dobrą ;p Nie mam pomysłu na konkretny wątek, ale wpadłam na mały pomysł. Ignotus może wiedzieć o jakimś sekrecie Lizz (jeszcze nie wiem jakim, ale coś się wymyśli), który sama Lizz mu go oczywiście nie powierzyła. Mógł podsłuchać, podglądać czy coś takiego. Lizz by o tym wiedziała, że on wie. Mógłby wykorzystać to przeciw niej. Szantażować ją, wymagać jej pomocy w jakichś sprawach, albo powierzać obowiązki, które to on powinien zrobić. To już zależałoby od ciebie, co byś wymyśliła :D I czy wątek zaczynałby się od tego, jak on dowiaduje się o sekrecie, czy już normalnym spotkaniem, gdzie Ignotus chce poznęcać się nad Lizz (oczywiście nie w fizyczny sposób) XD Wybacz, ale nic innego nie wymyśliłam. Może jednak ty jeszcze na coś wpadniesz :)
    Lizz Rogue

    OdpowiedzUsuń
  18. [Można też coś pomyśleć w kierunku dlaczego ich drogi się rozeszły. Co powiesz na to, że się przyjaźnili np. od pierwszej klasy i pod koniec piątego roku coś się tam mogło zadziać między nimi, albo Eva się za bardzo zaangażowała w przyjaźń (albo w relację), albo po prostu Ignotus nagle chciał to wykorzystać. Miała z tego powodu na pewien sposób dość jego hulaszczego trybu życia, zwodzenia itp.
    Albo też po prostu wydarzyło się coś innego i sądzę, że fajnie byłoby to dokładnie przedyskutować, żeby wiedzieć, na czym stoją.

    A co do pomysłu na wątek, to Ci coś podrzucę: Ignotus dostał szlaban u np. Slughorna i musi czyścić mu te kotły, porządkować fiolki itp., ale nauczyciel dostał wezwanie od Dumbledora i miał to szczęście, że Effy patrolowała lochy, więc przywołał ją do siebie i kazał pilnować Ignotusa? Co powiesz? :) Mogłabyś może zacząć, kiedy uporządkujemy sprawę relacji?]

    OdpowiedzUsuń
  19. To był jeden z ulubionych dni Chantelle. Zajęcia z transmutacji były jej ulubionymi. Chociaż zawsze to, co przerabiali na lekcji miała już dawno opanowane, to jednak udzielała się w trakcie zajęć. Najczęściej wychodziła z dodatkowymi piętnastoma punktami dla swojego domu. Tak przynajmniej mogła nadrobić wszystkie stracone za nocne uciekanie. Czasami profesor dawała jej nowy materiał, który ćwiczyła, gdy inni robili te zgodne z programem. Tak było i tym razem. Dziewczyna przyglądała się przeróżnym wyczynom uczniów. Jedne prawidłowe, inne niekoniecznie.
    Na tej lekcji ćwiczyli transmutację ludzką. Wszyscy zmieniali sobie włosy na niebiesko. Po klasie więc krążyło zaklęcie "Karpesjunk", ale nie obyło się też bez zaklęcia cofającego. Używała go tylko profesor McGonagall przeskakując od ławki do ławki.
    Lekcja skończyła się, a zadowolona z siebie dziewczyna wyszła z klasy. Już prawie opanowała transmutację psychiczną. Chodziło jednak o wymazanie wszelkiej pamięci z człowieka, a zostawienie tego, czego się zapragnęło.
    Zaraz po jej wyjściu podszedł do niej wysoki, dobrze zbudowany blondyn. Nie musiała go znać, by wiedzieć, iż jego dom to Slytherin. Poprosił dziewczynę o korepetycje. Na początku była pozytywnie do niego nastawiona, ale dalsze słowa zburzyły pierwsze wrażenie.
    - Jakoś się odwdzięczę. Na przykład w naturze. - mrugnął do niej, a jedna brew Chan powędrowała ku górze - Chyba, że wolisz w inny sposób.
    Blondynka, chociaż starała się nie oceniać ludzi po plotkach, to w przypadku tego chłopaka zaczynała w nie wierzyć. Niejaki Ignotus Darkfitch - łamacz damskich serc.
    - Święty spokój w zupełności mi wystarczy - powiedziała mierząc go wzrokiem. Na prawdę nie chciała mieć do czynienia z takimi ludźmi jak on. Niestety wraz z profesor McGonagall zawarła układ, że pomoże każdemu, kto poprosi ją o pomoc z transmutacji. W zamian kobieta nie będzie namawiała ją do wstąpienia w drużynę quidditcha. Westchnęła żałując swojej decyzji. - Jeżeli faktycznie ci na tym zależy, to od 18:00 mam do dyspozycji salę profesor. Ewentualnie możesz przyjść - blondynka wzruszyła ramionami i bez pożegnania odwróciła się i ruszyła przed siebie. Nie wiedziała, czy chłopak pobiegnie za nią, czy zobaczą się dopiero wieczorem, ale jakoś specjalnie nie maiła ochoty na dłuższą rozmowę.

    OdpowiedzUsuń
  20. Bycie prefektem miało swoje dobre i złe strony. Co ambitniejsi czwartoklasiści wręcz zabijali się o to, aby swoją nienaganną postawą udowodnić opiekunom, że będą doskonałym materiałem na strażnika porządku w swoim domu. Możliwość korzystania z łazienki prefektów, uczestnictwo na spotkaniach, dostęp do informacji przed resztą uczniów, posłuch. Było wiele zalet, poza tym Eva uwielbiała fakt, że jako prefekta praktycznie o nic ją nie podejrzewano. Ale na każdy walor, przypadała też wada. Reeve nie narzekała na obowiązki - mimo faktu, że na tę posadkę w swoim mniemaniu nie zasłużyła, była odpowiedzialna, a nawet sumienna, jeśli tylko jej się chciało. Tak więc starała się wykonywać swe obowiązki najlepiej jak umiała - wyganiała dzieciaki o odpowiedniej porze spać; załatwiając swoje sprawy, kątem oka pilnowała, czy przypadkiem ktoś nie demoluje Pokoju Wspólnego, albo nie robi innej równie głupiej czynności, która mogłaby sprowadzić jej na karb gniew i zawód przełożonych.
    Było jednak coś, czego bardzo nie lubiła, mianowicie - patrole. Wszyscy uważali je za coś interesującego, perłę w koronie zalet bycia Prefektem, możliwość do chodzenia po zamku, łapania niesfornych uczniów, dreszczyk emocji i adrenaliny podczas przemierzania mrocznych korytarzy. I tak było… przez pierwsze kilka patroli. Później Effy zaczynało to nudzić. Na kilkanaście obchodów, przypadała tylko jedna, czasem dwie sytuacje, kiedy faktycznie ten patrol był czymś więcej, niż tylko bezcelowym łażeniem i natykaniem się na Filcha, któremu trzeba było machać odznaką prefekta dwa cale przed oczami, żeby uwierzył, że nie jesteś zwykłym uczniem. Zamek poznała już jak własną kieszeń. I nic nie wskazywało, żeby ten patrol miał się różnić od setki poprzednich. Dopóki nie zawołał ją profesor Ślimak.
    Weszła cicho do sali Eliksirów i spostrzegłszy, że Slughorn nie jest sam, stanęła nagle, wpatrując się w Ignotusa Darkfitcha. Wstrzymała oddech, ale po chwili zaczęło ją to dusić, więc ruszyła tak, jakby nic się nie stało, odwracając wzrok z kierunku profesora.
    Pokrótce nakreślił jej sprawę – miała po prostu przypilnować do Ignotusa, który w podzięce za demolkę na Eliksirach otrzymał szlaban. Była na tej lekcji, ale Slughorn kazał jej eskortować Evans do skrzydła, kiedy tylko chmura dymu opadła, więc nie zdążyła poznać sprawcy.
    Nie zdążyła się obejrzeć, kiedy nauczyciel wręczył jej różdżkę chłopaka i wyszedł, pozostawiając ich samym sobie. Eva rzuciła szybkie spojrzenie w kierunku Ślizgona i równie prędko odwróciła wzrok, bo patrzył się bezpośrednio na nią. Mogłaby przysiąc, że do twarzy ma przyklejony ten swój charakterystyczny uśmieszek.
    I pomyśleć, że narzekałam na rutynę patrolową.
    - Będziesz tak stał, czy weźmiesz się w końcu do pracy? – spytała, siląc się na obojętny ton. Nie podobała jej się ta sytuacja. Od długiego czasu unikała Ignotusa jak ognia, zresztą raczej z wzajemnością. O okolicznościach w jakich ich drogi się rozeszły nie chciała nawet pamiętać, ale kiedy spojrzała mu w oczy wszystko wróciło, pozostawiając nieznośne uczucie na dnie żołądka.

    [przepraszam za długość, następne będą nieco krótsze]

    OdpowiedzUsuń
  21. [Świetny pomysł! Pozwolisz, że zacznę? ;) ]

    Od samego poranka czuła uścisk w żołądku. Teraz, brnąc przez zatłoczony korytarz z miotłą w dłoni, miękły jej kolana. Denerwowała się. Mimo weekendu prawi żaden uczeń nie spał. A wszystko przez zapowiedziany na tę sobotę mecz Puchonów ze Ślizgonami. Melissa nigdy ich nie lubiła. Pysznili się każdym zwycięstwem, a kiedy przegrywali tym bardziej nie dało się ich znieść. Nikt jednak nie miał wątpliwości co do starć Puchonów i Ślizgonów. Wygrany mógł być tylko jeden. Mimo wielkich chęci, ambicji i talentów w drużycie Hufflepuffu wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na ich przegraną. Gdzież by ziemniaczki z Domu Borsuka miały pokonać agresywnych, przebiegłych wychowanków Domu Węża.
    Z kwaśną miną witała się ze znajomymi zbywając ich szybko. Jedynie zapowiadający się mecz ze Ślizgonami mógł popsuć tej niesamowicie pozytywnej i pogodnej osóbce humor. Na samą myśl o pałkarzach przeciwników przechodził jej po kręgosłupie dreszcz strachu. Nie zapomniała jak na swoim trzecim roku oberwała tłuczkiem...
    Wyszła na błonia, nawet nie zaglądając do Wielkiej Sali. Wszyscy zdawali się być podnieceni perspektywą zbliżającej się Puchońskiej klęski. Ze złością kopnęła kamyczek przed sobą, powoli zbliżając się do szatni swojej drużyny. Jedyną nadzieją Hufflepuffu wydawało się jak najszybsze złapanie przez nią znicza. Może wtedy wszyscy przeżyją - pomyślała z przekąsem, wchodząc do szatni.

    [Jakieś byle jakie, ale tak bywa z początkami...]

    OdpowiedzUsuń
  22. [Dziękuję Ci bardzo za takie ciepłe powitanie! Treść komentarza całkowicie zrekompensowała mi - nawet z nadwyżką - Twoje malutkie spóźnienie. Aż się buzia sama cieszyła do monitora, zwłaszcza, że to, jak widzę, komplementy od "grupowcowej wyjadaczki". ;) (Teraz czuje presję, żeby nie zatrzeć dobrego pierwszego wrażenia xD) Co do wątku, również ubolewam, bo Twój styl bardzo by mi podpasował, ale między dwoma męskimi postaciami zdecydowanie ciężej wymyślić jakieś sensowne relacje. A gdy jeden z nich to kobieciarz-hedonista, a drugi artysta-samotnik to już w ogóle nie ma o czym gadać. Mam jednak nadzieję, że pomimo braku wątku, nawiążemy ze sobą jakiś kontakt: czy to w komentarzach, czy to na czacie :) Miłego pisania i dużo weny życzę!]

    Drew

    OdpowiedzUsuń
  23. Wzdrygnęłam się, kiedy po cichu wchodząc do dormitorium, usłyszałam męski, szyderczy i bardzo znany mi głos. Obróciłam się na pięcie patrząc na ciebie z nienawiścią w oczach. Odkąd przeczytałeś w moim liście od moich rodziców, przy którym zasnęłam w pokoju wspólnym ślizgonów, zawierający ściśle tajną informację (mianowicie, że moja nowa siostrzyczka jest charłakiem) nie dajesz mi spokoju. Ciągle mnie szantażujesz i każesz robić różne rzeczy które nie sprawiają mi przyjemności. Gdybym jakiejś z tych rzeczy nie zrobiła, rozpuściłbyś plotkę o mojej rodzinie i moim 'nieślizgońskim" dziwactwem. co byłoby równoznaczne z potępianiem mnie w prawie całej szkole, ale przede wszystkim w moim własnym domu Slytherinu.
    Wysłuchawszy twojej nierobiącej na mnie zbytnio wrażenia obrazie, ściągnęłam rozbawiona brwi i prychnęłam.
    -Regulmin jest dla idiotów. Geniusze potrafią żyć w chaosie-,odpowiedziałam i ponownie odwróciłam się, aby ruszyć do pokoju wspólnego dziewcząt.

    Lizz Rogue

    OdpowiedzUsuń
  24. Dwa miesiące temu w salonie Scrivenów, Deerem i Violet rozmawiali bardzo późno w nocy na tyle ściszonym tonem, że wydawało się to dosyć podejrzane. Kristel znajdowała się wtedy na weekendzie u rodziców i jak zawsze nie mogła zasnąć, przyzwyczajona już do warunków Hogwartu i otaczających ją tam przedmiotów i znajomych ludzi. Na górnym piętrze nie było słychać ich szemrania, ale ku schodom powiodła ją myśl, by napić się odrobinę zimnego mleka, jak to miała w zwyczaju robić w takich okolicznościach. I wtedy, będąc w połowie drogi do kuchni, usłyszała swoją matkę. A potem ojca. Zbliżyła się w ich stronę, na palcach, nie wydając przy tym żadnego odgłosu.
    Tej nocy dowiedziała się czegoś straszliwego i dostała tym samym nauczkę, że nie wolno podsłuchiwać. To, że znała te wszystkie informacje sprawiało, że była w całą sprawę uwikłana. Co jeśli… co jeśli ktoś by ją złapał? Odezwało się w niej tchórzostwo, które wyrażało się jako nieprzyjemny ścisk w żołądku i chęć zwymiotowania. Doświadczała tego za każdym razem, gdy o tym pomyślała. A starała się zapomnieć. I rzeczywiście, w ostatnim czasie jej myśli w ogóle nie kierowały się w stronę tego nieprzyjemnego zdarzenia.
    Do czasu aż Ignotus, jej kuzyn, przysiadł się do stołu Ravenclaw i zapytał co u niej słychać. Tak jakby to była rzecz naturalna. Naprawdę? Co słychać? O co ci chodzi?
    A potem jej mózg zaczął intensywnie myśleć i po chwili wpadła w panikę, której nie chciała przy chłopaku okazać. Może on coś wiedział. Może on jest jednym z tych, którzy są zwolennikami tego, jak mu tam… Tego co zwołuje czarodziejów czystej krwi. Może wie o całej sprawie, a tamci nakazali mu przy pierwszej możliwej okazji… Okej, nie. Nie ma co panikować Kristel, nakazała sobie. Kuzyn zapytał jak się masz, więc odpowiedz mu.
    - Dobrze, dziękuję – Powiedziała do Ignotusa unikając jego wzroku. Nawet się nie uśmiechnęła. W końcu złapała się na tym i zmusiła do sympatycznego uniesienia w górę kącików swoich ust, by wyglądała na taką, jak zawsze. Uśmiechniętą, pewną siebie Kristel Scriven.
    Nie taką drążcą ze strachu, ze ściśniętym żołądkiem.

    OdpowiedzUsuń
  25. [Witaj <3
    Ignotus... Postać gardząca szlamami i w dodatku Ślizgon ;3 Widzę tu bardzo dużo możliwości na rozwinięcie wątku, chociaż nie jestem pewna czy miałabyś ochotę pisać opowiadanie z dwoma chłopakami :P
    Daj znać, co o tym sądzisz :D Świetna karta postaci!
    Pozdrawiam ;)]
    Alex.

    OdpowiedzUsuń
  26. - Zdecydowanie wolę tą pierwszą alternatywę, ale rozumiem, że to było pytanie retoryczne – Usłyszała jego pewny siebie głos i zapragnęła się skulić w sobie jeszcze bardziej, ale zreflektowała się.
    Ignotus był wielkim kawałem jej przeszłości. Pięknym kawałkiem, ale kiedy to wszystko... odeszło, zabrał go ze sobą. Nie mogła pozwolić, by i tym razem coś jej odebrał, nawet nieświadomie. Nie mogła też pokazać, że wciąż ma na nią wpływ, chociaż w tym przypadku musiała pogodzić się z faktem, że i tak zna ją zbyt dobrze, aby mogła cokolwiek przed nim ukryć. Ale mogła próbować.
    - Po raz kolejny, twoja intuicja nie zawiodła. - Uniosła swój wzrok i odważyła się na niego spojrzeć. Wyglądał prawie tak jak rok temu, kiedy jeszcze oboje dla siebie coś znaczyli.
    Zmienił się, zmężniał, wyprzystojniał, ale wciąż widziała w nim tego chłopaka, choćby nie wiadomo jak się starała to powstrzymać. Tego chłopaka, który dał jej niezłe lanie podczas pierwszego pojedynku na zajęciach obrony przed czarną magią, a później przez wiele dni pomagał jej zapanować nad zaklęciami, aby następnym razem mogła mu dorównać. Tym samym, który z odległości praktycznie całej wielkiej sali był w stanie rzucić w nią jedzeniem i trafić idealnie w głowę, rozpętując bitwę i prawdziwe piekło.
    A teraz stał tu przed nią, niby całkowicie inny, a jednak ciągle ten sam. Przynajmniej chciałaby, aby taki był, ale tego nie wiedziała.
    Z perspektywy czasu cholernie żałowała, że nie zostali wtedy po prostu przyjaciółmi, że jakąś częścią jaźni chcieli czegoś więcej, sięgnęli po jakiś zakazany na swój sposób owoc i się na tym przejechali.
    Potrząsnęła głową, jakby chciała wyrzucić z głowy niechciane myśli. Spręży się, odrobi szlaban, rozejdą się w pokoju i już nigdy nie będą przebywać sami w tym samym pomieszczeniu.

    OdpowiedzUsuń
  27. Świetnie - pomyślała Chan, kiedy usłyszała krzyk chłopaka za sobą. Już od tamtej chwili wiedziała, że Ignotus będzie, jak dotąd, jedyną osobą dla której może być niemiła. Denerwowała ją ta jego ogromna pewność siebie, zupełnie jakby mógł zdobyć cały świat.
    Po odejściu od niego skierowała się w stronę portretu Grubej Damy, a następnie ruszyła do dormitorium. Próbując przestać myśleć o chłopaku zabrała się za szukanie jakieś dobrej książki do transmutacji. Nie wiedziała jednak na jakim poziomie jest aktualnie wiedza Ślizgona. Po chwili namysłu wszystkie włożyła do kufra, mając nadzieję, że biurko profesor McGonagall posiada jakieś przydatne podręczniki. Przebrała się w rzeczy na co dzień, które miały tylko i wyłącznie jeden kolor - czarny. Dziewczyna nie miała żadnych prac do nadrobienia, więc postanowiła poszkicować uczących się uczniów w pokoju wspólnym Gryffindoru. Co jakiś czas sprawdzała godzinę, nie chcąc spóźnić się na korepetycje. Kiedy w końcu czarny drucik w zegarku na jej ręce wskazywał dziesięć minut do osiemnastej, wstała z fotela i przeszła przez przejście za portretem. Klucze miała w kieszeni, a szkicownik zabrała ze sobą. W jej głowie bez przerwy krążyła myśl, że Ignotus podszedł do niej w tym samym celu, co do innych dziewczyn. Z drugiej strony jednak, miała dziwne przeczucie, że zależy mu na podciągnięciu się z przedmiotu. Chantel nie potrafiła odmówić komuś pomocnej dłoni, szczególnie kiedy ktoś o nią prosi.
    Nie doszła do sali. Z całej tej niepewności postanowiła usiąść na korytarzu z którego miała świetny widok na drzwi od klasy profesor McGonagall. Jeżeli przyjdzie, po prostu wstanie i podejdzie. Znowu zaczęła rysować, to co ją otaczało. Minęło pięć, dziesięć, a w końcu piętnaście minut. Całą tę sytuację Chan skomentowała westchnięciem. Wstała z podłogi, a wtedy po murach rozległy się dźwięki uderzania o kamienną posadzkę. Odwróciła się w stronę, którą długo obserwowała. Zauważyła blondyna, który natrafił na zamknięte drzwi. Dziewczyna w ciszy podeszła bliżej, a w końcu stanęła i przechyliła głowę.
    - Długo każesz na siebie czekać - powiedziała chcąc zwrócić uwagę Ignotusa. Zbliżyła się jeszcze bardziej i wyciągając klucze z kieszeni spodni otworzyła drzwi. - Chodź - machnęła ręką, zachęcając chłopaka do wejścia. Przeszła przez całą długość sali, a gdy dotarła do biurka odłożyła tam szkicownik i usiadła na nim. Zaczęła lekko machać nogami, które zwisały nie dosięgając podłogi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Od czego chcesz zacząć?

      [przepraszam, coś nie zaznaczyłam ostatniej linijki przy kopiowaniu]

      Usuń
  28. Wiatr rozwiewał jej włosy, gdy przelatywała nad boiskiem, unikając kolejnych tłuczków i wypatrując znicza. Była zdeteminowana, by złapać go jak najszybciej. Pogoda była w miarę sprzyjająca, nie miała na co narzekać, chociaż kilka promieni słonecznych więcej pomogłoby odnaleźć złotą piłeczkę. Nerwowo obserwowała rosnącą przewagę Ślizgonów, kiedy kątem oka ujrzała błysk. Złoty znicz fruwał tuż obok niej, jakby również obserwował grę. Jednym szybkim ruchem skierowała miotłę prosto na niego i przyspieszyła. Skupiona na złotej kulce, którą już prawie miała w dłoniach, za późno dostrzegła tłuczek wysłany w jej stronę przez Ignotusa. Opuszkiem palca musnęła znicz, kiedy tłuczek uderzył ją prosto w pierś. Poczuła, jakby coś rozrywało ją na tysiąc kawałków. Ból w piersiach był nie do zniesienia a wymykająca się miotła nastawiła ją pesymistycznie. Już po chwili czuła jak odpływa, niesiona grawitacją i wiatrem, przed jej oczami tańczyły mroczki.
    Oby znicz zapamiętał mój dotyk
    Na boisko opadła jak marionetka, nieprzytomna.

    OdpowiedzUsuń
  29. Tak, Ignotus i ta jego intuicja. Jakimś trafem odziedziczył dziwną zdolność, jakby wyczulony szósty zmysł, który nierzadko ratował go z tarapatów. Zazwyczaj to były złowróżbne rzeczy - po prostu robili coś, czego nie powinni, a Ignotus wyskakiwał z tym swoim "Wyczuwam zapach Charłaka". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby faktycznie po jakimś czasie na horyzoncie nie pojawiał się Filch. Ale widział też, kiedy coś ją dręczyło. Po prostu to widział.
    Byłbyś ulubieńcem Trelawney, gdybyś nie nienawidził wróżbiarstwa - pomyślała, ku swojemu zdziwieniu.
    Kątek oka obserwowała jego wariacje ze ścierką. Widać było, że nie przywykł do żadnych prac, a obserwowanie jego marnych starań, pracy, do której został zmuszony było pokrzepiające.
    - Nie masz czegoś ważnego do zrobienia? – zapytał prostując plecy. – Wiesz… To całe bawienie się w mugola może potrwać jeszcze trochę, a czas to galeony.
    Jego próbę manipulacji zbyła obojętnym milczeniem, ale zdała sobie sprawę, że nie odpuści tak łatwo. Darkfitch nigdy nie odpuszcza. Jest w stanie wiercić dziurę w brzuchu, aż przewierci go na wylot i dostanie to, czego chce. A teraz po prostu nie chciało mu się pracować.
    - Godziny spędzone na pilnowaniu jakiegoś idioty – tym razem zaczął się zbliżać w jej kierunku, a ona przewidująco wzięła jego leżącą na niewielkim stoliku różdżkę w dłoń. – to godziny stracone bezpowrotnie. A godziny spędzone ze mną, nie dość, że stracone bezpowrotnie to dla ciebie na pewno spora niedogodność.
    Tutaj trafił w punkt. Jakaś jej część miała świadomość, że i tak w każdej chwili może wrócić Slughorn, ale obawiała się, że Evans była jedynie przykrywką, powodem dla którego Ślimak mógł pójść do swojego gabinetu w spokoju, bez użerania się z niesfornym Ślizgonem. Nie była zachwycona perspektywą siedzenia tutaj, w dodatku z owym chłopakiem, ale teraz nie miała wyjścia.
    Ignotus dość szybko pokonał resztę dystansu, która ich dzieliła, cały czas z tym uśmiechem błąkającym się na ustach.
    - Może więc zgodzisz się skrócić nasze wspólne cierpienie – tutaj urwał, jakby chciał zbadać jakie wrażenie wywarły użyte przez niego słowa, Eva wciąż wpatrywała się w niego z tym samym wyrazem twarzy, czekając – i użyć starego, dobrego „chłoczyść”?
    Widząc jego proszące spojrzenie, zmniejszyła dystans dając jeden malutki kroczek do przodu i wybuchnęła śmiechem.
    - Prędzej sczeznę - zaczęła cicho, patrząc mu wyzywająco w oczy - niż zrezygnuję z okazji patrzenia na to jak się uwijasz. A jeśli mam tu siedzieć dopóki nie skończysz, czyli pewnie bardzo długo, to warto, tylko dla samego patrzenia jak twoje ładne rączki zostają skalane pracą.
    Obróciła jego różdżką w palcach, jak czasem mugole robią z ołówkami i odeszła kawałek, odwracając się na pięcie, żeby usiąść na stoliku.
    - Na co czekasz?

    OdpowiedzUsuń
  30. Gdy Chantelle czekała na odpowiedź zaczęła przyglądać się Ignotusowi uważniej. Faktycznie był chłopakiem, za którym wszystkie dziewczyny mogłyby oszaleć.
    Charyzma, pewność siebie i mydlenie oczu - to były określenia, które Chan mu przypisała. Nie na podstawie plotek, a tylko i wyłącznie na spotkaniu z tego dnia.
    Blondynka machała nogami i chwilę później usłyszała odpowiedź. Wcześniej spuściła głowę, a teraz gdy ją podniosła, zauważyła że chłopak się przybliżył. Kiedy tak zastanawiała się nad wyborem podręcznika w swoim dormitorium miała pewne obawy, co do zakresu wiedzy blondyna. Nie wyobrażała sobie tego, jak w niecałe dwa lata, chce nadrobić stracone cztery. Jednak poprosił ją o korepetycje, a Chan postara mu się pomóc, jak najlepiej będzie umiała. Byłaby szczęśliwa, gdyby udało jej się nauczyć Ignotusa tego, co sama wie.
    - Co to? - zapytał sięgając po szkicownik Chan. Dziewczyna natychmiast złapała jego rękę i zacisnęła mu palce na nadgarstku.
    - Coś, czym akurat teraz nie powinieneś się interesować - oddaliła jego dłoń, a sama złapała przedmiot. Zeskoczyła z biurka i okrążyła je, a znajdując pierwszą lepszą szufladę schowała tam szkicownik. Nie chciała, by cokolwiek go rozpraszało. Następnie podeszła do tablicy i zapisała podstawowy wzór na transmutacje. Nie widziała tego, co działo za nią. Miała jedynie nadzieję, że Ignotus posłucha się jej i zostawi jej własność w spokoju.
    Transmutant + Transmutacja -> Wynik transmutacji
    Staranne pismo wypełniło tablicę. Dziewczyna cofnęła się kilka kroków zastanawiając się nad tym, czy coś więcej zapisać. Wtedy odwróciła się sprawdzając, co robi Ignotus.

    OdpowiedzUsuń
  31. [No dobrze, więc. Powiedzmy, że mam wiele punktów zaczepienia z Twoim Ślizgonem, bo przecież to idealny anty-Alex :D
    Niech się znają. Widzę rozpoczęcie wątku w formie bezpośredniego starcia >.<
    Przed oczami mam obraz Alexa zakradającego się po treningu Ślizgonów do ich schowka z miotłami - może coś rozwalić, ale niekoniecznie. (Wiesz, miłośnik Quidditcha, chcący polatać na miotle, nie umiejąc utrzymać się na miotle :D) Ignotus mógłby zapomnieć czegoś z szatni. Dalej by raczej popłynęło.
    Na obecną chwilę nie wpadło mi nic bardziej oryginalnego. Pisz jakbyś miała jakieś pomysły! ;)]

    Alex.

    OdpowiedzUsuń
  32. [ Jestem jak najbardziej za :D Zaczniesz czy ja mam zacząć? :3]

    Alex.

    OdpowiedzUsuń
  33. Dał spokój. Odpuścił. Odwrócił się i nie kontynuował tematu.
    Nie mogła być mu za to bardziej wdzięczna, kiedy obserwowała jego opieszałe kroki w stronę wiadra z wodą i jego następne działania. Wciąż bawiła się różdżką Ignotusa, obracając ją w palcach, raz w lewo, raz w prawo. W sumie co jej zależało? Mogłaby po prostu rzucić to zaklęcie i mieć spokój, rozeszliby się i widywali tylko na lekcjach, siedząc w odległych kątach sali. Ale nie chciała tego nawet rozważać. Mogła ten fakt zwalić na własną zawziętość, ale naprawdę wolała przeboleć te kilka godzin, nudząc się i wpatrując w podłogę, niż dać mu to, czego chciał.
    Poza tym, przecież nie musiała z nim rozmawiać.
    Rozbawiona, kątem oka zarejestrowała konstrukcję, ułożoną przez Ignotusa z krzeseł i stołów, na którą zaczął się wspinać trzymając w jednej ręce wiadro, a drugą ratując się przed upadkiem. Przy tej czynności, jego niegdysiejszą zwinność mogła przyrównać do gracji i gibkości słonia. Parsknęła śmiechem cicho i pochyliła się, żeby lepiej widzieć jego działania.
    Właśnie usiłował dostać ścierką do sufitu, balansując na krawędzi krzesła z wyciągniętą ręką. Nic z tego. Wydawał się być zawiedziony faktem, że nie mógł do niego dosięgnąć. Zrezygnowany, rozejrzał się dookoła, najprawdopodobniej szukając miejsca, gdzie mógłby rozpocząć wędrówkę w kierunku podłogi.
    Umrę tu chyba, oglądając taki dramat - pomyślała.
    Wstała ze stolika i przeszła obok konstrukcji, w stronę wielkiej szafy, na której półkach ustawione w równych rzędach stały książki. Rozejrzała się po nich i wybrała Najdziwniejsze eliksiry świata. Po czym znowu odwróciła się i przeszła obojętnie obok wciąż sterczącego na wieży Ignotusa. Usiadła na krześle i otworzyła książkę gdzieś w połowie, zgłębiając się w treść działu poświęconego eliksirom modyfikującym wzrok, a konkretnie miksturze powodującej, że kolory widziane przez człowieka są ich kontrastem. Kątem oka spojrzała na Ślizgona i zdziwiła się, widząc, że wciąż tam stoi.
    Co jest, do cholery? Zawiesił się?
    Wtedy dotarła do niej ta przekomiczna prawda. Nie wiedział jak zejść, żeby się nie poturbować, ani też nie miał zamiaru prosić ją o pomoc. Ciężko jej było powstrzymać się od komentarza, ale zacisnęła wargi, walcząc z tym, żeby się nie roześmiać.

    OdpowiedzUsuń
  34. [Okej, mam nadzieję, że nie zawalę ;D]

    Słowo "determinacja" zdecydowanie powinno być synonimem słowa "Quidditch".
    Alex był o tym przekonany od samego początku. Mimo wszystkich porażek, które odniósł w tejże dziedzinie, nigdy się nie poddawał. Mógł dzień w dzień planować strategię jak w końcu zabłysnąć, potrafił w myślach komentować wszystkie mecze, znał na pamięć rozpiski pozycji zawodników Hogwarckich drużyn, a niekiedy także i ich strategie. Niestety sam nie potrafił odbić tłuczka pałką czy złapać kafla i przerzucić nim przez obręcz, nie mówiąc już w ogóle o wypatrywaniu na miotle złotego znicza. Nie raz marzył o zamianie miejsc choćby na jeden dzień z jakimkolwiek członkiem drużyny. Nawet jeśli tymże członkiem miał się okazać Ślizgon.
    Nigdy nie przypuszczał, że oczekiwanie na coś może być takie nurtujące. Kucając w krzakach nieopodal szatni trząsł się z zimna. Zawodnicy leniwie opuszczali boisko, żółwim tempem wracając do szkoły. Kiedy ostatnie zielono-srebrne stroje zmieniły się w ciemne plamki na horyzoncie, wyskoczył ze swojej kryjówki i pomknął w stronę schowka na sprzęt. Dopadł masywnych drzwi i wślizgnął się do środka. Zaklęciem lumos rozświetlił sobie pomieszczenie i w półmroku zaczął przyglądać się ustawionym w szeregu miotłom. Chciał tylko zobaczyć i porównać szanse domów na wygraną w tegorocznych rozgrywkach na podstawie modeli. Niestety, gdy trafił wzrokiem na własność Slytherinu nie mógł się powstrzymać. Odłożył różdżkę i chwycił w dłonie pierwszą miotłę z brzegu. Przejechał opuszkami palców po niesamowitej rączce i mruknął z zadowolenia. Najnowszy model Nimbusa definitywnie musiał należeć do kogoś z zamożnego i szlachetnego rodu. Tylko którego?
    Odpowiedź przyszła wraz z łuną światła, wpuszczoną do niewielkiego pomieszczenia. Alex chwycił różdżkę i nie puszczając sprzętu obrócił się gwałtownie. W przejściu stał bez wątpienia właściciel miotły. Ignotus. I tym razem (cóż się dziwić?) wcale nie wyglądał na zadowolonego.

    OdpowiedzUsuń
  35. Działanie eliksiru jest tym silniejsze, im bliżej północy został on spożyty..." - czytała, kiedy usłyszała najpierw huk, a później poczuła na swojej twarzy, szacie i włosach smagnięcie zimnej wody, która poraziła jej nerwy w ułamku sekundy. Książka była poplamiona.
    Czy mi się wydaje, czy ten popapraniec oblał mnie wodą z wiadra? - zadała sobie w myślach pytanie retoryczne, biorąc jednocześnie głęboki wdech i wydech, chcąc się uspokoić.
    Zamaszystym ruchem obróciła się w stronę Ślizgona, który najwidoczniej za najlepszy plan na zejście na dół obrał zdemolowanie sali. Jak inaczej mogła wytłumaczyć leżące wiadro, mnóstwo wody oraz porozwalane krzesła i ławki?
    Darkfitch podnosił się z kolan po upadku z wieży, którą sam zbudował i zniszczył. Reeve była wściekła. Nie dość że ociekała wodą, to wyglądało na to, że prysznicu będzie mogła się spodziewać za jakieś... nigdy. Kiedy weszła do sali za Slughornem, było dziesięć razy czyściej niż teraz.
    Miała wrażenie, że to jakiś chory żart, celowe działanie Ignotusa, które ma na celu wyprowadzić ją kompletnie z równowagi, zmusić do ulegnięcia i oddania mu różdżki.
    Zamknęła oczy i zacisnęła żeby, czując na sobie jego taksujący wzrok. Otworzyła je po wykonaniu kolejnej serii wdechów i wydechów i zobaczyła rozbawione spojrzenie Ignotusa.
    Nic nie powiedziała, zdecydowała, że nie będzie sobie strzępiła języka chociaż bardzo chciała wygarnąć mu jaki jest głupi. Odwróciła wzrok i wstała, zdejmując mokrą szatę. Położyła ją na oparciu i próbowała przynajmniej trochę cofnąć szkody, jakie woda wyrządziła książce zaklęciem wysuszającym.
    Odnosząc ją, targała nią ciekawość co zrobi Ignotus z tym bałaganem. Sprzątnięcie tego mugolskimi sposobami zajmie mu wieki, bo nie wydawał się być osobą, która potrafiłaby się sprężyć i uwinąć w dwie godziny. W takim razie nie pozostało mu wiele alternatyw, pozostała jedna, ale nie była pewna czy się na nią zdecyduje, nie po tym, co właśnie zaszło.

    OdpowiedzUsuń
  36. Bezczelność.
    W tej chwili przypomniał sobie za co tak bardzo nie znosił tego rozpieszczonego dzieciaka. Ignotus zdecydowanie różnił się od Alexa. Był próżny, zadufany w sobie, chamski, ordynarny i... Nie, nie było określenia na to jak perfekcyjnym był Ślizgonem. Najwidoczniej został do tego powołany, tak jak ptaki powołane są do latania. Albo czarodzieje do używania różdżek. [Wcale nie parskam śmiechem, przypominając sobie wywiad z Tomem Feltonem, który mówi, że odbywał z Harrym w łazience bitwę na różdżki... Nie, to wcale nie brzmi dobrze, hahahahaha xD] Jego wrogość i jad, który czuć było w każdym jego słowie, ruchu czy choćby w obecności, determinowało Alexa jak nic innego. Dom węża zawsze był dla niego domem niepojętym. Dlatego tak bardzo go do niego ciągnęło.
    - Klątwą? Myślałem, że tak banalne sposoby karania są poniżej twojej godności - uśmiechnął się szelmowsko, odrzucając włosy jednym ruchem głowy.
    Był bezczelny. Wiedział o tym doskonale. Ale co mógł poradzić na to, że w obejściu ze Ślizgonami nie potrafił przywołać zwykłej, skromnej natury? Łobuzerki szczerz nie schodził mu z twarzy, kiedy na twarzy chłopaka pojawiła się jeszcze większa wściekłość i zaciętość niż wcześniej. Wiedział już, że cało z tej sytuacji nie wyjdzie.

    OdpowiedzUsuń
  37. Alex patrzył na niego z istnym rozbawieniem. Kącik ust drgał mu od dłuższego czasu, ale po ostatniej wypowiedzi chłopaka, parsknął tak radosnym śmiechem, na który stać było tylko prawdziwego Puchona. Pokręcił głową z politowaniem i uśmiechnął się promiennie, widząc minę Ignotusa.
    - Uwierz mi, że kupiłbym ją sobie, gdybym potrafił się na niej utrzymać.
    Pokiwał głową, jakby na potwierdzenie swoich słów, ale radosne uniesienie go nie opuszczało. Był szczery. A szczerość zwykle boli i szokuje najbardziej. W tym przypadku chyba raczej to drugie.
    Wodził wzrokiem od różdżki chłopaka do jego miotły, aż w końcu zatrzymał spojrzenie na Nimbusie i ściągnął wargi, wpatrując się w niego z uwagą.
    - Ile wyciąga?
    Pytanie kompletnie nie na miejscu, jednak nurtujące go od samego początku. Ten model wyszedł tydzień temu. Naturalnie słyszał już o jego możliwościach, ale chciał znać opinię jakiegoś posiadacza. Niestety Ignotus był jedyną taką osobą w promieniu, przypuszczalnie, dwustu kilometrów.
    Oparł się nonszalancko o ścianę tuż za swoimi plecami, oczekując odpowiedzi. Czy grał na czas? Sam dokładnie nie mógł tego określić. Ale przecież nie bał się szesnastolatka. Miał różdżkę. Równie dobrze mógł wybiec stamtąd w tej chwili, korzystając z tymczasowej dezorientacji chłopaka. Ach, ta jego cholerna ciekawość.

    OdpowiedzUsuń
  38. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że obojętność jest gorsza od nienawiści. Nie ma nic gorszego, niż próżnia emocjonalna, świadomość, że mówisz coś, krzyczysz, a każdy Twój ruch odbija się od odbiorcy niczym wzburzona fala od litej skały.
    Ignotus należał do osób, które lubią, kiedy każdy ich czyn bądź słowo spotykają się z reakcją. Nie było ważne jaką. To mogły być pochwały, albo najgorsze inwektywy, ale to musiało coś być.
    W momencie, kiedy ku jej nieszczęściu, Ślizgon zaczął swoje żarty, Eva miała na języku tysiące obelg, ale powstrzymała się, kiedy uświadomiła sobie znaczącą rzecz:
    Chłopaka nie trzeba było nawet tak dobrze znać, jak ona go znała, żeby zorientować się, że on nie posprząta tego bałaganu. A w tym duecie, to ona miała coś, czego potrzebował.
    Więc będzie grał na zwłokę, działał jej na nerwy na każdy możliwy sposób (wbrew pozorom było ich bardzo dużo i zdaje się, że Ignotus większość znał), próbował manipulacji, szantażu, może nawet setną częścią jaźni zacznie rozważać błaganie (ale nie oszukujmy się - to by było poniżej jego godności), by dostać tę różdżkę.
    Ale tak jak powiedziała mu wcześniej - prędzej sczeźnie, niż pozwoli mu iść na łatwiznę.
    Mogłaby użyć jedynej broni, przed którą nie ma obrony - mogłaby użyć obojętności, ale za późno dotarło do niej, że to do niczego ich nie doprowadzi, a przedłuży tylko męki. Poza tym, chodź ciężko jej się było do tego przyznać, brakowało jej jego uszczypliwości, brakowało jej okazji by się za nie odwdzięczyć. Najprawdopodobniej oszalała.
    Poirytowana wyszarpnęła swoją różdżkę z kieszeni dżinsów i machnęła nią, inkantując odpowiednie zaklęcie.
    Obróciła się i kiedy fiolki rozłożone na stolikach zmieniły się w płonące świeczki, uśmiechnęła się kpiąco do chłopaka.
    - Ciuchów nie zrzucę, muzyki nie włączę, ale może jest jeszcze coś, co mogę zrobić, żeby wywołać u ciebie odpowiedni nastrój do sprzątania? - zapytała, wkładając różdżkę z powrotem do spodni.

    OdpowiedzUsuń
  39. Gdy wbiłeś mocno swoje silne palce w moją skórę, jęknęłam niemal niesłyszalnie.
    -Mógłbyś mnie puścić? To boli- syknęłam, omiatając wzrokiem twoją napiętą twarz. Nie wyrywałam Ci się, ani zbytnio nie stawiałam, bo doskonale wiedziałam czym by to się skończyło. Zawsze gdy robiłam coś nie tak, jakbyś chciał, kazałeś mi ciebie przepraszać, co niechętnie zawsze robiłam. Musiałam.
    -Przepraszam- wydukałam, zanim byś mnie wprzedził.

    Lizz

    OdpowiedzUsuń
  40. - Bo w przeciwieństwie do ciebie nie chciałam się spóźnić - powiedziała Chantelle zanim ugryzła się w język. Chłopak trochę ją drażnił, dlatego nie bawiła się w bycie miłą czy kulturalną. Kiedy się odwróciła, zobaczyła jak chłopak nie spuszcza wzroku z szuflady, gdzie schowała szkicownik. W końcu zorientował się i spojrzał na tablicę, jednak jego twarz nie pokazywała, że cokolwiek rozumie.
    Wyjęła różdżkę i na wszelki wypadek rzuciła zaklęcie na szufladę. Cieszyła się, że opanowała magię niewerbalną, przynajmniej Ignotus dowie się, jak działa zaklęcie Flagrante. Chyba że zostawi uchwyt w spokoju, wtedy go nie poparzy.
    - Transmutant to jest coś, co mamy - wskazała końcem drewna na wypisany wcześniej przez nią napis. - Jeżeli dodamy do tego transmutację uzyskamy wynik - przesunęła wskaźnikiem po tablicy - czyli to, co chcemy uzyskać. To myślę, że jest proste do zrozumienia - Potem odwróciła się i na tablicy narysowała dwie pierwsze rzymskie liczby. - Istnieją dwa prawa Cristoffa. Pierwsze: Transmutacja jest tym bardziej złożona im bardziej złożony jest transmutant i wynik - znowu wskazała na krótki wzór na samym środku tablicy. Na chwilę zatrzymała się i przekrzywiła głowę spoglądając na blondyna. - Dobra, nie - machnęła ręką i szybkim krokiem podeszła do biurka. Usiadła na nim tak samo, jak wcześniej i poklepała miejsce obok siebie. - Proszę, usiądź.

    OdpowiedzUsuń
  41. Przez zamknięte powieki sączyły się promienie słoneczne. Do jej nosa dolatywały typowe zapachy szpitalne, pod palcami czuła sztywne prześcieradło. Powoli próbowała poskładać sobie wszystko w jedną całość. Ostatnie co pamiętała to złoty błysk przed trzonkiem miotły i ból w piersiach. Kiedy brała oddech wciąż czuła się niekomfortowo.
    Nagle oprócz typowych zapachów Skrzydła poczuła aromat męskich perfum. Drogich męskich perfum. Ciekawość przezwyciężała powoli słabość organizmu. Chwila minęła nim udało jej się unieść powieki. Tuż przy swoim łóżku zobaczyła rok młodszego Ślizgona, od którego nie raz nasłuchała się o swoim pochodzeniu. Ignotus Darkfitch, pałkarz Domu Węża. Kiedy tylko zobaczyła jego twarz znów poczuła ból w klatce piersiowej. Musiał posłać tłuczek z niezłą siłą.
    Przyglądała się mu w milczeniu - była zbyt osłabiona lub znieczulona (nie miała sama pewności, ponieważ nie pamiętała co pielęgniarka jej aplikowała) by ruszyć ustami czy wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Jak zauważyła na stoliku obok jej łóżka stało trochę słodyczy. Uśmiechnęła się lekko, po czym znów skupiła wzrok na Ślizgonie, nieznaczn unosząc brew w pytającym geście.

    OdpowiedzUsuń
  42. - Albo chociaż sama to naprawić – wskazał jej szczątki krzesła. – Moje zdolności stolarskie są dość ograniczone i prędzej zrobię sobie poważną krzywdę niż poskładam to mugolskimi sposobami. Sama pomyśl, jak głupia byłaby to śmierć. A jak wiele świat by na niej stracił!
    - Rzeczywiście - uśmiechnęła się kpiąco. - Śmierć od drzazgi wbitej w palec. Zostaniesz bohaterem i poświęcą ci całą stronę w proroku. "Ignotus - zatoczyła dłonią koło w teatralnym geście - człowiek, który chciał pokonać krzesło!"
    Jednakże - fakt faktem - krzesło było zniszczone, tak jak wiele innych rzeczy w tym pomieszczeniu, nie wspominając o cholernym bałaganie wzdłuż i w szerz całej sali. Ignotus nie dałby rady tego naprawić, więc tutaj była skazana na oddanie gońca w tej partii szachów.
    - Dobra - powiedziała zrezygnowana. - Naprawię to krzesło, stół czy co tam jeszcze.
    Widząc ożywienie i coś jakby niedowierzanie w oczach chłopaka, pokręciła głową przecząco. Nie będzie tak łatwo.
    - Nie, nie myśl że od razu. Kiedy już sprzątniesz to wszystko. Naprawdę sprzątniesz. I to krzesło będzie ostatnią rzeczą jaka zostanie tu do roboty, wtedy ci pomogę. Nie wcześniej.
    Miała wielką nadzieję, że to go przynajmniej chociaż trochę zmotywuje do podjęcia racjonalnych kroków. Czy on rzeczywiście tak świetnie się bawił jej kosztem, że jest gotowy spędzić tutaj całą noc? W imię czego?
    Nie miała zielonego pojęcia, która jest godzina, ale jej burczący brzuch uświadomił jej, że późna. Już miała się kompletnie rozstroić - będąc mokrą, brudną, głodną i śpiącą, ale pomyślała, że przecież nie musi tutaj być. Że to tylko jej dobra wola.
    Tak po prawdzie, to chciała doczekać do finału tego nieszczęsnego szlabanu, ale to nie oznaczało, że ma głodować i tak cierpieć.
    Więc upewniła się, że ma ze sobą obie różdżki i skierowała w stronę drzwi wyjściowych z pomieszczenia, ignorując pytające spojrzenie Ślizgona. Zamknęła je za sobą i rzuciła dwa zaklęcia, których bez różdżki nigdy by nie sforsował. Do kuchni było niedaleko, więc nie martwiła się, że klasa ucierpi jeszcze bardziej pod jej nieobecność. Chyba.

    OdpowiedzUsuń
  43. [A niech Cię! ;D]

    Droga z Klasy od Eliksirów do kuchni wiodła prosto przez korytarz i zakręcała w lewo, w rzadko odwiedzany zaułek, w którym zazwyczaj obściskiwały się parki, nie mogąc znaleźć bardziej romantycznego, zacisznego miejsca. Połaskotała gruszki na obrazie i przeszła przez niego do ogromnego pomieszczania, pełnego blatów, szafek, palników i skrzatów.
    Wyrecytowała z pamięci to, na co miała ochotę i skubnęła trochę winogron z półmiska, w oczekiwaniu na jej zamówienie. Pojawiło się już po chwili, zapakowane w białe, kartonowe pudełko, więc Eva nie widziała sensu, żeby zwlekać jeszcze bardziej i udała się w drogę powrotną.
    Pudełko było całkiem spore, więc miała problem z trzymaniem go i jednoczesnym odczarowywaniem drzwi, ale jakoś sobie poradziła i już po chwili weszła do klasy.
    - Tylko nie myśl, że to kolacja przy świecach - mruknęła, zamykając drzwi. Dopiero teraz mogła się odwrócić i oniemiała.
    Z wyjątkiem wciąż rozwalonych sprzętów, które wzięła na siebie, było... czysto. Dokładnie tak, jakby na lekcji nie było żadnego wybuchu, jakby żadna wieża się nie rozwaliła. Szczątki krzesła i stołu leżały złożone w kącie.
    - Skąd wziąłeś różdżkę? - spytała tylko. Nie zakładała innej możliwości. Być może będzie ją próbował mimo wszystko wkręcić, że się pośpieszył, bo nie chciał zostać tu ani chwili dłużej. Ale został. Mając różdżkę i mogąc stąd wyjść, został. Tylko dlatego, żeby zobaczyć jej minę i ją dręczyć.
    Zabawne, że po tych wszystkich miesiącach, kiedy widywała go czasem na lekcji i w wielkiej sali, wciąż był taki sam i wciąż mogła go przejrzeć.
    Kątek oka spojrzała na Ignotusa, siedział przy biurku, miał ręce założone na piersi, a na twarz przyklejony okropny tryumfalny uśmiech. Odwróciła wzrok, licząc w myślach do trzech.
    Zerknęła na sufit, był czysty, co nie pozostawiało już wątpliwości, że użył magii. Skąd wziął różdżkę? Czyżby ktoś nieopatrznie ją zostawił? Jakiś uczeń? To wydawało się niemożliwe, po kilku godzinach od zakończenia zajęć z pewnością wróciłby po swoją własność.
    W każdym razie, skoro znalazł jakiś sposób, to niech sprzątnie całość. Ona ma tu tylko zostać do końca i dotrzyma słowa.
    Usiadła przy stoliku ze świecami i zajrzała do pudełka, wyjmując z niego jeden z talerzy, ten z naleśnikami z owocami leśnymi, polanymi ciepłą czekoladą i bitą śmietaną. Pokroiła sobie kawałek i wzięła do buzi kęs, wolno go przeżuwając. Nie przyłapała go na używaniu cudzej różdżki, więc nie mogła wyciągnąć konsekwencji. Ale przecież wciąż nie zakończył swojego szlabanu.
    - Wiesz, bez krępacji, skoro już sobie poradziłeś z bałaganem na suficie, to równie dobrze możesz naprawić krzesło. Zdolny jesteś, poradzisz sobie.

    OdpowiedzUsuń
  44. [Bardzo dziękuje za przywitanie. ;) Ochota na wątek jest zawsze, gorzej będzie z pomysłem, ale.. przeczytałam kilka razy Twoją kartę od deski do deski i jak na razie jedyne co przyszło mi do głowy to to, ze albo mogą być jakaś daleką rodziną, albo kiedyś, jeszcze przed pójściem do Hogwartu mogli się przyjaźnić.. Wszyscy myśleli, że Gwenny tak jak reszta rodziny trafi do Slytherinu, a tu niespodzianka! Gryffindor. No i od tamtego czasu on mógł zacząć uprzykrzać jej życie, w różnoraki sposób. No nie wiem, może Tobie uda się coś lepszego wymyślić? :)]

    Gwenny

    OdpowiedzUsuń
  45. Nie pomyliła się, sądząc, że będzie próbował zrobić z niej idiotkę. Mowa jest srebrem, milczenie to galeony. Dokładnie tak, jakby Ślizgon powiedział. Więc siedziała cicho, a na talerzu było coraz mniej.
    Patrzyła na niego, w milczeniu żując kęs naleśnika, kiedy wyjmował z pudełka kurczaka na ostro. Przy zamawianiu, zastanawiała się, czy będzie pamiętał. Jego twarz stężała na moment, jakby była wykuta w kamieniu, ale nic nie powiedział. Jabłko Adama poruszyło się, pod wpływem przełykania śliny, kiedy usiadł na przeciwko niej i zaczął jeść, jednocześnie mówiąc z pełnymi ustami:
    - Powiem ci, że, jak na nje-kolacje-pszy-sfiecach – W kwestii dobrych manier widzę też się nic nie zmieniło. – wygląda to cholernie, jak kolacja przy świecach. Może tylko otoczenie trochę mało romantyczne…
    - Sam też jesteś mało romantyczny - mruknęła, wywracając oczami.
    Tym razem już nic nie powiedział. Reszta posiłku upłynęła im w milczeniu, kiedy jedno uparcie chciało podchwycić spojrzenie drugiego. Eva nie miała pojęcia, co mogłaby wyczytać z tych niebieskich, podobnych do swoich, oczu.
    - Nie wiem, czy zauważyłaś, ale posprzątałem. Czy to czasem nie jest tak, że Gryfoni zawsze dotrzymują danego słowa? Nie chcesz chyba zhańbić imienia sławetnego Godryka łamiąc obietnicę?
    Spojrzała na niego spod przymrużonych oczu i kąciki ust podjechały jej delikatnie do góry, tak samo jak brwi w wyrazie rozbawienia.
    - Nie powiedziałam, że obiecuję. Powiedziałam, że pomogę i nie mam zamiaru zostać wiarołomcą jak ty, robiący ze mnie idiotkę i zarzekający, że nie użyłeś magii - uśmiechnęła się do przesady słodko i otarła chusteczką wyjętą z kieszeni wargi, na których zostało trochę sosu czekoladowego. Drugą dłonią wyciągnęła różdżkę, kierując ją w najbardziej prawdopodobnym kierunku, czyli w stronę biurka. Jeśli Slughorn po zajęciach znalazł czyjąś różdżkę, to schowałby ją tam. - Accio różdżka - powiedziała, ale nic się nie stało, mimo że skupiła się na przedmiocie. Wręcz poczuła na sobie rozbawione spojrzenie Ignotusa. Po chwili jednak do jej uszu dobiegł odgłos stukania, jakby coś chciało się wydostać z więzienia. Wstała gwałtownie odsuwając krzesło i podeszła w stronę biurka, nasłuchując odpowiedniej szuflady. Otworzyła jedną z nich, a spod sterty gazet wyłoniła się ładnie ozdobiona, najwidoczniej wykonana na specjalne zamówienie, różdżka.
    Okręciła ją w palcach i rzuciła Ślizgonowi.
    - Masz, czaruj, tak dobrze ci przecież szło. Chcę stąd iść.
    I tak nie spodziewała się, że posprząta, a skoro już tę różdżkę znalazł wcześniej, to trudno.

    OdpowiedzUsuń
  46. - Wystarczająco dużo żeby po tym, jak przywalisz lecąc na niej z pełną prędkością w drzewo, nie było, czego po tobie zbierać.
    Alex uśmiechnął się na dźwięk jego słów, coraz bardziej zainteresowany. Zmarszczył brwi i pokiwał głową jakby to, co powiedział Ignotus wcale nie było zarazem złośliwym komentarzem o jego sztuce latania.
    - Z chęcią bym to zobaczył.
    Sugestia. Wyzwanie, które nie padło bezpośrednio, ale było odpowiednim sygnałem. Prowokacja. Coś, co zwykłemu Puchonowi nie powinno sprawiać przyjemności. Test dumy Ślizgona, którego z pewnością się podejmie. Alex był tego pewien. Widział już dużo tych wężowych przypadków i z wieloma miał już styczność. Taka perspektywa całej sprawy była dla niego oczywista.
    - Chyba, że naturalnie jest zbyt zimno, albo… Czy ja wiem… Jest coś ważniejszego, na przykład poprawienie fryzury.
    Wzruszył ramionami w geście obojętności i przeczesał włosy palcami. Z postawy Ignotusa pałała chęć utarcia Alexowi nosa. Puchon czuł, że prawdopodobnie już ma go w garści. Ale kto wie… Ślizgoni bywają przebiegli.

    OdpowiedzUsuń
  47. Kiedy chłopak był zdezorientowany, Chan przekręciła oczami. Czasami denerwowały ją niektóre zachowania ludzi. Jakby czasami po prostu nie mogli zrobić rzeczy, o które ich się prosi.
    - Ignotus, chodzi mi oto, że jeżeli sam nie będziesz chciał nauczyć się transmutacji, to ja ci nic nie pomogę - zaczęła powoli patrząc mu w oczy. Miała jakieś dziwne wrażenie, że nie zrozumie nawet tego, co właśnie do niego mówiła. - Miej trochę ambicji i chęci, a ja zrobię wszystko byś nadrobił te stracone lata - po tym zdaniu odchyliła się i popatrzyła na całą klasę. - Nie wiem, znajdź sobie jakiś cel, jakąś osobę, której chciałbyś pokazać, że to umiesz. Kogoś kto w ciebie nie wierzy, albo która byłaby dumna z twoich umiejętności.
    Chantelle miała wielką nadzieję, że jakoś przemówi do chłopaka. Mimo tego jak zaczęli znajomość, chciała mu pomóc z całego serca. Nie była kimś w rodzaju darowania łaski, że da komuś korepetycje. Ona sama byłaby dumna i szczęśliwa z tego, gdyby Ignotus zaistniał na lekcji u profesor McGonagall.
    - Pomyśl Ignotus. Przecież nie jesteś taki głupi, jak to czasami mi się wydaje - lekko trzepnęła go w głowę unosząc przy tym jeden kącik ust.

    OdpowiedzUsuń
  48. - No patrzcie… Cały czas tam była! A ja się tak narobiłem.
    Udała że tego nie słyszała. Cały czas szedł w zaparte. Cały czas, ale jednocześnie pomału, w miarę jak zmieniał się jego wyraz twarzy, docierało do niego, że teraz to i tak nie ma sensu. Chwała Merlinowi.
    Przez ten czas Eva zdążyła przejść dystans do niego i zacząć zbierać talerze z powrotem do pudełka. Miała zamiar je potem odnieść, żeby skrzaty nie musiały ich magicznie ściągać. To mogła zrobić w zamian za pyszny posiłek.
    - Mniejsza – powiedział w końcu – skoro już pozwalasz mi naprawić te graty za pomocą czarów możesz dać mi moją różdżkę zamiast tej?
    Eva posłała mu tylko wymowne spojrzenie, mówiące: serio?! Atmosfera między nimi była tak dziwna, że wręcz nie mogła w niej oddychać. Było tyle niedopowiedzianego. Jakby grali w tę swoją dziwną grę, ale tak naprawdę mieli zamiar mówić i robić coś kompletnie innego.
    - Nie wiem czy wiesz, ale powinnam ci oddać różdżkę dopiero po zakończeniu szlabanu - powiedziała, powołując się na regulamin prefektów. Zabawne, że dopiero w takiej sytuacji była skłonna się do niego zastosować, miała ochotę parsknąć śmiechem, że wreszcie przynajmniej jedna zasada miała sens.
    - Pomijając regulamin, nie widzę takiej potrzeby, przecież i tak ta różdżka nosi ślady twojego użytkowania, więc co za różnica? Jedno Reparo w tę czy w tę - wzruszyła ramionami. - Pośpiesz się, muszę jeszcze odnieść pudełko. Czekam przed drzwiami. - Powiedziała i zostawiła go w sali. Na sercu siadło jej coś dziwnego.

    OdpowiedzUsuń
  49. Kiedy opuściła pomieszczenie, czuła się bardzo dziwnie.
    Przez siedem miesięcy była przekonana, że rozdział jej życia o nazwie "Ignotus", obfitujący na koniec w najbardziej skrajne emocje, został raz na zawsze zamknięty. Przez siedem miesięcy widząc go na korytarzu, w klasie, albo w Wielkiej Sali czuła w sobie jedyną pustkę i miała nadzieję, że to przez to, że te emocje się już wypaliły. Siedem miesięcy, aż do tego dnia. Jeden jedyny szlaban, który o dziwo nawet jej się podobał, wystarczył, aby to wszystko po prostu wróciło.
    Z jej ust wydobyło się westchnięcie, kiedy po krótkiej chwili z klasy wyszedł Ignotus, już bez różdżki, za to z niezidentyfikowanym wyrazem twarzy. To było dziwne... jakby dano im przez los te dwie i pół godziny tylko po to, by ich podręczyć, a potem kazać się rozejść jak gdyby nigdy nic.
    - Wygląda na to, że szlaban dobiegł końca. Teraz oddaj – wyciągnął dłoń w stronę Effy.
    Dziewczyna uniosła na niego wzrok, kiedy podawała mu różdżkę. Niechcący musnęła przy tym jego dłoń i zastygła w bezruchu, czekając aż zaciśnie na patyku swoje palce. Dopiero teraz do niej doszło, że dotyka go po raz pierwszy od siedmiu miesięcy i przelała się przez nią dziwna fala zakłopotania pomieszanego z... czym tak naprawdę? Nie miała pojęcia. Starała się nie odwrócić wzorku od jego świdrujących oczu, patrzył na nią tak, jakby chciał by nic mu nie umknęło, wciąż trzymając wyciągniętą rękę przed siebie.

    OdpowiedzUsuń
  50. Gdy mnie puściłeś, nogi prawie się pode mną ugięły, a ja złapałam się za miejsce, w którym czułam ból. Gdy skierowałeś się w stronę fotela fuknęłam coś pod nosem w twoją stronę, a w mojej głowie uformowała się ''cudowna'' wiązanka na twój temat. Położyłam się plecami na kanapie, która stała niedaleko fotela i bawiąc się włosami wpatrywała się w ogień w kominku.
    -Byłam w łazience dla prefektów- odpowiedziałam sucho i obojętnie nawet na Ciebie nie patrząc.

    OdpowiedzUsuń
  51. Zmusiła się, by kiwnąć lekko głową. W jego ustach raczej nie brzmiało to zbyt optymistycznie. Tym bardziej, że sam jego głos przypominał jej wszelkie możliwe upokorzenia. Przyglądała mu się w milczeniu, próbując zrozumieć co on tu robi. Przy jej łóżku. Jej - Puchonki, na dodatek mugolaczki. W jej oczach nieśmiało zatańczyły iskierki ciekawości.
    W końcu przemogła się, by otworzyć usta. Bała się, jak jej głos może brzmieć, gdy czuła uciążliwy ból w klatce. Miała tylko nadzieję, że nic się jej nie stanie od krótkiej pogawędki ze Ślizgonem.
    - Co tu robisz? - zabrzmiało jak szorowanie paznokciami po tablicy.
    Przełknęła ślinę, chcąc jakoś "naprawić" swój głos. Zamiast ulgi poczuła jednak falę bólu idącą od miejsca uderzenia tłuczka. Mimowolnie zacisnęła dłoń na kołdrze, czekając na odpowiedź chłopaka.

    OdpowiedzUsuń
  52. [Robaczku świętojański, nie zapominaj, że wiśnia jest wspólna ;d. I mogę używać jej tak samo jak Ty. ;) Pisałam na tym drugim blogu dziś i zapomniałam, że tutaj ty używasz tego. Wybacz. To się (prawie) nigdy więcej nie powtórzy ;*.
    A co Ty na to żeby Jasmine zapragnęła mieć Ignotusa na wyłączność? Choć przez chwilę?]

    OdpowiedzUsuń
  53. [Sama jesteś oklepana. ;O. Ładna para z nich będzie! ;DDD]

    OdpowiedzUsuń
  54. Jakąś częścią siebie uparcie, że przyjmie tę różdżkę i odejdzie bez słowa, nie próbując rozgrzebać tego, co wspólnymi siłami niegdyś pogrzebali. Ten wieczór odszedłby zapomnienie, schowałby się za zasłoną milczenia, a nawet po upływie pewnego czasu, mogłaby go wspomnieć z pewną dozą sympatii, tak jak wspomina się dawne dzieje, przy kominku, rozpamiętując drobne zwycięstwa i błędy, zaważające o miejscu w życiu, w którym by się tego dnia znalazła.
    Jednak kiedy różdżka Ślizgona odbiła się z ledwo słyszalnym łoskotem od ziemi i potoczyła pod jego nogi, Eva zrozumiała, że się zaczęło.
    Było dokładnie tak, jakby od dawna przygotowano ich na to spotkanie. Szlaban nie miał być tylko przypadkiem, nic nie znaczącym epizodem, który szybko wyparowałby z ich pamięci. Gryfonka pojęła, że w okrutny sposób świat sobie z nich zażartował, czekając siedem miesięcy, pozwalając na częściowe zasklepienie ran, a później w najbardziej idiotyczny sposób ich ze sobą zetknął. Nie wiedziała jedynie, czy to epilog ich wspólnej historii, czy tak naprawdę jej fatalny początek.
    Słowa Ignotusa, których Eva obawiała się bardziej od śmierci, poprzedzone symptomatycznym dla niego grymasem, były katalizatorem katastrofy, zarzewiem płomienia, który, jak zawsze sądziła, był już dawno kupką popiołu.
    Zawsze byłem dla ciebie drugim wyborem.
    Poczuła się tak, jakby wyrwał jej serce i wrzucił w kwas.
    Cofnęła się w czasie o siedem miesięcy i widziała wszystko wyraźnie, jak gdyby użyła Zmieniacza Czasu. Darkfitch zbyt głęboko zapuścił korzenie w swych przyzwyczajeniach, by widzieć co tak naprawdę się wtedy z nimi stało. Był kotem, niezależnie od tego jak bardzo się zarzekał, że nie cierpi tych zwierząt. Miał tysiące swoich ścieżek, zahaczających o różnie łóżka, dormitoria, zaułki, i tak naprawdę w ich przyjaźni najważniejsze było tego zaakceptowanie. Czasami Reeve zastanawiała się, czy to tylko dzięki temu mogła dla niego być tym, kim była. Przyjaciółką.
    Kiedy zdecydowali, że mimo wszystko spróbują, postrzeganie Ignotusa przez nią uległo fundamentalnej przemianie. Każde udanie się w samotną drogę po tych ścieżkach, odczuwała jako nóż wbity w najbardziej wrażliwe na zranienie części ciała.
    Nikt z jej znajomych nie był w stanie zaaprobować jej związku, a ona była gotowa w nim trwać, bo w chwili gdy zostali parą, wszystko uległo zmianie, okrutnie się skomplikowało, ale poczuła, że to ma sens. I w najważniejszych momentach, w jej głowie formowało się zwątpienie, czy tak samo odbierał to Ignotus, a kiedy szeptał, że wszystko jest idealnie, a potem udawał się w stronę jednego ze swoich wcześniejszych szlaków, zaciskała zęby i dopadało ją rozpaczliwe przerażenie, że tak naprawdę dla niego jedyną zmianą było przesunięcie granicy w ich relacji. Granicy tego, gdzie może ją dotknąć, co może jej powiedzieć... Również tego, co może jej zabronić. A przyjaciół - jedynych, stałych i niezmiennych w jej egzystencji, uczynił zakazanym owocem. To była cena, której nigdy nie byłaby w stanie zapłacić i jedyna, której swarliwy Ignotus od niej wymagał, nie akceptując żadnego kompromisu. A później tak po prostu po jednej ze sprzeczek, zobaczył ją i Pottera wychodzących z pokoju życzeń. Mimo tłumaczeń, że spełniła przyjacielski obowiązek, wszystko się, trywialnie mówiąc, spierdoliło. W uszach do dziś dzwoniło jej ostatnie słowo, jakie do niej powiedział, zanim na wiele miesięcy zamilkli oboje. Szmata.
    Kłykcie pobielały jej od kurczowego zaciskania pięści. Jej ciałem targnął obłęd, kiedy brała kolejne płytkie oddechy, wpatrując się z niedowierzaniem w chłopaka.
    - Zawsze chciałeś więcej, niż mogłam ci dać. – Głos, który wypowiedział te słowa, słyszała jak przez szybę. Tak, jakby nie należał do niej, a do kompletnie obcej osoby. Ślizgon uderzył w najczulszy dla niej punkt z celnością snajpera, ale nie widziała, żeby czerpał z tego satysfakcję. Jego oczy były puste, jakby ktoś wypalił z nich całe życie.


    [ :DDDDD ]

    OdpowiedzUsuń
  55. [ Cześć :) Myślę, że bez żadnego problemu uda nam się znaleźć jakiś wspólny wątek. Jestem otwarta na wszelkie pomysły. ]

    Cassandra

    OdpowiedzUsuń
  56. [Witam, witam, witam! :) Fajnie się złożyło, bo miałam "zagadac" do Ignasia :D Jestem całkowicie zgodna, co do Twojego pomysłu. Sceneria? Ok. Bardzo fajnie to wymyslilas. Oczywiscie, ze sie kojarza - bedac razem na jednym roku i do tego w jednym domu byloby glupio zeby choc o sobie nie slyszeli. Juz wyobrazam sobie ich przyjazn bo maja wiele ze sobaa wspolnego, co nie znaczy ze nie ma roznic, ktore moga troszke urozmaicic relacje pomiedzy nimi.:) Obstawiam, ze skoro Ty wpadlas na znakomity pomysl, to ja mam zaczac, right? :D Wybacz za brak polskich znakow ale aktualnie jestem jeszcze w szkole i korzystam z telefonu]
    Rosemary Burke

    OdpowiedzUsuń
  57. - No to ja nie wiem, co tu robisz - powiedziała pod nosem zeskakując z biurka. Nawet jak starała się chociaż być dla niego miła, to nie udawało się.
    Trudno - pomyślała. Ruszyła do klatek ze zwierzętami i wzięła do ręki jedną z nich. Przeniosła na mebel, z którego przed chwilą zeszła, czarnego kruka. Jedno z podstawowych zwierząt do transmutacji. Znalazła też gdzieś metalowy sześcian. Trochę zdziwił ją fakt, że tak dobrze zna klasę profesor McGonagall.
    - Słuchaj, w s p a n i a l e rozwinięty - kiwnęła głową na przedmioty, które położyła na biurku. Podparła się rękoma o stół i westchnęła. - Zapamiętaj, co teraz tłumaczę: pierwszą zasadę Cristoff'a - Trzy ostatnie słowa wypowiedziała najwyraźniej jak mogła. Była zła, nawet bardzo.
    - Ten kruk składa się z kości, mięsa, obiegu krwionośnego i tak dalej. Jest więc zatem przedmiotem złożonym. - Mówiąc o zwierzaku dotknęła klatkę różdżką. Z niego przeniosła uwagę na sześcian. - Ten klocek jest zbudowany tylko i wyłącznie z metalu. Jest więc przedmiotem prostym. - Po tym zdaniu odepchnęła się od drewna i szybkim krokiem przeszła pod tablicę. Złapała kawałek kredy i pod wcześniej nakreśloną literą rzymską zaczęła rysować kruka. Zaraz obok postawiła kilka kresek, które uformowały się w sześcian.
    - Więc teraz tłumaczę regułkę: Jeżeli kruk jest bardziej złożony od klocka, jest trudniejszy do przetransmutowania. - Przeszła do kolejnej liczby, a pod spodem napisała wyraz "WSZYSTKO". - Druga zasada mówi o tym, co możesz transmutować - podkreśliła słowo, a obok postawiła wykrzyknik. - To znaczy, że i kruk, i sześcian, i nawet ja mogę być transmutantem, a jestem pewna, że chętnie byś to uczynił. - powiedziała bez cienia emocji. Znowu zaczęła grać obojętną, był to pewnego rodzaju jej mur obronny. Chan ogarnęła wzrokiem całą tablicę, a po tym spojrzała na Ignotusa kierując się w jego stronę.
    - Przysięgam ci, że jeżeli tego nie zrozumiesz, pierwsze co zrobię to przetransmutowanie ciebie w takiego metalowego klocka - Blondynka wymachiwała różdżką przed nim. - Tylko wygląd by się zmienił. - warknęła i rzuciła przeciwzaklęcie na szufladę. Wyjęła z niej szkicownik, a chowając ją w biurku odezwał się głuchy dźwięk trzaśnięcia.
    - Na dziś koniec, bo mam cię serdecznie dosyć - odwróciła się na pięcie i skierowała ku wyjściu.

    OdpowiedzUsuń
  58. [Nie ma sprawy. Zaczynam.]

    Bezsenność była wyjątkowo paskudną przypadłością. Wolałaby już cierpieć na chorobę żołądka, bo brak snu był po prostu męczący i w całej tej sytuacji był tylko jeden plus - mogła pobyć sobie w samotności, w Pokoju Wspólnym i chyba nikt nie mógł jej przeszkodzić. Mogła bez problemu położyć się na skórzanej kanapie, znajdującej się tuż obok kominka i poczytać książkę, którą wypożyczyła wczoraj z biblioteki.
    Była też druga opcja, która pomimo tego, że ociekała atrakcyjnością, nie była dobrym rozwiązaniem. Jej nocne wędrówki po Hogwarcie odpłaciły się masą punktów ujemnych, co jej się nie podobało i musiała zaprzestać ze swoim wędrowniczym, nocnym trybem życia.Westchnęła ciężko i przewróciła kolejną stronę książki, Poderwała się gwałtownie i powróciła do pozycji siedzącej, gdy usłyszała, że ktoś wszedł.
    ''Czyżby ktoś wziął ze mnie przykład?'' pomyślała.
    Jej oczom ukazał się wysoki blondyn, który nie wyglądał na zadowolonego. Ich spojrzenia w pewnym momencie spotkały się, a ona rozpoznała Ignotusa Darkfitcha, chłopaka z jej klasy. Zlustrował ją od góry do dołu, co nie było dla niej ani trochę sprzyjające, zważając na fakt, że nie lubiła gdy ktoś się jej przyglądał. W jej głowie zaświtała myśl, żeby wrócić do dormitorium i spróbować zasnąć, choć z drugiej strony wiedziała, że to było po prostu nie możliwe. Do tego mina chłopaka, który wyglądał na nieco poirytowanego, mówiąc grzecznie przyczyniła się do tego, że dziewczyna ostatecznie została, a chłopak usiadł obok niej.
    Po długiej ciszy, Rose otworzyła się, co było niewiarygodnie dziwną reakcją i grzecznie zapytała:
    - Mogę w czymś pomóc?

    OdpowiedzUsuń
  59. [Mówiac całkiem szczerze zaczęłam się już gubić w tym wszystkim, ale.. Lily już zrozumiała, że straciła Pottera, i jest zla, i zazdrosna, i w ogóle. XD
    Pomyślałam sobie, że spiskowanie i odpłacenie można ze sobą powiązać! I. i L. wcześniej za sobą nie przepadali ( to i tak bardzo łagodne określenie), bo ona w końcu szlamą jest, a on okropnym Ślizgonem, ale jakimś cudem dojdą do porozumienia, o! I nasz wątek możemy zacząć od tego, że spotykają się gdzieś tam w szkole i zaczynają rozmawiać zarówno o Evie, jak i o Jamesie, no i o jakimś planie skłócenia i zemszczenia się na nich! Masło maślane, wybacz. XD ]

    Lily

    OdpowiedzUsuń
  60. Cisza, która pomiędzy nimi zapadła wydawała się nieprzenikniona niczym kamienny mur, Effy miała wrażenie że mogłaby dotknąć jego lodowatej powierzchni.
    Teraz dla Evy stało się jasne, że wszystko co Ignotus powie, albo zrobi, będzie zaprogramowane na zadanie jej jak największego cierpienia. Tak, jakby pod oszczerstwami zawoalowane było to, o co tak naprawdę ma do niej żal, ale w sposób, który miał ją skrzywdzić.
    I skrzywdziło ją to, bo tymi słowami wymierzył jej siarczysty policzek. Sposób w jaki się uśmiechał, powodował u niej ciarki rozchodzące się po plecach. Nic w tym uśmiechu nie przypominało Ignotusa, w którym się… zakochała.
    Teraz dotarło to do niej z całą mocą zawartą w tym jednym, głupim słowie, które z jej życia uczyniło galimatias. Była naprawdę zakochana. Naprawdę jej zależało.
    Głowa zaczynała pulsować jej tępym bólem.
    Ale jakie to miało teraz znaczenie?
    Została towarem. Zabawką, którą można było nabyć za tak cenne dla chłopaka galeony, zabawką, którą można było sterować, zaplanować jej czas, zabawką, którą można się było zadowolić, a później znudzić i odrzucić na stos innych zabawek. Ale najwidoczniej nawet w tej roli nie była dość dobra. Bo miała przyjaciół, bo miała trochę inne oczekiwania… a może oni oboje chcieli tego samego, tylko inaczej to wyrazili?
    - Auć – westchnęła. – Więc mam rozumieć, że wtedy z przyjaciółki zdegradowałeś mnie do roli towaru?! – Jej coraz mniej obojętny ton przepełniony był goryczą. – Cóż, szkoda, że musiałeś się z takim związać. Na pewno w kolejce do ciebie stało mnóstwo błękitno krwistych panienek, które były nieużywane i zawiedzione, że od kiedy byłeś ze mną, miałeś na nie trochę mniej czasu niż zwykle.
    Miała ochotę go uderzyć, bić do nieprzytomności, okładać pięściami, rozorać skórę na twarzy, zgnieść i zniszczyć, aby nie pozostał nawet najmniejszy pyłek, ale nie zrobiła nic. Nie potrafiła się zdobyć na nic, poza patrzeniem mu w oczy, ale nie miała zamiaru odwrócić wzroku, mimo że spojrzenie Ślizgona coraz bardziej ją przytłaczało.

    [Effy z SecondHandu, haha. Tak to napisałaś, że prawie czuję się winna! Ja! Ja, a nie Effy! ;]

    OdpowiedzUsuń
  61. [Biedny Ignaś? Biedna Lily! ;)
    A udałoby Ci się zacząć? Bo ja już mam dosyć tego zaczynania. :X ]

    Lily

    OdpowiedzUsuń
  62. Musiała odwrócić nieco głowę, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Spojrzała z góry na butelkę z resztkami Ognistej Whiskey starego Ogdena i wzięła głęboki wdech.
    - Wybacz ale tobie już chyba starczy, co? - oznajmiła i bez słowa zabrała chłopakowi butelkę.
    Teraz już nigdzie nie pójdzie. Rzadko kiedy była świadkiem takich sytuacji, co nie było może i przyjemne ale ciekawe, kiedy mało się takie nudne życie jak ona.
    Sama była zdziwiona swoją bezpośredniością wobec Ignotusa, bo w innym wypadku machnęła by ręką i uciekła gdzieś, gdzie nikt nie mógłby jej znaleźć. Stan chłopaka nie był dobry, a ona zastanawiała się, czy aby nie zabawić się w panią psycholog. Nie, to nie był dobry pomysł, choć z drugiej strony? Czemu nie?
    - Generalnie w ogóle się nie odzywam i z nikim nie rozmawiam, więc możesz wykorzystać tą sytuację i opowiedzieć mi co się stało, tym samym będziesz miał gwarancję, że nikomu niczego nie wygadam, bo najzwyczajniej w świecie, nie będę miała komu - zatrzymała się na chwilę i gdy chłopak nie odpowiedział na jej słowa, dodała - Lepiej popaść w ślinotok, niż upić się tym dobrym cholerstwem i tarzać się po podłodze.
    Nie wiedziała, czy jej argumenty przekonają chłopaka ale przynajmniej miała pewność, że próbowała. Wybór należał do niego - mógł to tłumić w sobie, lub wygadać się jej. Co jak co, ale nie wydawało jej się, że Darkfitch miał kogoś, z kim mógłby pogadać, no chyba, że były to zaślepione jego urokiem osobistym dziewczyny, które - musiała przyznać - inteligencją nie pałały.

    Rosemary Burke

    OdpowiedzUsuń
  63. Rosemary pokręciła z niedowierzaniem głową. Miłość była powodem stanu tego chłopaka.
    - A czy ona jest przynajmniej ciebie warta? - uśmiechnęła się - Nie żeby coś, jesteś kompletnie nie w moim typie, ale stan, w którym teraz się aktualnie znajdujesz jest beznadziejny więc obstawiam, że sprawa jest poważna.
    Bardzo była ciekawa, co to była za dziewczyna, dla której sam Ignotus Darkfitch upił się jak dzika świnia.
    Miłość to dziwne uczucie, i w przypadku Rosemary, temat tabu jak na razie, choć przyznać musiała, że fajnie byłoby żeby któryś chłopak - a zwłaszcza jeden Krukon - zachowywał się tak przez nią. Może niekoniecznie przyzwoicie, ale widać chociaż, że chłopaczynie zależało.

    OdpowiedzUsuń
  64. Jeśli wcześniej myślała, że jej nadzieje na normalne pożegnanie się ziszczą, to była najzwyczajniej w świecie głupia.
    - Też żałuję. Zmarnowałem na ciebie zbyt dużo czasu. Czasu, którego nie byłaś warta.
    Te słowa były trzęsieniem ziemi, prawdziwą dziesiątką w skali Richtera, które usunęło Evie grunt spod stóp. Jego zimny ton uderzył w nią z taką mocą, że mało nie zatoczyła się do tyłu i tylko złapanie się jedną ręką ściany uchroniło ją przed tym nieplanowanym ruchem. Ignotusowi z pewnością nie umknął uwadze ten fakt.
    Dwa głębokie oddechy pomogły jej oddalić to nieznośne uczucie. Miała wrażenie, że powietrze wokół nich ochłodziło się o co najmniej kilkanaście stopni, wypełniając płuca zimnem. Serce skuł jej lód i podświadomie wiedziała, że wystarczy drobne uderzenie, aby pękło.
    - Ale masz świadomość, że Potter też cię zostawi? – Pogarda w jego oczach była bardziej bolesna, niż to co mówił. – Jesteś dobra na raz. Ewentualnie na dwa.
    Bum. Pękło. Co jeszcze bardziej mogło się popsuć? Czy zostało cokolwiek, co mogła uratować?
    Nie, z pewnością już nic.
    - Mam wrażenie, że przez te wszystkie lata w twojej głowie powstał całkiem wypaczony obraz przyjaźni i tego, co łączy osoby, które się rzekomo kochają. – Ostatnie słowa splunęła, ogarnięta wściekłością. - Jesteś w cholernym błędzie, bo jedyną osobą, która mnie do tej pory skrzywdziła jesteś TY. – Wycelowała palcem w jego pierś. - Od tamtego pieprzonego dnia, kiedy udowodniłeś, że jesteś niezaprzeczalnie największym skurwielem i despotą jakiego widział ten świat, rozpadałam się na tysiące kawałeczków. I wiesz kto je skrupulatnie zbierał i sklejał jeden po drugim? Moi przyjaciele. Bo tak wygląda przyjaźń. Przyjaciele mnie potrzebują, ja im pomagam, rozumiesz? Ja potrzebuję wsparcia, ciebie nie ma, więc oni pomagają mi. Jesteś w stanie to pojąć? Potter potrzebował mnie, bo ta ruda siksa go skrzywdziła, a ty tak po prostu chciałeś mi odebrać jedyną gwarancję na to, że kiedy znowu wyskoczysz na numerek z jakąś laską, nie zostanę całkiem sama. – Wylewała z siebie potok słów, ale to nie miało znaczenia, bo to mogły być jej ostatnie słowa do niego.
    Nawet nie zauważyła, kiedy łza potoczyła jej się po policzku, ale otarła ją tak szybko, jak mogła. Zaśmiała się ponuro.
    - Wiesz, nigdy w Hogwarcie nie płakałam. Aż do tamtego dnia. Jesteś moim pierwszym i ostatnim powodem do płaczu. Bo nie zamierzam płakać nigdy więcej.

    [#sodramatic]

    OdpowiedzUsuń
  65. [Nie odpuściłam. Myślałam, myślałam i myślałam nad wątkiem z Tobą i chyba jakaś lampka się wreszcie zapaliła :D Jeśli nadal miałabyś ochotę na powątkowanie ze mną (I hope so!), daj znać. Uprzedzam z góry, że koncepcja jest dosyć śmiała i wymagałaby od Ignasia... pocałowania Drew. Oczywiście byłoby to spowodowane zaistniałymi okolicznościami, nieprzemyślanym impulsem i urażoną dumą. Emocjonalnie nic poważnego, za to konsekwencje ogromne. Zaintrygowana? ;) Zapraszam pod swoją kartę, obgadamy szczegóły.]

    Drew

    OdpowiedzUsuń
  66. Powiedziała już wszystko, co chciała powiedzieć.
    Zawsze zazdrościła niektórym ludziom umiejętności maskowania uczuć, zachowania prostej, niezmiennej postawy wobec najróżniejszych okoliczności. Reeve mimo iż zazwyczaj wychwytywała najmniejsza zmiany w mimice twarzy, wywołane emocjami, rzadko potrafiła powstrzymać swoje. Tymczasem jedyne, co od czasu rozmowy było zmienne w Ignotusie, to oczy. Natomiast ona sama... Jej odbicie w lustrze było ostatnią rzeczą, jaką Reeve chciała w tej chwili zobaczyć. Na pierwszy miejscu była Whisky i gorąca kąpiel, zmywająca z niej efekty, jakie wywarły na niej słowa Ślizgona.
    W porządku, racja była po jego stronie, to wszystko nie miało najmniejszego sensu. Bo co ją tutaj wciąż trzymało?
    Prawda była taka, że nic.
    Reeve dała krok do tyłu i łapiąc oraz unosząc delikatnie brzegi szaty dłońmi, dygnęła, robiąc iście pałacowy ukłon.
    - Wedle życzenia. - Uśmiechnęła się i odwróciła na pięcie. Już miała odchodzić, kiedy przypomniała sobie, że nie odniosła pudełek po jedzeniu. Zabawne, że nawet w takich momentach musiała zajmować sobie umysł bzdetami. Sięgając rękami posadzki, podniosła pudełko i ruszyła w stronę kuchni, mając nogi jak z waty, w myślach odmawiając modlitwę o to, by się nie potknąć.

    OdpowiedzUsuń
  67. [Dobra, to robimy, tak jak dogadaliśmy na FB. .]

    Jasmine i Ignotus znali się od lat. Cienka nić sympatii połączyła ich już na pierwszym roku. Wynikało to chyba z faktu, że byli niezwykle do siebie podobni. Równie wyrachowani, trudni i konfliktowi. Oczywiście mówienie o przyjaźni między nimi byłoby sporym nadużyciem, bo prawdopodobnie każde z nich zdolne było do wbicia temu drugiemu noża w plecy, gdyby przemawiała za tym jego korzyść.
    Jedynym, co zawsze nie odpowiadało Jasmine to, to że chłopak zdawał się być obojętny na jej urok. Mogła mieć każdego… Z wyjątkiem niego. A jak to już bywa – zazwyczaj pragnie się najbardziej tego czego nie można mieć, więc życiowym celem dziewczyny stało się zdobycie Darkfitcha.
    Tamtego wieczora wyczekiwała, go w Pokoju Wspólnym, aż wróci z jednego ze swoich rozlicznych szlabanów. Przygotowała Ognistą Whisky, którą obydwoje uwielbiali. Kiedy przekroczył magiczne przejście uśmiechnęła się i poklepała miejsce obok siebie.
    - Co słychać? – zapytała uśmiechając się zalotnie.

    OdpowiedzUsuń
  68. Kiedy skręciła w prostopadły korytarz i tym samym zniknęła Darkfitch'owi z pola widzenia, wypuściła ze świstem powietrze, poczerwieniała na twarzy. Czując na sobie jego spojrzenie, tak bardzo chciała iść i się nie wywrócić, że zapomniała o oddychaniu, co było zaskakujące zważywszy na fakt, że nigdy wcześniej nie zdarzały jej się takie głupie sytuacje.
    Czuła się paskudnie i nie potrafiła nawet sobie tego sensownie wytłumaczyć. Przecież minął taki szmat czasu i jeszcze ostatnio, kiedy mijała się z Ignotusem w jakimś przejściu, albo spotykała go na lekcjach, wszystko było w porządku.
    Wchodząc do kuchni uparcie analizowała w głowie powody, dla których zaczął ten temat. Przez ten cały czas była przekonana, że to wszystko już za nimi, dlatego była ogromnie zdziwiona faktem, że wciąż żal jaki miał do niej był na tyle wielki, że kazał mu się odezwać w tamtej niezręcznej chwili.
    Eva zawsze uparcie sobie wmawiała, że już nic nie czuje, a tymczasem teraz nie była tego wcale pewna. Wręcz przeciwnie.
    Głupi szlaban obudził w niej to, co desperacko próbowała uśpić.
    Spróbowała odrzucić od siebie jednak te wszystkie rozmyślania. Będzie miała na to czas później, a wiedziała, że jeśli teraz nie wytworzy sobie w głowie odpowiedniej próżni, prawdopodobnie na zawsze zostanie w lochach niezdolna do jakiegokolwiek ruchu.
    Już nie na tak drżących nogach, ruszyła w drogę powrotną. W miejscu, gdzie znajdowały się drzwi do sali od Eliksirów nie było nikogo, Eva zdobyła się na westchnienie ulgi, ale kiedy kontynuowała marsz w kierunku parteru, dostrzegła Ignotusa. Na jej widok przesunął się nieznacznie na środek wąskich schodów.
    Tylko spokojnie.
    Kiedy znalazła się już na tyle blisko, by stwierdzić, że nie przejdzie bez jego dobrej woli, odchrząknęła niepewna swojego głosu.
    - Rusz się - wymamrotała.

    OdpowiedzUsuń
  69. [ Miłość jest trudniejsza, bardziej skomplikowana, a świadomość, że Eva jest tak blisko niego i nigdy już nie będzie należała do niego rozrywała jego duszę na kawałeczki.

    moje serce... ono krwawi :'''''')]


    - A co jeśli tego nie zrobię? – Sardoniczny uśmiech Ignotusa pozbawił Evę wszelkich nadziei, że najgorsze tego wieczoru już za nią. Miejsca było na tyle mało, że chcąc przejść, zmuszona była się dosłownie przebić przez postawną sylwetkę chłopaka. W ostateczności mogła spróbować; podświadomie czuła, że wytrzymanie z nim nawet chwilę dłużej będzie kosztowało ją zbyt wiele już i tak za bardzo nadszarpniętych nerwów.
    Najwidoczniej się nie spodziewał, że spróbuje przemknąć bokiem, stawiając stopę najpierw koło jego biodra, a potem już stopień nad nim, ale zrobił coś, czego Effy się nie spodziewała - uważając, że tylko chciał ją zdenerwować - zatrzymał ją. Po prostu pociągnął za ramię i zmusił, żeby cofnęła się.
    Zachowanie chłopaka zakrawało o kompletny paradoks. Jako pierwszy wrócił do przeszłości, a później kazał jej się wynosić, a tymczasem teraz po prostu ją zatrzymywał.
    Co było zaskakujące nawet dla niej samej - jakaś jej część ucieszyła się, mogąc spędzić z nim trochę więcej czasu. Dokładnie tak, jakby zapaliła papierosa po rocznym odwyku od nich i tym razem chciała ich więcej, i więcej. Spróbowała odrzucić od siebie tę irracjonalną myśl, ale wyglądało na to, że na stałe zagrzała miejsce w jej umyśle. Nie chciała się do tego przyznać, ale tęskniła za nim.
    - Dobra - fuknęła. - To sobie posiedzimy. - To mówiąc, usiadła wzdłuż pierwszego stopnia, poniżej chłopaka i zaplotła ręce na piersiach. Chce to ma - "wyśnione towarzystwo".
    Z jakiegoś powodu przez głowę przemknęła jej myśl, że znowu prowadzą wojnę podjazdową polegającą na irytowaniu się nawzajem. To przynajmniej była w stanie zdzierżyć. Nie była pewna, czy przeżyłaby kolejną sesję terapeutyczną w jego wykonaniu bez łez czy ogólnego podłamania.

    OdpowiedzUsuń
  70. - Ale tylko jeden godny ciebie, jak się domyślam - odparła, i po chwili ziewnęła głęboko.
    - Czemu nie śpię? Można powiedzieć, że stoję na straży - oznajmiła - Gdyby przypadkiem jeszcze jeden zakochany i zalany chłopak znalazł we mnie skarbnicę sekretów - dodała, chichocząc.
    Siedziała w Pokoju Wspólnym z Ignotusem. Ona i on - oboje tacy różni, a jednak zgodził jej przedstawić swój problem, choć nieco ogólnie. To chyba był powód do chociaż lekkiego uśmiechu, bo jeszcze nikt nigdy nie zwierzał się wiecznie nadąsanej Burke.

    OdpowiedzUsuń
  71. [Należy zacząć od tego, że Ignaś i Druś się nie znoszą, Drew gardzi sposobem, w jaki Ignotus traktuje kobiety, a Ignotus uważa Drew za kompletnego nieudacznika w sprawach damsko-męskich. Obaj padają ofiarami niewyszukanego żartu Huncwotów (tak przykładowo), którzy najpierw zwabiają, a potem zamykają ich na noc w jednej klasie, mając nadzieję, że poleje się krew ;) Oczywiście kłótnia murowana. Po rozgrzewce, Drew poruszy temat pt. "Dziewczyny muszą być bezmózgimi pustakami, skoro na ciebie lecą", na co Ignotus, stając we własnej obronie, wpadnie w samozachwyt i stwierdzi, że jednym pocałunkiem jest w stanie każdego zwalić z nóg. Drew porządnie go obśmieje, a wtedy urażony i pewny swego Ignaś postanowi to "udowodnić". (Żeby dodać realizmu, chłopcy mogą wcześniej np. znaleźć w klasie ognistą whisky niedokładnie ukrytą przez nauczyciela i z braku lepszego zajęcia - wiadomo ;)) Tutaj będzie moment jak z kiepskiej komedii romantycznej, ale pocałunek przerwie wejście jakiegoś ucznia przybywającego na ratunek, który nie omieszka rozgłosić w całej szkole, co ciekawego zobaczył...
    I jak? :) Jestem otwarta na wszelkie propozycje i modyfikacje z Twojej strony.]

    Drew

    OdpowiedzUsuń
  72. [Nie napisałam tego w karcie, ale Aicha jest bardzo dobrym psychologiem. Czyta mugolskie książki odnośnie psychiki ludzkiej i odnośnie tego, jak sobie z nimi radzić. Ta manipulacja zapewne zrazi ją do Ignotusa (oczywiście on nie musi się tym przejąć), ale często będą skazywani na swoją obecność przez los, powiedzmy. Sęk w tym, że Aicha będzie zawsze umiała obejść jego sposoby manipulacji, właśnie przez znajomość psychologii, co może częściowo go odtrącać, ale wzbudzać też jakiegoś tam niskiego kalibru szacunek. Nie musi wiedzieć, że jest mugolaczką. Co Ty na to?]

    Aicha Bell

    OdpowiedzUsuń
  73. Kiedy Ignotus koło niej usiadł, mogła wyczuć ciepłotę jego ciała, mimo iż nie siedzieli tak blisko siebie. A może wciąż była na swój sposób wyczulona na jego obecność?
    Nie zatrzymał jej bo tak. To nigdy tak nie działało, zawsze był jakiś powód, a Effy nie sądziła, że w tym przypadku ten powód tak na nią wpłynie.
    Na swój pokręcony sposób, Ignotus ją przeprosił.
    Tak po prostu przeprosił ją za to, co powiedział wcześniej.
    Jego późniejszy monolog sprawił, Reeve z coraz większym niedowierzaniem wpatrywała się w chłopaka, chłonąc każde jego słowo, wylewające się z zasłoniętych dłońmi ust prawdziwym potokiem. Ona ich nie słyszała, one trafiały bezpośrednio do niej, otaczając jej serce ciepłem, które było Evie znajome, a którego nie czuła już od bardzo dawna. Ten rodzaj uczucia przypisany był tylko Ignotusowi i tylko on mógł stanowić krzesiwo, które mogło je wzniecić. I właśnie to zrobił.
    Dopiero teraz do niej dotarło, jak bardzo go skrzywdziła, nie mając o tym nawet pojęcia. Jak krzywdzili siebie nawzajem i ogarnęła ją taka fala żalu, że miała ochotę unieść rękę w kierunku włosów i wszystkie sobie wyrwać, a paznokciami rozorać krwawe wyrwy na ciele.
    Całą sobą chciała dotknąć Ignotusa, złapać za dłoń, wpleść rękę we włosy, musnąć policzek. Pragnęła móc uczynić cokolwiek, ale jej ciało stało się dla niej więzieniem. Nie była w stanie się ruszyć, a cały żal i tęsknotę jaką nosiła w sobie mogła przekazać tylko oczami. Oczami, w które Ignotus uparcie nie chciał spojrzeć.
    A później podniósł wzrok i powiedział coś, co przygniotło ją swoją wagą, zmniejszyło do rozmiarów mrówki, która narobiła tyle złego, krzywdząc osobę, którą kocha. Reeve poczuła się okropnie, jakby z całą pewnością zasłużyła na wszystko, co niemiłego powiedział jej Ślizgon. Było jej gorąco i zimno na przemian, kiedy tuż po tym, jak wyznał jej jak pokręcone były jego uczucia, odpuścił. Po prostu odpuścił, zakładając, że w sercu Reeve zajmował któreś miejsce z kolei. Myśli galopowały w jej głowie niczym stado rasowych koni, a ona nie była w stanie przekuć je w choćby najmniejsze słowo, albo gest, wyraz zaprzeczenia. Dusiła się, krzyczała, waliła pięściami w ten niewidzialny mur, który oddzielał jej umysł od ciała. A potem Ignotus pocałował ją i odszedł.
    Minęło kilka minut, które w jej głowie były niczym wieczność, kiedy spostrzegła, że opuszkami palców wciąż dotyka swoich warg.
    Jeśli los nie zetknął ich tego dnia po to, by wszystko sobie wyjaśnili, to po co to zrobił?
    Wiedziała, że jeśli teraz go nie dogoni, nie wyzna wszystkiego, nie zrobi czegokolwiek, może już nigdy nie mieć okazji, może już na zawsze go stracić.
    Zerwała się do biegu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie był daleko, a ona ostatkiem sił chwytała się nadziei, że Ignotus nie zdążył wejść do Pokoju Wspólnego, bo wtedy byłby już poza jej zasięgiem. Tak naprawdę nie miała pojęcia, ile czasu spędziła siedząc bezczynnie, dlatego jej poddenerwowanie rosło z każdą sekundą i metrem, który pokonywała w pełnym biegu.
      Korytarz.
      Schody.
      Głazy, a za nimi...
      On. Z dziewczyną. Tak ciasno, że Eva była przekonana, że nie wcisnęłaby między nich nawet szpilki. Wypuściła ze świstem powietrze, mając nadzieję, że nie było jej słychać. Daremno.

      Usuń
  74. Lily od dnia, w którym poznała Ignotusa stwierdziła, że będzie on jednym z gorszych Ślizgonów jakich mogła poznać w Hogwarcie. Nie miałaby nic do niego, gdyby nie czepiał się tak o czystość krwi. Bo według niego była szlamą, a szlamy nie miały prawa uczyć się w szkole magii. Unikała go jak mogła, ignorowała, znosiła wszystko spokojnie i próbowała się nie denerwować. Ale i jej cierpliwość w końcu sięgnęła zenitu. Zdarzyło się to akurat na jednym z jej ulubionych przedmiotów. Po akcji z wybuchowym eliksirem wylądowała nawet w Skrzydle Szpitalnym, a Ślizgoni stracili jedynie kilka punktów. I to się nazywa sprawiedliwość! Przez pewien okres nawet próbowała go w jakiś sposób zrozumieć, jego samego i jego zachowanie. W końcu wychował się w rodzinie, w której czystość krwi była najważniejsza, więc nikt nie powinien się dziwić, że chłopak wyrósł właśnie na kogoś takiego.
    Od kilku dni chodziła jak struta, a wszystko przez jedną, durną imprezę! Nie potrafiła sobie wybaczyć, że na nią poszła i od kilku dni zadręczała się.. Potterem. Tak, panna Evans zadręczała się Potterem. Nieprawdopodobne? A jednak!
    Właśnie wychodziła z łazienki, gdy usłyszała i zobaczyła Ignotusa. Była zdziwiona, albo raczej zszokowana. Czyżby znów chciał spowodować żeby trafiła do Skrzydła Szpitalnego? Mruknęła do kilku Gryfonek, że zaraz do nich dołączy, i odeszła parę metrów razem z chłopakiem.
    - W takim razie słucham.. O czym wspaniały pan Darkfitch chciałby ze mną porozmawiać? – Uśmiechnęła się ironicznie unosząc głowe i wpatrując się śmiało w jego twarz. – Znów chcesz mi coś zrobić?


    [Przepraszam za jakość, ale nie ma mnie w domu i musze odpisywać w dosyć nieciekawych warunkach! :C] Lily

    OdpowiedzUsuń
  75. Gdy Chantelle usłyszała, że chłopak dobrze radzi sobie z teorią, zdenerwowała się jeszcze bardziej. Własnie po to zadała mu pytanie "od czego mają zacząć", by wyeliminować te rzeczy które potrafi. Teraz nie dość, że zmarnowała tyle czasu na wytłumaczenie tego, to jeszcze jest w złym humorze. Chciała wrócić już do dormitorium i rzucić się na łóżko. Miała jakąś silną potrzebę uspokojenia się, a wiedziała, że czym dłużej będzie przebywała z Ignotusem, tym gorzej dla niej.
    – A przy okazji tego następnego razu pozwolę byś pokazała mi, co to jest. - powiedział wskazując na szkicownik. Chan wypuściła go przez drzwi i trzasnęła nimi. Kilka razy przekręciła kluczem, kiedy Ignotus dalej do niej mówił.
    - Po pierwsze, następnym razem specjalnie dla ciebie nawet tego nie wezmę - zaczęła opierając się ramieniem o skrzydło wejścia. - Po drugie moim celem życiowym nie jest zyskiwanie w czyiś oczach. A w twoich szczególnie - prychnęła odpychając się od drzwi.
    W tej chwili zaczęła zastanawiać się, czy te korepetycje to na pewno dobry pomysł. Jakoś nie miała ochoty chodzić codziennie poddenerwowana, jak teraz.
    - A co chciałbyś tam znaleźć mając na myśli gorszące rzeczy? - zapytała niby zaciekawiona przechylając głowę na bok. Szkicownik schowała za siebie, by nawet nie przeszedł mu przez głowę pomysł na zabranie jej go. Były tam prócz szkiców postaci uczniów dosyć specyficzne rysunki, a mianowicie z wyobraźni. Ostatnim motywem jakim posługiwała się Chan była kobieta i czaszka.
    - Następnym razem też się spóźnisz? Chciałabym być na to przygotowana.

    OdpowiedzUsuń
  76. [ Ja też niestety nie mam pomysłu na to, jak urozmaicić ten wątek, ale jakoś trzeba, bo robi się nieklawo XD Zróbmy jakąś szaloną akcję, albo po prostu zakończmy tę scenę i np. jutro zacznijmy od nowej, może przyjdą nam do głowy jakieś pomysły. Jak sądzisz? :)]

    Rosemary Burke

    OdpowiedzUsuń
  77. Jane zaciskała w pięści podrapane do krwi dłonie. Nawet nie zwróciła uwagi na uciekającego Napoleona. Właściwie nigdy nie widziała, aby jej kochany kociak uczepił się w czyjeś spodnie z takim zawzięciem. Najwyraźniej zwierzak po prostu nie polubił Ignotusa i postanowił mu to jakże jasno i rzetelnie uświadomić w, niestety, dość niefortunny sposób dla swojej właścicielki. Jane jednak wcale nie miała zamiaru się na kota gniewać. Wprawdzie zadowolona nie była, ale... ale w tej chwili jej złość w przeciągu paru sekund przepłynęła na Ślizgona.
    Jane była naprawę wiele znieść i się nie odzywać nawet, gdy ją obrażano. Taki typ, po prostu. Jednak czasami nawet ona traciła tą swoją anielską cierpliwość i nawet potrafiła się odezwać w mniej uprzejmy sposób niż zazwyczaj, choć dłonie, pomimo tego, że ukryte w kieszeniach szaty, drżały z nerwów. Co mogła poradzić na to, że po prostu nie umiała się kłócić?
    - Nie nazywaj mojego kota ,,oszalałym sierściuchem'' - powiedziała cicho, ale naprawdę stanowczo. Jak na nią. - Najwyraźniej zasłużyłeś, skoro się na ciebie rzucił. A jak kręcą się rybki, to może w zamian za spodnie ufunduję ci akwarium...
    Stała naprzeciwko niego z rękoma ukrytymi w kieszeniach swojej szkolnej szaty. Przestała zakrywać twarz włosami i patrzyła na niego twardo, pełnymi złości oczami. Jedynie rumieńce na policzkach pozostały, a nawet się nasiliły.
    To musiało być niezwykle dziwne doświadczenie - widzieć rozgniewaną Jane Leavitt. Do tej pory chyba jeszcze nikomu się to nie zdarzyło.
    Czuła się raczej dziwnie. Już dawno nikt jej nie wyprowadził z równowagi, więc można zupełnie spokojnie powiedzieć, że Ignotus musiał mieć do tego jakiś zaskakujący talent. Sama Jane była zaskoczona tym, jak bardzo zdenerwowana była w tej chwili.

    Jane Leaviit

    [Przepraszam, że tak późno odpisuję, ale chorowałam i nie miała ani sił, ani chęci na odpisywanie :c]

    OdpowiedzUsuń
  78. - Em... Najpewniej stoję.
    Trybiki w jej umyśle powoli się obracały, skutkując najpierw jej tradycyjnymi wypiekami na policzkach, stopniowo wkraczającym na wargi rozbawionym uśmiechem, a w końcu także urwanym śmiechem. Ból w klatce piersiowej nie pozwalał jej na takie ekstrawagancje jak śmiech, mimowolnie jednak co chwila parskała nie mogąc się uspokoić.
    - Może więc usiądziesz? - uprzejmie, jednak wciąż nieco niepewnie, poklepała miejsce z boku łóżka. - Nie bój się. Raczej nie gryzę - mówiła cicho, próbując kontrolować swój-nieswój głos.
    Przyglądała się Ślizgonowi z uwagą, próbując odgadnąć powód jego wizyty. Zaraz jednak zapomniała o swoich przemyśleniach, przypominając sonie o meczu.
    - Mów, kto wygrał...?

    OdpowiedzUsuń
  79. W wieczory takie jak ten - kiedy na zewnątrz zacinał śnieg, wraz z przeszywającym wiatrem i mrozem tworząc diaboliczne trio zmieniające każdego w sopel lodu - pokój wspólny Krukonów wydawał się Drew najprzytulniejszym miejscem na ziemi. Ze szkicownikiem na kolanach rozłożył się wygodnie w wielkim fotelu, czekając na przypływ weny.
    Dziś jednak najwyraźniej stworzenie arcydzieła nie było mu pisane, bowiem w tym momencie do pomieszczenia, niczym tornado, wpadła rudowłosa czwartoklasistka, informując, że Slughorn wzywa go pilnie do siebie w celu omówienia jakiegoś ponadprogramowego projektu z eliksirów. Nie zdarzało się to pierwszy raz. Profesor wprost uwielbiał chwalić się swoimi utalentowanymi pupilkami na prawo i lewo, angażując ich do wszystkich możliwych - pochłaniających mnóstwo czasu i energii - dodatkowych inicjatyw. Niestety, nawet talent potrafi zaleźć czasem człowiekowi za skórę.
    Z entuzjazmem porównywalnym do tego, który towarzyszy myślom o zeszłorocznym śniegu, Drew całą siłą woli zmusił swoje ciało do zwleczenia się z fotela i podążenia w kierunku sali eliksirów, co - ze względu na jej ulokowanie w lochach - wiązało się z pokonaniem niezliczonej ilości schodów.
    Dobre kilka minut później ospałym krokiem minął próg klasy, wytężając wzrok w poszukiwaniu znajomej twarzy nauczyciela lub chociaż któregoś ze stałych bywalców tego typu polekcyjnych spotkań. Dostrzegł tylko jedną postać stojącą w dalszym kącie pomieszczenia. Gdy rozpoznał w niej Ignotusa Darkfitcha - najbardziej egoistycznego, wyrachowanego dupka, jaki stąpał po korytarzach Hogwartu - nastrój Krukona natychmiastowo z „dajcie mi wszyscy spokój” zmienił się na „mam ochotę cię zamordować, bo stoisz o pół kilometra za blisko mnie”.
    - Zbłądziłeś, panie idealny? - rzucił kąśliwie - Bo jakoś nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek pałał szczególna miłością do eliksirów.
    Zanim jednak Ignotus zdołał odpowiedzieć na zaczepkę jakąś sarkastyczną uwagą, obaj zamarli. Zamarli na huk zatrzaskiwanych drzwi oraz szczęk przekręcanego w zamku klucza, którym towarzyszyły niepokojąco znajome śmiechy oznaczające jedno.
    Kłopoty.

    [Chciałam zachować pozory poważnej pisarki, ale chyba się nie uda. Jaram się tym wątkiem tak, że ja pierdole!!! Musiałam to powiedzieć xD]

    OdpowiedzUsuń
  80. Lily była nadzwyczaj inteligentną osobą, więc wcale nie myślała wolno. Ona po prostu nie mogła uwierzyć, że właśnie ten czarodziej, ten Ślizgon podszedł do niej i stwierdził, że "muszą pogadać". Wszystko wyjaśniłoby się, gdyby nagle zza ściany wyskoczyła resztę i oblała ją czymś nieprzyjemnym. Wolała uniknąć czegoś takiego, ale ostatecznie.. ciekawość zwyciężyła. Gdyby nie zaryzykowała to nie dowiedziałaby się o co chodzi, a potem by się zadręczała tak i owak.
    Westchnęła cicho, ruszając za nim. Przed skręceniem w głąb korytarza odwróciła głowę i posłała uśmiech koleżankom. Widziała w ich oczach, że w razie czego są zdolne do pójścia z nią, ewentualnie wezwania nauczyciela. Gdy znaleźli sie w koncu daleko od wszystkich zatrzymała się i oparła o ścianę. Nie dość, że i tak miała zły humor to jeszcze Ślizgon mógł go jeszcze bardziej zepsuć.
    - Więc słucham. Co się takiego wydarzyło, że stwierdziłeś, że musimy pogadać? - W tym właśnie momencie usłyszała śmiech. Bardzo dobrze wszystkim znany śmiech. Potter. Delikatny uśmiech zniknął z twarzy Lily, a wzrok spoczął na dłoniach. Tylko nie on! Nie tutaj!

    Lily

    OdpowiedzUsuń
  81. Kristel była pewna, że coś wiedział. To było zbyt oczywiste, nawet nie musiała patrzeć mu w oczy, by to dostrzec. Cała sytuacja wydawała się podejrzana, a na tle obecnych wydarzeń…
    W świecie magii zrobiło się głośno o śmierciożercach, bo tak nazywali siebie poddani pewnego lorda o specyficznych przekonaniach. Co prawda wyznawał jedynie głośno zasadę, panującą w większości szlachetnych rodów. Ostatnio jednak zanosiło się na to, że niedługo przejdzie do czynów. Oficjalnie o zagrożeniu nie mówiono, a ministerstwo milczało jak zaklęte, jednak ludzie wiedzieli swoje. A już szczególnie ci wysoko postawieni, czystokrwiści czarodzieje. Scrivenowie, mimo że nie chcieli, to musieli odegrać swoją rolę w tworzącej się historii. Ojciec - szef departamentu, tak samo jak i matka. Skoro w ich żyłach płynęła niezmieszana krew, to w końcu musieli postawić się po którejś ze stron. Jak długo się dało utrzymywali się z dala od tych spraw i po prostu wykonywali swoją prace. Brat matki, Teodorius Darkfitch, którego syn właśnie siedział obok Kristel, opowiedział się za Voldemortem. To właśnie on nakłaniał Violet by przeszła wraz z mężem na jego stronę, wmawiał racje i za każdym razem denerwował się, gdy ta go zbywała. Gdy Kristel podsłuchała rozmowę rodziców dowiedziała się, że oboje nie chcą wkraczać w szeregi śmierciożerców, lub donosić na mieszańców krwi. A także coś o wiele bardziej niepokojącego. Ostatnio do Azkabanu trafił przyjaciel Teodoriusa, który najpierw torturował a następnie zabił pewną rodzinę, jednakże Kristel nie dowiedziała się dlaczego to zrobił. Wszystko zostało zatajone przez Ministerstwo, brat matki starannie tego dopilnował. Podobno zrobił to wszystko na zlecenie Lorda Voldemorta. Kiedy stary Darkfitch dowiedział się o nieudanej akcji wpadł w szał i chciał odnaleźć tych, którzy naprowadzili Aurorów na ślad przyjaciela. Najgorsze jest to, że to matka Kristel, której przez przypadek Teodorius puścił parę o wydarzeniach, zdradziła mężczyznę odpowiednim osobom. Wiedziała, że zabici czarodzieje byli ważną częścią układanki, tak jak torturujący ich mężczyzna. I tak właśnie Scrivenowie wmieszali się w politykę. Rujnując plany Voldemorta, doprowadzając do wściekłości krewnych. Ale żaden ze spokrewnionych nie domyślał się, że ktoś z rodziny mógł okazać się zdrajcą. Violet zaczęła przy bracie „przekonywać się do czarnej magii” więc i on nie brał jej pod uwagę. Do czasu… Bo w końcu Ignotus coś wiedział. Jego rodzice musieli żywo dyskutować o rodzinie Krukonki, może wpadli na jakiś ślad, może ktoś zdradził Scrivenów.
    - Świetnie – odpowiedziała pospiesznie, bo zaraz wstała i ruszyła szybkim krokiem w stronę damskiej ubikacji. Zawsze trzymała się w garści, ale jeśli chodziło o zagrożenie życia była tchórzem. Śmierć była jej fobią, nie wyobrażała sobie też być torturowaną. Na samą myśl zemdliło ją i na korytarzu zaczęła biegnąć, by móc bezpiecznie zwymiotować.

    OdpowiedzUsuń
  82. Chan podniosła jedną brew. Ignotus mówił do niej w sposób którego nie mogła zrozumieć. Jednak nie miało to dla niej większego znaczenia i tak nie da mu tego do ręki.
    - Nie wiem, jak z Twoim wolnym czasem, ale ja go mam codziennie, więc po prostu się do mnie zgłoś - odpowiedziała mu. Nie chciała wyznaczać mu konkretnej daty, ponieważ nie wiedziała z jaką częstotliwością chce się uczyć. Zanim odeszła przypomniała sobie o dwóch zaklęciach. Otworzyła w tym celu szkicownik, ukazując niechcący jeden z rysunków kobiety z maską czaszki. Blondynka zacisnęła zęby karcąc siebie za nieuwagę. Napisała coś na rogu kartki, opierając notatnik o ścianę i wyrwała kawałek papieru. Podała to chłopakowi.
    - Przypomnij sobie jak wygląda zaklęcie Pinepa i Oowolda, to poćwiczymy praktykę - westchnęła, podsumowując ich dzisiejsze spotkanie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak niektóre nazwy brzmiały naprawdę durnie.
    - Zaczep mnie na korytarzu, jeżeli będziesz gotowy. Może nasze kolejne spotkanie będzie bardziej owocne niż to - mówiła coraz wolniej i trochę jakby do siebie. Zdanie trochę brzmiało jak dwuznaczne. Chan pokręciła głową wyrzucając ową myśl z głowy.

    [możesz wymyślić wygląd tych zaklęć, bo ja ich nie znalazłam ;c]

    OdpowiedzUsuń
  83. Hej :) Chciałam tylko zwrócić uwagę że nie odpisujesz mi od tygodnia. Nie wiem czy nie spodobał się wątek czy po prostu nie zauważyłaś. Zrozumiem oba przypadki, tylko że jeżeli nie chcesz już pisać to chciałabym o tym wiedzieć, ok? :) Mój komentarz pod tą kartą jest z 19 stycznia jakby coś xd

    Lizz

    OdpowiedzUsuń
  84. Roznoszące się zazwyczaj po szkole w formie "newsa dnia" w błyskawicznym tempie, żarty autorstwa Pottera i Blacka nigdy - zdaniem Drew - nie zachwycały oryginalnością ani nie powalały finezją wykonania. Ale tym razem przeszli samych siebie, w jak najgorszym tych słów znaczeniu.
    Wiadomo, że punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia, więc Drew, "awansując" z pozycji niezainteresowanego obserwatora na ofiarę dowcipu, wykazywał się o wiele większym krytycyzmem niż zazwyczaj; ale naprawdę, tysiąc razy wolałby zostać oblanym jakimś świństwem powodującym wypadanie brwi niż utkwić prawdopodobnie na całą noc w jednym pomieszczeniu z tym palantem, Darkfitchem. Jakby sama świadomość, że znajduje się dwa metry od niego nie była wystarczającą karą za wszystkie grzechy, Ślizgon odezwał się - choć chyba "zaczął pluć jadem" stanowiłoby bardziej adekwatne określenie.
    - Najwyraźniej obaj zabłądziliśmy. A raczej obaj daliśmy zrobić z sebie półgłówków. A raczej ja dałem bo ty… -zrobił przerwę, jakby musiał wysilić wszystkie swoje szare komórki, aby przypomnieć sobie imię "nieprzyjaciela"  - Drew – brawa za ponadprzeciętną pamięć – już od dawna nim byłeś.
    Krukon wbił paznokcie w nasady dłoni, za punkt honoru wyznaczając sobie zachowanie spokoju. W sytuacjach wybitnie beznadziejnych - a obecna bezsprzecznie zaliczała się do czołówki tych najwybitniejszych - spokój najczęściej pozostaje ostatnią drogą ratunku.
    - Wspaniale. Skoro sam dokonałeś degradacji swojego poziomu intelektualnego, to teraz możemy działać jak równy z równym. Nie wiem jak ty, bracie półgłówku - mogę ci tak mówić? - ale ja zamierzam szukać sposobu na otworzenie tych pieprzonych drzwi, całą noc, nawet jeśli miałoby to oznaczać uwolnienie się od twojego towarzystwa na jedną minutę przed przybyciem rano Slughorna. Każda zyskana sekundabędzie błogosławieństwem. - zlustrował wzrokiem podpierającego ścianę Darkfitcha - Myślę, że w tej kwestii wyjątkowo się ze mną zgodzisz.
    Drew przerwał na chwilę, zastanawiając się, czego konkretnego mają właściwie szukać.
    - Z tego, co kojarzę, Slughorn zostawia w klasie czasem zapasowy klucz. Ale czymś w rodzaju taranu też nie pogardzę.
    Nie czekając na reakcję "tego drugiego", zabrał się do przetrząsania biurka nauczyciela. Papiery, zabrudzone fiolki, niektóre pełne jeszcze do połowy... Klucza ani śladu. Za to na najniższej półce, za stertą uczniowskich wymacał znajomy kształt. No ładnie, ładnie, profesorku. Jeśli go intuicja nie myli, to musi być to...
    Ognista Whisky. Prawie pełna.
    Wyciągnął swoją zdobycz i uniósł ją do góry, potrzącają delikatnie niczym trofeum. Oczy Ignotusa zaiskrzyły pożądliwie.

    [Procenty wkraczają do gry! ;D]

    OdpowiedzUsuń
  85. Alex nie bał się Ignotusa. Wiedział to od samego początku i nie zamierzał się oszukiwać. Jednak jego wzrok wywarł na nim jako takie wrażenie. Przez chwilę ważył jego słowa, ale w końcu uśmiechnął się tylko i uniósł brew.
    - Wiesz…. Trochę szkoda byłoby twojej miotły i tych wszystkich drzew, w które bym rąbnął. Może jednak sam zdecydujesz się popisać?
    Nie czekając na jego odpowiedź wyszedł ze schowka i skierował swoje kroki w stronę boiska do Quidditcha. Wiedział, że Ślizgon ma w sobie za dużo dumy i pychy, żeby nie skorzystać z okazji zabłyśnięcia i jednocześnie wyśmiania kogoś tak ślamazarnego i niezdarnego jak Alex. Spodziewał się niemal, że tuż koło nosa przemknie mu jedynie cień miotły i zdzieli go witkami po twarzy, ale kiedy spojrzał przez ramię, chłopak opierał się o Nimbusa i wpatrywał w Puchona uważnie jakby ważąc wszystkie „za” i „przeciw”. Willis nie mógł pozwolić na to, by taka okazja mu umknęła, więc westchnął głośno z wyczuwalną nutką irytacji i spojrzał na Ignotusa wyzywająco. Gdzie się podział ten niewinny mieszkaniec Hufflepuffu?
    - Daj spokój, nie jest aż tak zimno! Chyba nie boisz się maksymalnej prędkości?
    Wyszczerzył zęby, wiedząc, że igra na granicy życia i śmierci. Tak czy tak, jego działania poskutkowały i Ślizgon zaczął szybko zbliżać się w jego stronę. Pozostawało tylko jeszcze jedno pytanie.
    „Tu jest najlepsze miejsce do startu, czy on faktycznie chce mnie zabić?”

    Alex.

    OdpowiedzUsuń
  86. Hogwart. Elitarna szkoła, prawda? Czyli powinna do niej uczęszczać wspaniała młodzież o wysokim poziomie inteligencji, pragnąca posiąść jak największą wiedzę z zakresu magii. Ekhm. Lena miała wrażenie, że tylko niewielka część uczniów pasuje do tej wizji. Zdecydowana większość wolała zwyczajne życie nastolatków, czyli imprezy, romanse, alkohol…. Chyba nie warto wymieniać wszystkich upodobań młodzieży. Zwłaszcza, że Lena zaliczała się do tej drugiej grupy. A nie chcemy jej niszczyć reputacji.
    Panna Cossaco gdy słyszała o imprezie, po prostu na nią szła, nie zastanawiając się nad regułami panującymi w szkole. W końcu co mogło się jej stać? W najgorszym wypadku dostanie szlaban. Tak było i tej nocy. Nie była w najlepszym nastroju, bo kilka godzin wcześniej pokłóciła się ze starszą siostrzyczką, więc uznała, że wyrwanie się z dormitorium będzie najlepszym pomysłem. Wyrwanie się i alkohol. Dużo alkoholu. Na tyle dużo, by zapomnieć o wszystkim, by stracić panowanie nad swoimi myślami i by po prostu się zrelaksować.
    Po takiej płynnej terapii Lena była gotowa by śmiać się, żartować i przyjemnie spędzać czas z innymi ludźmi. Bez niej pewnie tylko by na wszystkich warczała. A tak, zadowolona z Bóg wie czego, poruszała się rytmicznie po czymś na kształt parkietu otoczona grupką innych uczniów. Jednak alkohol to dobra sprawa, prawda?
    W pewnym momencie przyłączył się do niej jakiś facet. Szybko się mu przyjrzała. Wysoki, blondyn, dobrze zbudowany. Przystojny. Pewnie starszy. Chyba spotkała go już gdzieś wcześniej. I widziała jak inne dziewczyny na niego patrzyły. Możliwe żeby jej w ogóle nie ruszał? Widocznie tak, ale mimo to posłała mu uśmiech i przysunęła się nieco bliżej. Przecież zawsze milej tańczy się z kimś.

    Lenka

    OdpowiedzUsuń
  87. [Początkowo chciałam wątku z Syriuszem, ale Ignaś mnie zaczarował *-* Skoro Ignotus nienawidzi biedy, a moja Cornelia do najbogatszych nie należy, mógłby jej za to bardzo unikać, aż tu nagle stałoby się coś takiego, że musiałby jej zaufać? Taki tam ogólny zarys, pomysłów na szczegóły brak... ): ]

    Cornelia

    OdpowiedzUsuń
  88. Wcześniej, te dobre kilka dni temu nawet by nie drgnęła. No dobra, może i w głowie coś tam by się pojawiło, ale jej ciało niczego specjalnego by nie zdradzało. A teraz? Teraz to cholerne ciało jak na złość mówiło wszystko! Może i jej reakcja nie była specjalnie dziwna, czy też wygórowana, ale Ignotus już spokojnie mógł odczytać wszystko z mowy ciała. Mógł i oczywiście to zrobił, zauważyła to od razu, gdy na jego dotąd poważnej twarzy pojawił się cień drwiącego uśmiechu.
    Wyłączyła się i pomimo tego, iż wpatrywała się w jego twarz, nie słyszała wypowiedzianych przez niego słów. Ostatnio coraz częściej zdarzało jej się coś takiego. A zwłaszcza na lekcjach, gdy James Potter oczywiście siedział jak nie obok, to za nią. Wszystko sprowadzało się do Rogacza, wszystko. Ale nie.. ona nie mogła być zakochana i tyle! Tym razem wysłuchała jego słów od początku aż do końca, gdy tym razem uśmiech rozświetlił jej blada twarz.
    - Tu nie chodzi o Jamesa, prawda? Chodzi o Evę. Nie mylę mylę się, co? – Ściszyła głos do szeptu, jak gdyby bojąc się, że tuż za rogiem może ktoś ich podsłuchiwać. – Ale czekaj.. czy Ty i ten Krukon, coś nie ten teges? Słyszałam, ze z was to niezła już para się zrobiła.
    cała szkoła aż zadudniła, gdy rozniosła się plotka o Ignotusie i chłopaku z Ravenclawu. Wszyscy byli zszokowani takim obrotem sprawy i większość jakoś nie potrafiła w to uwierzyć. W tej większości była oczywiście Lily, bo jakżeby inaczej? Ale podenerwować mogła go przecież zawsze, a skoro pojawiła się ku temu okazja.. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale ostatecznie zrezygnowała i zagryzła mocno dolną wargę.
    - Chyba.. wszystko. I nie chcę żeby za mną biegał, chcę żeby mi wybaczył no i.. – Przerwała, uświadomiwszy sobie jak debilnie brzmią jej słowa.- Coś czuję, że wpadłeś na jakiś plan geniuszu, wiec słucham. Im szybciej zadziałamy tym szybciej..

    OdpowiedzUsuń
  89. Niektórzy wybierali matmę, inni imprezowanie. Ważne żeby być w czymś najlepszym, ot co. A zaangażowanie w swoją „pasję” u Ignotusa było godne podziwu. Niektórzy rezygnowali po kilku próbach, a on dzielnie dalej się upijał i dalej walczył o osiągnięcie perfekcji… Dobra, wystarczy.
    Pozwoliła mu się przyciągnąć, pozwoliła mu się zbliżyć. Dlaczego nie? Przecież tak powinna się zachowywać normalna nastolatka. Nie miała powodu, by go od siebie odepchnąć. A nuż coś poczuje (poza zapachem Ognistej Whisky)? Może w końcu jej serce drgnie i zakocha się, nawet jeśli będzie to nieodwzajemnione uczucie? Albo przynajmniej podnieci, no! Zawsze to byłoby coś. Przynajmniej dla Leny, która zaczynała podejrzewać, że po prostu jest uodporniona na głębsze uczucia, czy skrajniejsze emocje. W sumie, nie zdziwiłoby jej to, wiedząc jaka jest jej rodzina…
    Ale jego szept, oddech łaskoczący szyję, delikatne muśnięcie ustami jej skóry… I nic. Gdyby jej koleżanki się o tym dowiedziały, pewnie by ją rozszarpały z zazdrości, równocześnie nie wierząc w jej głupotę. Ignotus się nią zainteresował, a ona co? Bo tak, słyszała plotki o Ignotusie. Przebywając wśród dziewczyn musiała o nich usłyszeć.
    - Lena, miło mi – przedstawiła się również, posyłając mu kolejny uśmiech.
    Myśli sprzed chwili zaczęły znowu ją dołować, więc uznała, że potrzebuje więcej alkoholu. Alkohol był dobry na wszystko. Najlepszy z eliksirów.
    - Idziemy się napić? – zaproponowała, gdy piosenka się skończyła. Zawsze mógł odmówić, a jej było w sumie obojętne, czy z nią pójdzie. Choć gdyby poszedł, miałaby przynajmniej jakieś towarzystwo… Więc może nie aż tak obojętne.

    [ Może być. Black mógł pomóc Helenie przetrawić nienawiść rodziny, bo na początku na pewno nie było jej łatwo się z tym pogodzić, zwłaszcza, że sama wierzyła w tamte bzdury ;) ]


    Lenka

    OdpowiedzUsuń
  90. - Powinnaś udać się na korepetycje z dobrego wychowania u mojej matki
    Serce łomotało jej w piersi, w ustach czuła suchość. Nagłe pojawienie się obok niej kuzyna i jego uwaga dotycząca matki sprawiła, że Kristel ze zdenerwowania zbyt mocno przegryzła dolną wargę, z której powoli zaczęła wydobywać się ciecz o posmaku metalu. - Wytłumaczyłaby Ci, że nie wypada wstawać od stołu bez słowa wyjaśnienia. – Na kolejną uwagę o matce Ignotusa, dziewczyna poczuła, że traci zmysły. Ogłuszające walanie jej własnego serca było przyćmiewające, sprawiało że okolice skroni zaczęły gwałtownie pulsować. To była jej fobia. Obawa przed fizycznym zranieniem, przed poważnymi problemami, przed groźnymi ludźmi. Czemu w Hogwarcie nie można panować jedynie beztroska, przeplatana jedynie standardowymi problemami nastolatków? Ignotus szedł za nią krok w krok. Nie wiedziała co ma odpowiedzieć, by zakończył tą absurdalną scenę, doprowadzającą ją do skraju wytrzymałości. Żołądek dał o sobie znać, już kolejny raz z rzędu. Przyłożyła dłoń do ust, jakby próbując powstrzymać się od publicznego zrobienia z siebie pośmiewiska. Jednak zamiast przyspieszyć do łazienki, Kristel gwałtownie się zatrzymała. Chłopak powtórzył to samo automatycznie, w tym samym momencie, jakby od dawna czekając na jej ruch. Odwróciła się do niego i oboje znaleźli się w położeniu twarzą w twarz. Może nie była odważna z natury, ale za to rozsądku nie można jej było odmówić. Nic nie było pewne. Nie mogła słuchać się głosu swojej intuicji, bo jedynie fakty i trzeźwe myślenie mogły zaprowadzić ją do rozwiązania tej całej groteski. Więc starała się zachować zimną krew i przede wszystkim nie zwymiotować chłopakowi na buty, w trakcie swojego odzewu. Tak czy siak, musiała się skompromitować. W głowie miała jedno rozwiązanie, które w pewnym sensie mogło wytłumaczyć jej zachowanie przed Ślizgonem
    - Przepraszam cię bardzo drogi kuzynie – zwróciła się niecierpliwie do Ignotusa i już z pierwszymi słowami odzyskała dawną pewność siebie. – Ale, no wiesz… Jak ci to powiedzieć, byś dokładnie zrozumiał moje położenie, przez które tak haniebnie cię potraktowałam – Starannie akcentowała wyrazy i starała się jak najlepiej wyeksponować padający w zdaniu sarkazm. – Dziewczyny raz na miesiąc, niezależnie od nich samych, krwawią z pewnego miejsca, do którego ty sam, jak dobrze słyszałam, często zaglądasz. Więc proszę pozwól mi udać się do ubikacji, bym mogła się trochę odświeżyć, czy to tak wiele?
    Pulsowanie w skroniach ustało, ustąpiło miejsca rozpalającej Kristel dumie do swojej niekonwencjonalnej postawy. Szach mat, fobio.

    OdpowiedzUsuń
  91. Nigdy nie była pewna, czy swoją znajomość z Ignotusem może nazwać przyjaźnią. Nie znali się od kołyski, nie chodzili razem do Hogsmeade po zakupy, nie żartowali. Nawet nie czuli się swobodnie w swojej obecności, kiedy przebywali sami w jednym pomieszczeniu. Mimo to wiedziała, że musi mu zaufać, tak jak on musi zaufać jej.

    Miała niecałe piętnaście lat, a od dawna musiała zachowywać się jak dorosły. Taka zmiana zawsze zachodziła w niej, kiedy opuszczała Hogwart – z sympatyczniej i nieco dziecinnej dziewczynki stawała się dorosłą kobietą, która musi zarobić na utrzymanie.
    Wracała z pracy. Ciągle nie mogła uwierzyć, że barman zgodził się zatrudnić niepełnoletnią gówniarę, ale nie wypowiadała tych myśli na głos.
    Tamtego dnia również padał deszcz, mocząc ubranie, włosy, torbę Cornelii. Odgarnęła mokry kosmyk z twarzy, starając się nie myśleć o tym, jak jej zimno. Bolały ją plecy, po całym dniu schylania się, a oczy same się jej zamykały. W tamtej chwili nie wyglądała lepiej niż żebracy, których co rusz można było spotkać na Nokturnie.
    Upuściła klusze do mieszkania na śliski bruk. Przeklinając sama siebie w duchu, zaczęła szukać ich wzrokiem. „Proszę, niech się znajdą…” Nie miała sił szukać ich na całej ulicy. Nagle dostrzegła jakiś ruch w opuszczonym od dawna sklepie. Zaskoczyło ją to, ponieważ nikt od dawna nie przychodził do nieruchomości jej ojca. Ostrożnie podeszła do drzwi; były uchylone. Tabliczka „zamknięte” zwisała żałośnie na jednym sznurku, drugi ktoś urwał.
    - Halo? – Zapytała, wchodząc do środka. Zakaszlała, czując woń dawno nie wietrzonego pomieszczenia.
    Dostrzegła ruch na końcu zakurzonej lady. W sklepie panował półmrok, więc musiała minąć chwila, zanim przyzwyczaiła wzrok do ciemności.
    - Halo? – Powtórzyła, ruszając w kierunku niespodziewanego gościa. Niespodziewanie zza lady wyskoczył wielki, czworonożny zwierzak, głośno warcząc i stając przed oniemiałą dziewczyną. Wtedy nie zwróciła uwagi na to, że pantera świeci lekko niebieskim, opalizującym światłem; nie potrafiła zmusić swoich mięśni do żadnego ruchu, była jak spetryfikowana. Tak umrze? Nie z powodu okropnej choroby, a przez drapieżnika w opuszczonym sklepie ojca? Nagle pantera rozmyła się w powietrzu, nic po sobie nie zostawiając.
    Miała ochotę krzyczeć, ale osunęła się na stare deski, zamykając nabiegłe krwią oczy. Widocznie zapomniała, że w świecie magii wszystko jest możliwe. Siedziała tak bezczynnie… Nie wiedziała, ile to trwało, wydawało się, że całą wieczność, dlatego zaskoczył ją męski głos, dobiegający zza jej pleców.
    - To twoje?
    Stojący w progu blondyn trzymał klucze do jej mieszkania. Chyba znała go z Hogwartu, ale nie potrafiła przypomnieć sobie jego imienia, jednak pamiętała ten ironiczny uśmiech. Na sto procent już go wcześniej widziała i sama ta myśl przyprawiała ją o dreszcze. Chłopak nie wyglądał na przyjaźnie nastawionego.
    - Tak. – Nie potrafiła zdobyć się na nic więcej.
    Przez chwilę słychać było tylko równomierne uderzanie kropel deszczu o brudną szybę.
    - Oddasz mi je? – Darcy była wściekła na siebie, że nie potrafi wykazać więcej asertywności.
    - Och, oczywiście – zaśmiał się. – Ale potrzebuję cię, dlatego najpierw pójdziesz ze mną.
    Nie miała wyboru.


    Nie pamiętała, jaką sprawę najpierw załatwiła dla Ignotusa, ale były ich już chyba setki, jeśli nie tysiące. Czasem musiała przemycić dla niego z Nokturnu coś drobnego, jak skrzynka Ognistej Whisky; czasem po prostu wolała nie pytać. Ignotus płacił jej za te „przysługi”, więc nie miała powodów do narzekania.
    Dostrzegła blondyna już z daleka, kiedy zbliżał się do okna, przy którym stała, mimo że na dworze padał deszcz, więc na korytarzu brakowało światła. Dawno nauczyła się nie bać Ignotusa. Bała się jednak rzeczy, które musiała mu dostarczać.

    [Pantera w sklepie to patronus Ignasia, który już od dawna chciał zyskać jakiegoś sługusa, takiego jak Cornelia, więc się na nią „zasadził”. Musiałam teraz to wyjaśnić, bo nie wiem, czy wystarczająco to zrobiłam w tekście :)]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [A co do wątku z Syriuszem, to mam pewna koncepcję, ale musi się sklarować w mojej głowie, dlatego nic jeszcze nie piszę ;) ]

      Usuń
  92. https://drive.google.com/folderview?id=0B7W0nuvpkk_vZ0hsdFdNNFJ3N0E&usp=sharing
    [ Jak wszystkim powtarzam: nie mam swojego laptopa, a na innej klawiaturze nie potrafię pisać, więc wybrałam wersję papierową. Mam nadzieję, że Ci to nie przeszkadza ;)
    Poza tym krótko i beznadziejnie :) ]

    Lenka

    OdpowiedzUsuń
  93. [ Dziękuję za powitanie :) Pomysły zawsze się jakieś znajdą u mnie, a co. Tylko którą z postaci wolałabyś poprowadzić wątek? ]

    Mary MacDonald

    OdpowiedzUsuń
  94. Lily prawie od razu, gdy tylko usłyszała o niejakiej parze, którą tworzą Ignotus i Drew, wyśmiała dziewczynę, która jej to powiedziała. Jak można było być tak głupim żeby uwierzyć w coś takiego? No wiadomo, niektórym mogło brakować szóstej klepki, ale bez przesady! No i jak można było rozpuszczać takie plotki? Toż to się w głowie nie mieściło! Chociaż musiała przyznać, że kochani uczniowie przynajmniej na jakiś czas przestali gadać tylko o Evans i Potterze. Tyle z tego dobrego wynikło. Niedługo zaczną gadać o Reeve i Potterze, wtedy będzie o wiele gorzej. Dlatego wolała już wysłuchiwać plotek na temat homoseksualnych związków.
    Pomimo, że chłopak starał się jak mógł, jego również zdradziło ciało. A raczej oczy, które przy wymówieniu imienia Reeve rozświetliły się. Ha! I tu Cię mam, Darkfitch. Czyli nie taki z niego bezuczuciowy gnojek, na jakiego się kreuje.. Jednak ktoś potrafił poruszyć tym zlodowaciałym sercem. Tylko dlaczego to musiała być akurat ona?
    W normalnej sytuacji zdenerwował by się słowami Ignotusa. Jawnie, bez jakiejkolwiek maski wyśmiewał się z niej. I z jej słów, naturalnie. Teraz spłynęło to po niej jak po maśle. Stwierdziła, że jeżeli mają oboje do czegoś dość, to musi przestać reagować na jego zaczepki. Ba, w odpowiedzi na jakiego śmiech nawet się uśmiechnęła! Ledwie zauważalnie, ale zawsze. Jednakże na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, gdy do jej uszu dotarł jego rzeczowy ton. No, no, pan Ślizgon się rozkręca. Czym jeszcze ciekawym ją zaskoczy?
    - Wszyscy mówią, że pasują. A zwłaszcza Black, który stwierdził, mówiąc mi prosto w oczy, że będzie z nich świetna para. Bo przyjaciele, bo się znają, bo coś tam. I w ogóle, że od zawsze powinni być razem. – Te słowa ledwie przeszły jej przez gardło, a już poczuła, że jej ramiona zaczynają się trząść a sam głos drżeć.
    Plan Ślizgona był zarazem dziwny, jak i.. genialny! Tak, musiała mu to przyznać, chociaż w myślach. Wzbudzić zazdrość w Jamesie.. no i w Evie też, chociaż dla Evans Eva była najmniej ważna.
    - Zgadzam się. Trzeba zaryzykować, Darkfitch. – Oderwała się od ściany, zrobiła parę kroków i stanęła kilka centymetrów od niego. – Tylko wiesz.. jeżeli chcesz żeby w nasz związek uwierzyli wszyscy, musimy być przekonywujący..
    Kto by pomyślał, ze pewnego dnia będzie można spotkać Lily i Ignotusa, największych wrogów, spiskujących razem?

    [Nie wiem już, czy przez przypadek nie zagięłam czasoprzestrzeni, ale.. już się troszkę pogubiłam, więc mam nadzieję, że mi wybaczysz! :D]

    OdpowiedzUsuń
  95. [ Z Ignotusem też chętnie bym jakiś wątek miała, ale tu gorzej z pomysłami. Nie chcę stawiać na czystą Gryfońsko - Slizgońską nienawiść, bo to, szczerze powiedziawszy, nudne. Zrobiłabym coś szalonego! ]

    Mary MacDonald

    OdpowiedzUsuń
  96. Na pożądliwych spojrzeniach się nie skończyło. Dostrzegłszy pełną butelkę Ognistej Whisky, Ignotus ożywił się i ruszył w stronę Drew, niczym wygłodniała hiena węsząca aromatyczną padlinę. Jeśli myślał, że Krukon, ot tak, odda mu swoją zdobycz, której zawartość mogła znacząco złagodzić nieznośność zaistniałej sytuacji, bardzo się mylił. Z refleksem charakterystycznym dla wieloletniego obrońcy cofnął dłoń, sprawiając, że Darkitch jedynie zabawnie przeczesał palcami powietrze.
    - Co jest…? – zapytał wyraźnie niezadowolony – Chyba nie boisz się, że Slughorn na ciebie nakrzyczy? Zawsze wiedziałem, że Krukoni to mięczaki no ale… skoro obawiasz się strasznego Horacego to, jak tylko stąd wyjdziemy, przyniosę butelkę Ognistej z mojego dormitorium i jakoś, chyłkiem, podłożę ją na miejsce tej, którą trzymasz.
    Drew uśmiechnął się pobłażliwie, rozkoszując się staraniami, jakie poczyniał Ignotus, aby tylko skłonić go do oddania flaszki, błędnie interpretując jego niemy sprzeciw jako obawę przed nauczycielem. Postanowił dać Ślizgonowi jeszcze chwile na wylanie swoich wszystkich żali.
    - Chociaż z takim podejściem, mój drogi , to musisz mieć trudne życie. – Darkfitch nie omieszkał wykorzystać ofiarowanego czasu - Bycie przerażoną owieczką na pewno nic nie ułatwia. Cnotę to ty stracisz grubo po trzydziestce i to tylko, jeśli jakaś dziewczyna weźmie cię z zaskoczenia.
    Drew, nadal uśmiechając się pod nosem, począł niemal z namaszczeniem zabierać się do odkręcania butelki, dbając o to, bo Ignotus miał na nią idealny widok. Pociągnął z gwinta pokaźny łyk, przełykając palący gardło płyn prowokująco głośno i otarł dłonią usta. [miał je oblizać, ale uznałam, że mogłoby to zostać nieodpowiednio odebrane XD]
    - Wiesz, mój drogi… - zaczął nieśpiesznie - Zastanawiam się, czy powinienem być bardziej zaszczycony, czy też przerażony, że aż tak bardzo porusza cię kwestia mojej cnoty. - kolejny haust z butelki - Rozumiem, że jako prawdziwy łóżkowy weteran poczuwasz się do obowiązku zadbania o prawidłowy rozwój seksualny innych, ale wybacz… Nie wszyscy muszą mieć na tym punkcie palący kompleks, który procentuje sprowadzaniem każdej dziewczyny do roli chodzącej waginy. - jeszcze raz teatralnym gestem przechylił flaszkę, obserwując reakcję Ignotusa. - Dobra, trzymaj tę swoją ukochaną Ognistą, bo widzę, że zaraz język ci do tyłka ucieknie.

    [Wiesz, że tą flaszkę oddaję Ignotusowi z własnej woli jedynie na potrzeby wątku, bo to w sumie on powinien się bardziej „rozluźnić” ;D]

    OdpowiedzUsuń
  97. Małe kłamstwo Kristel zaowocowało zmieszaniem się kuzyna i cichą satysfakcją dziewczyny. Nie miała mu za złe tej reakcji, bo w końcu nagle wypaliła przed nim, że ma okres. I powiedziała to młodemu Darkfitchowi, z którym do tej pory łączyła ją obojętna uprzejmość. Krewnemu, który był realnym zagrożeniem. Jednak ta sytuacja sprawiła, że Kristel przestała myśleć o tym tak emocjonalnie. W duchu nakazała sobie uspokoić myśli, przybrać pogodną postawę i zbadać teren. Ile wie Ignotus o całym zdarzeniu? Musiała się tego dowiedzieć. Gdy chłopak zaczął intensywnie myśleć, co by tu zrobić, a w końcu zaproponował, że zaczeka na nią przed drzwiami łazienki, lekko się przeraziła. Nie miała ochoty ciągnąć tego teraz, musiała przemyśleć sobie plan ich spotkania, a dopiero potem bez obaw móc otwierać buzie. Dlatego ucieszyła się, gdy chłopak zmienił zdanie:
    - Znaczy może umówimy się na później. No wiesz… Pogadać, zacisnąć rodzinne więzi…? Rodzina jest najważniejsza. Nie możemy o tym zapomnieć. – Na tą propozycje otworzyła trochę szerzej oczy, a następnie wciągnęła powietrze, spuszczając na chwile głowę w geście zastanowienia. Gdy Ignotus mrugnął do niej, ona uśmiechnęła się dosyć mizernie i odgarnęła ręką włosy.
    -Em, no pewnie – odparła z wręcz stoickim spokojem, który tak wiele ją kosztował. – Możemy spotkać się w Hogsmeade, o dziewiętnastej. Zakładam, że lubisz kremowe piwo? – Uśmiechnęła się do kuzyna kącikiem ust, pragnąc jak najszybciej wylać sobie na twarz wiadro zimnej wody. Nie ulegało wątpliwości, że Kristel oszalała.

    OdpowiedzUsuń
  98. [Co więcej - pewnie go zlekceważy. Zacznę, ale najpierw mi powiedz - czy na taki typ mężczyzn nie działa to motywująco? Ewentualnie Ignotus ją za to znienawidzi ;)]

    Aicha Bell

    OdpowiedzUsuń
  99. Uniosła wysoko brwi na widok rozpromienionego Ignotusa. Nigdy się do niej nie uśmiechał, a już na pewno nie w taki sposób.
    - Ignotus. Hej.
    Chłopak stanął obok niej, przestępując z nogi na nogę. Darcy uznawała się za eksperta od ludzkich emocji, nie sposób było nie zauważyć, że blondyn czymś się denerwuje. Przyjrzała się dokładniej jego twarzy, ale nie umiała z niej nic wyczytać. Ignotus z pewnością nie należał do osób, w których można czytać jak w otwartej księdze.
    Z początku nic o nim nie wiedziała – wtedy bała się zaufać mu. Bała się, że wyda ją, kiedy będzie miała przy sobie jakiś śmiertelny eliksir, tylko po to, aby jej dokuczyć. Jednak z biegiem czasu coraz bardziej przestała niedowierzać chłopakowi. Również dlatego, że zapłata za „sprawunki” stawała się wyższa z każdym kolejnym zadaniem.
    „Pytasz, co u mnie? Och, bardzo dobrze, ostatnio brakuje mi kasy na leki, więc świetnie się składa, że masz dla mnie jakieś nowe zadanie .”
    Wyjęła z torebki małe zawiniątko, które miała mu dostarczyć. Co prawda obiecała sobie, że nie będzie się mieszać do interesów chłopaka, ale ciekawość zwyciężyła i nie omieszkała sprawdzić, co zawiera pakunek. Odetchnęła z ulgą, kiedy okazało się, że najzwyklejsza w świecie fiolka, wypełniona cieczą bardzo podobną do wody. Wolała nie zastanawiać się, czym faktycznie jest owa substancja.
    - Proszę.
    Blondyn skinął z uznaniem głową, podając jej sakiewkę pełną galeonów. Starała się ukryć swoje podekscytowanie.
    - Więc co tym razem mam dla ciebie zrobić? - Zapytała, a oczy jej zaiskrzyły.

    OdpowiedzUsuń
  100. [Witam, serdecznie. Ja na wątek jestem zawsze chętna. Jakieś pomysły?]

    Luxuria

    OdpowiedzUsuń
  101. [ Myślę, że Cassie już jeden taki wątek wystarczy i musimy wymyślić coś innego.]

    Cassandra

    OdpowiedzUsuń
  102. Ignotus zwariował.
    Widział ludzi szalonych i zachowywali się dokładnie tak jak on. No dobra, może niezupełnie, ale bardzo podobnie. Ślizgoni byli znani z popisywania się i robienia wszystkiego, by za wszelką cenę utrzeć nosa uczniom innych domów. Pod tym względem nastolatek w niczym się od nich nie różnił. Alex miał wątpliwości czy w jakikolwiek sposób odstawał. Gdyby przedstawić komuś w dwóch słowach przypadek Ślizgoństwa, z pewnością byłoby to jego imię i nazwisko. A teraz pikował na niego z ogromnej odległości z niesamowitą prędkością. Willis nie wiedział czy odezwał się w nim zew odważnego Gryfona, czy (co bardziej prawdopodobne) paraliżujący strach Puchońskiej natury, ale stał tam jak osioł i wpatrywał w przybliżający się coraz bardziej trzonek miotły. Wiedział, że zginie kiedyś przez swoją głupotę i z pewnością będzie to miało związek z Quidditchem, ale nie spodziewał się, iż nastąpi to tak szybko.
    Zawsze wydawało mu się, że zwolnione tempo w oczach ludzi, którzy zaraz mają być rozjechani przez auto (itp.) robione jest w filmach jako efekt specjalny – nic takiego normalnie by się nie wydarzyło. Ale teraz patrzył na Ignasia rozmytym i zacinającym się obrazem. Jego włosy w kompletnym nieładzie, zabójczy błysk w oku i chytry uśmieszek przyprawiły chłopaka o dreszcze. Ach, a więc teraz ma szansę pomyśleć, co jako ostatnie padnie z jego ust. Na pewno nie wykrzyczy imienia ukochanej osoby, jak ci wszyscy kretyni, którzy umierają jako pierwsi. Nie powie mu, że czegoś będzie mu brakować – nie będzie się roztkliwiał. Lecz zanim kolejna myśl przyszła mu do głowy, miotła zawróciła przed jego nosem, a Ignotus wylądował koło niego, uśmiechając się radośnie.
    - I jak się podobało?
    Alex prychnął. Mrówki w nogach i rękach oznajmiły mu, że wraca do niego czucie. Przejechał dłonią po włosach i kiedy w końcu odetchnął, obrzucił chłopaka ciekawskim spojrzeniem.
    - Nie było źle. Na pewno poleciałbyś lepiej, gdybyś nie starał się popisać i wykazać jaki jesteś w tym wspaniały. Prędkość zadziwiająca, ale widziałem lepszych zawodników. Rozproszyła cię trochę myśl o mnie, patrzącym na ciebie. Może i minimalnie, ale jednak. Jakie to miłe uczucie gościć w umyśle Ignotusa Darkfitcha.
    Uniósł brew. Ponownie tańczył walczyka ze śmiercią i to już chyba 5 raz w ciągu zaledwie półgodziny. Dodatkowo cytował słowa Bastiana. Błąd. Jeśli Ignotus nie wiedział o ich treningach, to teraz istnieje szansa, że się dowie. Ale jednak warto było popatrzeć na wyraz twarzy Ślizgona, kiedy tylko wypowiedział te słowa.

    Alex.

    [A więc jako, że mój Luniaczek też jest już na blogu ~ wątek z Blackiem? Być musi :D Czekam na odp ;3]

    Loony.

    OdpowiedzUsuń
  103. [O, to jestem ciekawa ^^. Mogę chcieć wątku, opisz swój pomysł :) // Rigel]

    OdpowiedzUsuń
  104. [Mi to pasuje. Szczególnie, że i tak przewidziałam dla Rigel, że jej małżeństwo zostanie zaaranżowane, więc się świetnie składa, że znalazł się chętny na taki wątek ^^.
    Jestem tu nowa, więc się nie orientuję, jakie są układy między postaciami, niemniej jednak, Rigel nienawidzi rodziny i nie chce wychodzić za mąż za osobnika wybranego jej przez rodziców, bo marzy o tym, żeby uciec.
    Może być nawet brutalny. Uwielbiam drastyczność wątkach. I przynajmniej Rigel będzie mieć świetny powód, by jeszcze bardziej nienawidzić przyszłego męża.
    Tak, możemy zacząć od momentu, kiedy się dowiadują ^^. Miałam taki motyw w swoim fanficku, ale w wątku jeszcze nigdy (wgl Rigel jest kalką pewnej mojej postaci).]

    OdpowiedzUsuń
  105. [Dzięki za miłe powitanie. Prawdę napisawszy I. to pierwsza postać ze Slyhterinu, która się odezwała - przypadek: nie sądzę. Może jakiś wątek? Inne lata, co prawda, ale zawsze dobrze mieć znajomego prefekta ;]

    OdpowiedzUsuń
  106. [Muszę? Mam jutro ważny egzamin. Ale jeśli naprawdę ci się nie chce, to postaram się coś wykombinować. ^^]

    OdpowiedzUsuń
  107. [Dobra ^^. Ewentualnie jeśli się do jutra nie wyrobisz to jutro ja mogę coś zacząć. Może się zacząć właśnie jeszcze w wakacje tudzież ferie świąteczne (zależy, jaki miesiąc jest na blogu), kiedy Rigel jest w domu i dochodzi do tych zaręczyn.]

    OdpowiedzUsuń
  108. [ Wiem, jak najbardziej :D To co, zaczniesz coś? Bo nie wiem, jak miałoby to pójść z mojej strony... Upij go, postaw gdzieś, a ja się z Mary przypałętam, co?]

    Mary

    OdpowiedzUsuń
  109. [Cześć i czołem :) Są chęci na wątek z Catherine?]

    Catherine Greene

    OdpowiedzUsuń
  110. Mogła przewidzieć, że będzie chciał ją upić, ale z drugiej strony była przekonana, że przynajmniej teraz zamierza to ukryć i odkryć dopiero, gdy znajdą się na miejscu. Wzdrygnęła się na jego bezpośredniość.
    - Tylko miejscówkę bym zmienił. Co powiesz na Świński Łeb? – Zapytał, taksując ją chłodnym spojrzeniem, pewnie niedowierzając, że dziewczyna zgodzi się na jego propozycje. Rozbawiło ją to, bo przecież bywała w tym miejscu nie raz. Roiło się tam od tajemniczych, zamaskowanych łotrów i podróżników z dalekich krain, gotowych wystawić na sprzedaż swoją własną matkę, gdy ktoś zamachał im przed nosy woreczkiem wypełnionym galeonami. Nieczęsto odwiedzała Świński Łeb, ale gdy przyjaciele proponowali jej mocniejsze trunki, a ona cieszyła się dobrym humorem, godziła się wówczas na ich ofertę i nie zwracała uwagi na nieciekawych przybyszy. Z własnej woli jednak niechętnie się tam udawała, co nie oznaczało, że miała do tego miejsca jakiś większy wstręt, czy lęk. Teraz Ignotus, którego przyjacielem zdecydowanie nie mogła nazwać, pytał się czy może zabrać ją do miejsca wypełnionego zwolennikami Czarnego Pana, czyli pewnie i kumplami kuzyna. To było ryzykowne, ale znalazła się w punkcie, w którym nie może tak po prostu odmówić.
    - Jeśli ta placówka bardziej ci odpowiada, to czemu nie – odparła beznamiętnie. Wiedziała, że na miejscu po prostu wystarczyło odmówić alkoholu i pozwolić kuzynowi go spożywać. Może weźmie ze sobą jakiegoś przyjaciela, który będzie jej plecami, w razie większego zagrożenia? Przez chwile poczuła smutek do tego, jak musiała myśleć o swoim kuzynie. Przecież tak niedawno razem bawili się na miotłach, śmiali w głos i kształtowali swoje dzieciństwo. Wielka szkoda, że teraz muszą w tak niekorzystny względem siebie sposób, kształtować swoją przyszłość.

    OdpowiedzUsuń
  111. [Jakiś czas temu obiecałam wątek, ale na śmierć zapomniałam i dopiero teraz skruszona się przypominam :( Jedyny pomysł jaki przyszedł mi przy czytaniu tej karty to taki, że Ignotus mógł (w jakiejś 2-3 klasie) uratować mojemu Michaiłowi życie, powiedzmy odpędzając jakieś natrętne stworzonko w Zakazanym Lesie. Od tej pory Michaił ma wobec niego dług wdzięczności, a Ślizgon może to co jakiś czas wykorzystywać. Co ty na to?]

    OdpowiedzUsuń
  112. [Dzień dobry! Przyszła pani Noelle by utrzeć paniczowi nosa. Dziękuję skończyłam, jak chętna to zapraszam :3]

    Noelle Westley

    OdpowiedzUsuń
  113. [W Slytherinie nie ma przyjaźni - tego nauczyło mnie czytanie HP. Tam liczą się układy, jak w życiu. Codzienne przysługi oraz długoterminowe sojusze wchodzą w grę, dlatego stawiałabym na podobna relację. I. i W. trzymają sztamę tylko ze względu na pewien układ. Otóż I. zna tajemnicę Willa - jego przyszłe członkostwo w szeregach Czarnego Pana, natomiast Will ma haka na I. (szczegóły się ustali). A pomysł na wątek - w szkole znaleziono trujące substancje (eliksir, etc), dlatego aurorzy rozpoczęli przesłuchiwania uczniów. W sprawę zamieszany jest Will, który potrzebuje przykrywki, zaś uczniowie wchodzą do pokoju przesłuchań po 4 osoby. Mulciber wybiera więc do swojej grupy Amycusa Carrowa, Arvela Averyego (NPC) oraz Ignotusa. Cel - oszukać system dobrym alibi. Może być?]

    OdpowiedzUsuń
  114. [ Dziękuję za powitanie :3 na wątki chętna jestem zawsze, a jeśli Ignotus poszukuje jakiejś szlamy do dręczenia, zgłaszam moją małą Ronnie :D ]

    Veronica

    OdpowiedzUsuń
  115. Nigdy nie przypuszczała, że stanie się coś takiego. Nigdy nie myślała, że ona, zwykła, przeciętna i szara na punkcie mody i urody uczennica, Aicha Bell, będzie miała jakiegoś adoratora. I to niekoniecznie cichego. O ile na początku podobało jej się to, że komuś ona się podobała, tak potem… zaczynało być to irytujące.
    Ignotus Darkfitch, bo tak brzmiało nazwisko tego adoratora, był uczniem ze Slytherinu i najwidoczniej nie miał zielonego pojęcia, że Aicha jest mugolaczką. Ale to nie było ważne. Ważne było, że panna Bell w desperacji przetrząsnęła wszystkie swoje podręczniki do psychologii i nie znalazła żadnego sposobu, który by mógł zadziałać na niego. W jeszcze większą desperację popadła, gdy usłyszała, jaki Ignotus jest naprawdę. O tym, jak szybko pozbywa się dziewczyn, które znajdą się w jego łóżku. Ale z drugiej strony – mają co chciały, puszczając się tak bez ślubu. Ich sprawa. Ale ona taka głupia nie będzie. O nie.
    Mieli zadaną dość ciężką pracę domową z Obrony Przed Czarną Magią. A w tym przedmiocie nie była tak dobra jak z eliksirów, tak więc udała się do biblioteki, w celu napisania wyczerpującego eseju, który miałby zadowolić nauczyciela. Znalazła jakiś wolny stolik, na który rzuciła całe tomy książek, rozwinęła pergamin i wyjęła pióro wraz z atramentem. Nie mogła wiedzieć, że on też tutaj będzie…

    Aicha Bell

    OdpowiedzUsuń
  116. [Musiałam odejść z bloga, ale jeśli nadal chcesz wątka z Rigel, co powiesz na indywidualne? czarny.kot.w.trampkach@gmail.com ^^]

    OdpowiedzUsuń
  117. Kiedyś bez nawet sekundy zawahania powiedziałaby, że się przejmuje. Bo kiedyś się przejmowała tym, co ludzie powiedzą. A teraz? Teraz nauczyła się tym nie przejmować i zdecydowanie wyszło jej to na dobre. W obecnej sytuacji jednak akurat inni się liczyli, bo żeby Eva i James uwierzyli w ich związek, najpierw musiała uwierzyć reszta szkoły. Przekonanie wszystkich nie powinno być aż tak trudne, zwłaszcza, że tu, w Hogwarcie w plotki wierzono zawsze. Dlatego wystarczyłoby żeby ktoś zobaczył ich razem, powiedział komuś innemu i tak w szybkim tempie rozniosłaby się wieść, że Evans i Darkfitch, najprawdziwsi wrogowie, są parą.
    Przemknęło jej przez myśl, że to wszystko może być na nic, że związek Reeve i Pottera na tyle się rozwinął, że już nikt nie zdała ich rozdzielić. Jeżeli im się to nie uda, to przynajmniej pokaże temu okularnikowi, że wcale za nim nie płacze, że potrafi sobie bez niego doskonale poradzić! Co oczywiście było jednym z najgorszych kłamstw, których nawet nie byłaby w stanie wymówić głośno.
    Oczywiście, że jej słowa miały brzmieć sugestywnie, bo były sugestywne. Trzeba być przekonującym, czyż nie miała racji? Ignotus był na szczęście na tyle inteligentny, że od razu załapał o co jej chodzi, bo nie każdy byłby w stanie tak szybko to zrozumieć. Czyżby wcześniej zbyt pochopnie oceniła Ślizgona? Gdyby powiedziała, że podczas tego pocałunku niczego nie poczuła zdecydowanie by skłamała. Bo poczuła zwyczajne ciepło, no i to że jej policzki jak zawsze stają się czerwone. W końcu nie miała zwyczaju całować się ze swoim wrogiem, prawda?
    - Zabawę czas zacząć. – Mruknęła z szerokim uśmiechem, gdy ruszyli w stronę Wielkiej Sali. Gdy tylko wyszli z cienia, ich oczom ukazał się korytarz pełen pierwszoklasistów, Ślizgonów i Gryfonów, którzy właśnie kierowali się w stronę głównego korytarza. Byli młodzi, dopiero niedawno dołączyli do szkoły, a i tak na ich twarzach pojawiły się wyrazy zdumienia. No oczywiście, bo kto w Hogwarcie tak naprawdę nie słyszał o potyczkach tej dwójki?
    Lily obrzuciła ich radosnym spojrzeniem, gdy wszyscy rozstąpili się żeby ich przepuścić. Ścisnęła delikatnie dłoń chłopaka i zaśmiała się nie mogąc się powstrzymać. Do jej uszu zaczął dochodzić jeszcze większy gwar, gdy zaczęli coraz bardziej zbliżać się do Wielkiej Sali.

    Lily

    OdpowiedzUsuń
  118. [Dobry ;)
    Ja mam nadzieję, namęczyłam się nad tą kartą, więc jakby mi nie wyszła to strzeliłabym sobie w łeb!
    Co do wątku, tak jak ustalałyśmy? Pierwsza ich konfrontacja z wiedzą, że są zaręczeni? :D]

    Jasmine Alderman

    OdpowiedzUsuń
  119. [Nie ma sprawy, zacznę, ale za kilka chwil dopiero :) I daj gg, mam już drugi laptop to do ciebie napiszę to będziemy snuły plany :D]

    Jasmine Alderman

    OdpowiedzUsuń
  120. Przez pewien okres czasu myślała, że w końcu ma chwilę spokoju, której rodzice, będąc setki kilometrów od niej, nie zdołają zniszczyć. Nie musiała słuchać ich narzekań, nie musiała spełniać ich zachcianek, nie musiała znosić ich obecności. Przez chwilę była naprawdę szczęśliwa i tylko czasami miewała napady bezsilności, które kończyły się tym, że chowała się w łazience i wylewała rzeki łez. Zazwyczaj jednak chodziła szczerze uśmiechnięta, czynnie brała udział w życiu szkoły, sumiennie chodziła na lekcje i wygłupiała się z przyjaciółmi, gdy miała chwilę wolnego czasu. Myślała, że nikt i nic nie jest w stanie przerwać tej sielanki, ale jakże się myliła! Jeden list, jeden pieprzony list od rodziców zniszczył wszystko, co budowała przez trzy ostatnie tygodnie. Ten jeden list sprawił, że świat się posypał jeszcze bardziej, a ona chodziła po szkole niczym bomba atomowa, która w każdej chwili może wybuchnąć. Aranżowanie jej ślubu z jakimś Ślizgonem, którego ledwo co znała było, według niej, stanowczo powyżej poprzeczki, którą do tej pory jej rodzice ustawili. Mogła rozumieć ciągnięcie na bale i przyjęcia, strojenie w śmieszne sukienki czy ograniczenie słodyczy, coby przypadkiem nie miała nadwagi, ale zaręczyny bez jej zgody z przypadkowym chłopakiem nie mieściło jej się w głowie. Gdy się o tym dowiedziała, o mało co nie rozniosła dormitorium na strzępki, z którego inni Krukoni mogli słyszeć liczne krzyki i przekleństwa, które sypały się z ust wściekłej Alderman.
    Doskonale wiedziała kto jest jej przyszłym narzeczonym. Ignotus Darkfitch nie był jej obcy, wszakże byli na jednym roku, a i często spotykali się też na tych wszystkich przyjęciach dla arystokracji wśród czarodziejów. Mówiąc szczerze, nigdy za nim nie przepadała i trzymała się od niego z daleka, a jemu widocznie wcale to nie przeszkadzało. Jeszcze większym łukiem zaczęła go omijać, gdy dowiedziała się o ich planowanym ślubie. Nie miała zamiaru się z nim skonfrontować, nie w najbliższym czasie. Przez pewien czas w ogóle nie dopuszczała do siebie tej myśli, po prostu udawała, że o niczym nie wie, ale rzeczywistość dopadła ją dość szybko. Spędziła wtedy kilka dni w łóżku, udając, że jest obłożnie chora i faktycznie na taką wyglądała. Zatkany nos od płaczu, zachrypnięte gardło od krzyków i sine obwódki pod oczami przez nieprzespane nocy. A kiedy jako tako się pozbierała i wyglądała już w miarę normalnie, a także mogła dalej funkcjonować, spadła na nią kolejna wiadomość - ślub miał się odbyć tuż po zakończeniu ich edukacji. To, dla biednej Jasmine, było za dużo, jednak tym razem zamiast zamknąć się w dormitorium, by spędzić kolejny tydzień na płaczu, warczała i krzyczała na wszystkich, choć większość zupełnie nic jej nie zrobiła.
    Za długo odwlekała rozmowę z Ignotusem. Do tej pory jednak nie była na to przygotowana i dopiero od kilku dni była w stanie stawić mu czoła. Co prawda, wściekła, załamana i na skraju depresji, ale zawsze coś. Ledwo usiedziała na dzisiejszych lekcjach, które wlokły się niemiłosiernie i w niektórych momentach miała ochotę wstać, złapać chłopaka i siłą wyciągnąć z klasy, aby się z nim rozmówić, aczkolwiek wolała nie zwracać na siebie uwagi. Oczywiście, to ostatnie niezbyt jej to wyszło, bo choć złapała go już po lekcjach, miała wrażenie, że gapiła się na nich połowa szkoły, gdy z chęcią mordu w oczach podeszła do Darkfitcha i wbiła mu długie palce w ramię, nie przejmując się, że jest zajęty rozmową ze znajomymi.
    - Musimy porozmawiać. Teraz. Zaraz. W tej chwili - syknęła wściekle, zaciskając w pięść dłoń, którą nie trzymała chłopaka za ramię.

    Jasmine Alderman

    OdpowiedzUsuń
  121. [Czy pomysł jest dobry zobaczymy w trakcie pisania wątku. Mam nadzieję, że nie sknocę niczego. W razie draki krzycz i ślij sygnały (nawet dymne).]
    Mulciber nienawidził źle wykonanej roboty. Był perfekcjonistą w każdym calu, z wychowania i charakteru, kiedy więc dowiedział się o wpadce Carrowa z fiolką pełną trującego kwasu kolejny tydzień wypominał to chłopakowi przy każdej możliwej okazji. Gdyby chodziło o inny przedmiot Will nie piekliłby się tak strasznie. Niestety kwas był mu potrzebny, zaangażował w niego sporo wpływów, siły i pieniędzy, aby teraz stracić go w tak błahych okolicznościach. Pech chciał jednak, że oprócz utraty kapitału Mulcibera Carrow stracił także coś więcej – czyste pole. Kwas w fiolce wywołał prawdziwą burzę. Sprawca, na szczęście, nie został zatrzymany, ale nauczyciele i tak patrzyli na Ślizgonów podejrzliwym okiem. Na początku prowadzili tylko pobieżne rewizje poczty, paczek z Pokątnej oraz toreb z wizyt w wiosce, ale od jakiegoś czasu sprawą zaczęli się interesować Aurorzy. Ktoś wśród kadry zasugerował, że wśród uczniów mogą znajdować się poplecznicy Czarnego Pana, siejący wśród najmłodszych poglądy sprzeczne z ideałami szkoły i się zaczęło.
    Teraz Mulciber kierował się w stronę gabinetu Opiekuna domu Węża, zerkając kątem oka na idących obok: Carrowa, całego zielonego ze zdenerwowania, Averyego, który nie miał pojęcia co się dzieje oraz Ignotusa, jedynego z trójki towarzyszy, który najwyraźniej miał pojęcie, że od tego spotkania z Aurorami wiele zależy.
    - Pamiętaj, że w wieczór znalezienia fiolki wszyscy byliśmy w lochach. Sesje naukowe z zaklęć dla wybranych pierwszorocznych, czyż nie? – Na całe szczęście nie eskortował ich żaden nauczyciel ani wysłannik Biura Aurorów, dzięki czemu mogli jeszcze uzgodnić ostatnie szczegóły. Wpadka Carrowa wydarzyła się czwartkowym wieczorem, zaraz przed testem praktycznym z zaklęć do którego podchodzili najmłodsi wychowankowie domu Węża. Było to najlepsze alibi, na jakie mogli sobie pozwolić, zwłaszcza, że część uczniów pierwszych lat rzeczywiście zorganizowała sobie wieczorne korepetycje.

    OdpowiedzUsuń
  122. Mary nie była typem samotniczki, jednak czasami, tylko czasami, potrzebowała zaszyć się gdzieś w zamku, odpocząć od tego całego zgiełku, przepychanek, oczwekiwań i lawiny pracy domowej, która, o zgrozo, im bliżej do owutemów tym stawała się większa.
    Poza tym, wordzona skleroza i lenistwo prowadziły do tego, że MacDonald opuszczała przynajmniej jeden posiłek w ciągu dnia, po czym często gęsto, męczona okrutnym skurczem żołądka, wybierała się na wycieczki do szkolnej kuchni gdzie skrzaty, przemiłe stworzenia, witały ją zawsze z otwartymi ramionami i półmiskami pełnymi pysznego jedzenia.
    Tamtego wieczoru nie było inaczej.
    Z pełnym brzuchem i przyjemnym ciepłem, rozchodzącym się po całym ciele, Mary wracała z hogwarckiej kuchni, pogrążona w myślach, które dalekie były od zbliżających się egzaminów. Była nimi zajęta tak bardzo, że nie usłyszała, jak ktoś, kogo o tej porze w ogóle nie powinno być w pobliżu Sali Wejściowej, zbliża się w jej kierunku.
    Poczuła, jak czyjeś ramiona oplatają ją w tali, a cichy, przesycony zapachem Ognistej Whiskey oddech zbliża się jej do ucha.
    Nie myśląc zbyt wiele, MacDonald szarpnęła łokciem z taką siłą, że odepchnęła napastnika poprzez uderzenie w brzuch.
    Odsunęła się na tyle, by widzieć jego twarz. W momencie, w którym ją rozpoznała, dłoń MacDonald wystrzeliła w górę i z odpowiednim akompaniamentem wymierzyła chłopakowi, jak się okazało, siarczysty policzek.
    - Mogłabym cię spytać o to samo, Ignotus - wysyczała, cofając się jeszcze kilka kroków. Darkfitch był od niej znacznie wyższy i silniejszy, a w tamtej chwili też kompletnie pijany. Nie trudno się było domyślić po jego zapachu i rozbieganym wzroku.

    OdpowiedzUsuń
  123. Ignotus pochłaniał kolejne łyki alkoholu z zachłannością, o jaką podejrzewać by można wędrowca odnajdującego źródło z wodą po tygodniowej tułaczce po pustyni. Z każdym haustem ulatniało się nietypowe dla Ślizgona zdezorientowanie, którym Drew, jako jeden z nielicznych, miał szansę rozkoszować się przez krótką chwilę. Zbicie wiecznie wyszczekanego Darkfitcha z tropu traktował jako nie lada osiągnięcie, choć nie oczekiwał, że jego złośliwości zawisną w powietrzu pozostawione bez odpowiedzi, zwłaszcza, jeśli do gry wkraczały rozluźniające język i potęgujące bezczelność procenty.
    - Nie mogę oczekiwać, by ślepiec docenił kolory tęczy – zaczął niewinnie Ignotus po kilki głębszych przechyleniach butelki - Ani by głuchy zaczął rozkoszować się muzyką. – Upił kolejny łyk Whisky. – Zakładanie, że impotent uzna za istotne rozkosze cielesne jest równie bezsensowne. A jeśli chodzi o kompleksy to ktoś w tej sali na pewno je ma, ale tą osobą nie jestem ja. Jestem doskonały. A ty, choć może starasz się to wyprzeć ze świadomości, na pewno chciałbyś być taki jak ja. Nie tłum tego, to nic wstydliwego. Każdy chciałby być mną. - jak zwykle swoje argumenty sprowadzał do tej samej, irracjonalnej konkluzji, którą w zależności od potrzeb sytuacji umiejętnie ubierał w różne, kwieciste słowa.
    Drew cmoknął z udawanym podziwem, czując jednocześnie, jak spożyty wcześniej alkohol stopniowo zaczyna przynosić odczuwalne skutki.
    - No, no. Nie dość, że spełniasz się doskonale w roli łóżkowego wzoru do naśladowania, to jeszcze przejrzałeś moją podświadomość na wylot. - gwizdnął przeciągle, nie zrywając kontaktu wzrokowego ze Ślizgonem - Wiesz, o tym, jaki to jesteś doskonały, trąbisz nieustannie na prawo i lewo, tylko jakoś nigdy nie przedstawiasz argumentów na poparcie tej śmiałej hipotezy. A skoro uświadomiłeś mnie już, że skrycie marzę o byciu tobą, to mógłbyś pomóc mi również w odkryciu przyczyn tego ewenementu. Bo sam jakoś nic sensownego nie mogę wymyślić. - Drew przybrał minę mającą odzwierciedlać usilne wytężanie umysłu. - Zastanówmy się wspólnie... Raz, jesteś egoistycznym dupkiem... - zobrazował proces wyliczania, prostując palec wskazujący prawej dłoni - Nieee, to raczej nie to. Dwa, szczere uczucia wywołuje u ciebie jedynie butelka Ognistej... To chyba też nie, szukajmy dalej. Trzy, zdesperowany przysysasz się do co drugiej dziewczyny w Hogwarcie, a później na korytarzach aż huczy od tego, że całujesz jak zdezelowany odkurzacz. Cóż, przynajmniej laski mają z kim wymieniać opinie. Ale lećmy dalej... - Drew zabierał się do rozprostowania czwartego palca, gdy Darkfitch niespodziewanie zmniejszył dzielący ich dystans do około pół metra. Najwyraźniej podrażnił czuły punkt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Zdezelowany odkurzacz. Co ta Eva w nim widzi ahahahahahahahahahhaahahaha XDDD]

      Usuń
    2. [ZDEZELOWANY ODKURZACZ hahahhaa dobra, czekam na dalszy rozwój wydarzeń XD]

      Usuń
  124. Mary musiałaby skłamać, twierdząc, że nie rozbawiła jej ta cała sytuacja. Ignotus Darfitch zmieszany? Nawet jeśli nie do końca prawdziwa, sama idea była wręcz rozbrajająca.
    - No co ty nie powiesz - skiwtowała, zakładając ręce na piersi i przyglądając się mu badawczo. - Wiem, że ja i Lily jesteśmy prawie jak siostry, no ale niestety, DNA mamy całkiem różne - dodała, pozwalając sobie w końcu na wstrzymywany uśmiech. Nie była już zła. Może odrobinę zirytowana, ale Mary nie potrafiła długo trzymać urazy, szczególnie, jeśli ten ktoś, na kogo miała się gniewać, był nie do końca sobą. Ognista Whisky działała czasem niczym eliksir wielosokowy.
    - Chodź, Darkritch, zaprowadzę cię do pokoju wspólnego zanim natkniesz się na Filcha. Dość już straszenia na tę noc.
    Mimo iż znacznie niższa, MacDonald złapała Ślizgona za ramię i pociągnęła wgłąb korytarza, który miał zaprowadzić ich aż do samych schodów, prowadzących do jakże przytulnych o tamtej porze lochów.
    - Przepraszam, że cię uderzyłam - wydusiła z siebie w końcu, zerkając na Ignotusa kątem oka.

    Mary

    OdpowiedzUsuń
  125. [Również witam i dziękuję. :)]

    OdpowiedzUsuń
  126. [Chętnie! I z charakteru Ignotusa wnioskuję, że to nie będzie zbyt miły wątek dla Charliego. :D]

    OdpowiedzUsuń
  127. Drew doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, iż Ignotus zalicza się do osób dość nieobliczalnych, co w połączeniu z trzema ćwierciami butelki Ognistej Whisky przetaczającymi się obecnie przez jego nieskazitelnie „czysty” krwioobieg musiało dawać mieszankę wybuchową. Mentalnie przygotowywał się więc na naprawdę wiele różnorodnych scenariuszy rozwoju sytuacji mogących stanowić konsekwencję przeprowadzonego wcześniej słownego ataku. 
    Scenariuszy zaczynających się od pełnego niecenzuralnych słów pijackiego bełkotu Darkfitcha, a kończących na konieczności unikania rzucanych przez Ślizgona przypadkowych zaklęć obezwładniających. Na to wszystko odpowiedziałby błyskawiczną kontrą.
    Ale ewentualność, na którą w rzeczywistości zdecydował się Ignotus, ani przez chwilę nie przeszła Drew przez myśl - nawet najbledszym, najniklejszym cieniem. Bo, do cholery, niby z jakiej racji miał podejrzewać, że ten zapatrzony w siebie, pożal się Boże, casanova, który jeszcze przed sekundą obśmiewał jego rzekomą impotencję, poczuje nagle nieprzejednaną chęć zasmakowania jego ust?!
    Wyzywające spojrzenie Ignotusa - posyłane z odległości pozwalającej poczuć Drew wydychane przez Ślizgona ciepłe powietrze na własnych policzkach - podziałało na Krukona niczym wzrok Bazyliszka. Niezamroczone alkoholem ostatki zdrowego rozsądku nakazywały mu wykonać jakiś ruch, odsunąć się, przerwać tę całą farsę, ale ciało, jakby spetryfikowane, odmawiało posłuszeństwa. Nie zdołał otrzeźwić go nawet dotyk warg Darkfitcha nasiąkniętych wonią Ognistej Whisky; początkowo subtelny, lecz z każdą milisekundą przybierający na agresywności i zdecydowaniu. Do „eksplozji” w okolicy ust dołączył delikatny dyskomfort spowodowany ciągnięciem za włosy, w które Ignotus najwyraźniej usiłował wpleść swoje palce. A potem wilgotność języka napierającego na zamknięte dotychczas wargi Drew. Obezwładniony falą gorąca, rozchylił je bezwiednie, co Ślizgon wykorzystał instynktownie, próbując złączyć ich języki w wyjątkowo rozchwianą, nieskoordynowaną, niezharmonizowaną i chaotyczną jedność.
    Może jednak wcale nie całował jak zdezelowany odkurzacz? W każdym razie nie do końca. Odkurzacz - tak, ale to zdezelowanie stanowiło chyba kwestię sporną.
    Zanim Drew zdążył zbesztać się za tę wybitnie absurdalną, niedorzeczną myśl, niemającą prawa pojawić się w jego głowie, nawet w stanie upojenia alkoholowego, obaj z Darkfitchem zostali brutalnie przywróceni do rzeczywistości przez dźwięk, który teoretycznie zwiastujący ratunek, w obecnej sytuacji oznaczał rozpętanie się prawdziwego piekła, obejmującego swym zasięgiem nie tylko kilkadziesiąt metrów kwadratowych zamkniętej klasy, ale całą szkołę.
    Drzwi otworzył się z hukiem.
    Ignotus i Drew odskoczyli od siebie jak oparzeni, ale nie zdołali wystarczająco szybko zatrzeć śladów swojej nietypowej metody udowadniania własnych racji, aby móc spokojnie zakopać dopiero co zaistniały incydent w przepastnych odmętach pamięci i - tłumacząc wszystko nadmiarem zgubnej w skutkach, wysokoprocentowej substancji - więcej do niego nie wracać. 
    Teraz o feralnej chwili uniesienia raczej nie będzie im dane bezboleśnie zapomnieć.

    [ *___* ]

    OdpowiedzUsuń
  128. [Nie mam nic przeciwko temu, szczególnie, że Ronnie to stworzenie dość kochliwe, więc mogła przez jakiś czas do Ignotusa robić maślane oczy :3 I tak sobie myślę, że możemy zrobić jakiś właśnie ładny wątek, gdzie Ignotus może wszelkie swoje frustracje wyładować, wycinając Ronnie mały niezbyt sympatyczny dowcip. Mam nawet dwa pomysły, które zahaczałyby o inne moje wątki – Ignotus droczy się z Veronicą, może jej coś zabrać i nie chcieć oddać, wywiąże się jakaś pyskówka na korytarzu, a on kątem oka dostrzeże, jak ktoś inny w tym samym czasie wycina numer Bastianowi, zamykając go do klasy, z której nie ma wyjścia, więc skorzysta z okazji i wepchnie tam też Ronnie (a ja sobie potem ten wątek ładnie z Bastianem napiszę, bo mamy coś takiego właśnie umówione :D) albo Ignotus jakoś doprowadzi do tego, że Ronnie wpadnie do jeziora, bo ratowanie jej mam z kolei ustawione z Eliasem, a że wkręciłam się w całą teorię masterwątków, to staram się to wszystko jakoś ładnie połączyć :D]

    Veronica

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Motyw zamkniętej klasy niesie ze sobą niezwykłe możliwości, hahaha ;)]

      Drew

      Usuń
  129. Odkąd skończyła zajęcia siedziała na leżała w dormitorium Krukonek, trapiąc się jakby tu wybrnąć w konwersacji ze swoim kuzynem. Rozważała również nie przyjście na umówione spotkanie, niby pod pretekstem złego samopoczucia, wynikającego z comiesięcznego bólu, ale prawdopodobnie taka wymówka by nie przeszła, wiedziała o tym że jej zachowanie wydałoby się chłopakowi podejrzane. Z drugiej strony kobiety są nieprzewidywalne, a Ignotus zdawać by się mogło, z kobiecą naturą ma do czynienia niezwykle często. Co robić? Tak długo męczyło ją to pytanie, aż w końcu utknęła w martwym punkcie. Narzuciła na twarz poduszkę, kompletnie bezsilna. Wydawało jej się do tej pory, że jest sprytna, ale właśnie odkryła, że nie na tyle, by „wygrać” w zbliżającej się rozmowie. Zdecydowanie mogło jej pomóc opanowanie, którego resztki niestety wykorzystała. Strach ją napełniał, podpowiadał by się nie stawiła. Ale mimo że z natury była tchórzem, to życie nauczyło ją, że nie zdobędziesz informacji, póki nie spróbujesz. Nie przezwyciężysz lęku, póki nie zrobisz pierwszego kroku w jego stronę. Nie będziesz mogła spokojnie zmrużyć powieki, póki nie przekonasz się, że wszystko jest pod twoją kontrolą. Ta, pożal się Merlinie, odwaga sterowała jej ciałem, które powoli unosiło z twarzy poduszkę, stawiało stopy na podłodze i powoli udawało się w stronę toalety, by móc się odświeżyć.
    Po jakimś czasie spojrzała na zegar i zaskoczyło ją, że pokazywał zbliżającą się godzinę dziewiętnastą. Czas nie był jej sprzymierzeńcem, leciał niemiłosiernie i poganiał, by w końcu udała się do sekretnego przejścia prowadzącego do Hogsmeade. Wyszła przez Miodowe Królestwo, gdzie zakupiła dla siebie parę drobnych łakoci, by podwyższyć poziom cukru i rozładować stres. Słodycze jej pomagały, jadła ich w ilościach, znacznie przewyższających przypuszczenia uczniów, wnioskujących ciągłą dietę dziewczyny, gdy patrzyli na jej ciało. W chwili obecnej chętnie zamieniłaby swój dobry metabolizm na lwią odwagę, dzięki której mogłaby i rzucić się w ogień, gdyby wymagała tego sytuacja.
    Było pewnie już dobrą chwile po umówionej godzinie, ale przynajmniej uwaga o jej spóźnieniu pozwoli jej jakoś rozluźnić się na starcie. Udając się do gospody wciąż miała nadzieje, że któryś z jej przyjaciół się o nią zahaczy. Chciała, by Syriusz udał się wraz z nią, ale ten był zajęty. Reszta również miała swoje plany, lecz Kristel liczyła na szczęście, że ktoś podsłuchał coś o jej wizycie u Świńskiego Łba i może wchodząc zobaczy parę znajomych, przyjaznych twarzy na tle dziwnych osobników, pijaków i kuzyna Ignotusa.
    Dwa szybkie wdechy – pchnęła drzwi. Chwilę się rozglądała, próbując nie zwracać uwagi na przyglądających się jej licznym parom oczu. W końcu odnalazła stolik, przy którym siedział blondyn popijając zamówiony trunek. Podeszła do niego, zdejmując jednocześnie płaszcz i wieszając go nieopodal.
    - Już jestem, wybacz spóźnienie – rzuciła, siadając na swoim krześle. Starała się nie zwracać uwagi na alkohol, dając tym samym znak, że nie będzie się nim częstować.

    OdpowiedzUsuń
  130. [Hej ;) Ja z pytaniem, czy kontynuujemy nasz wątek czy kombinujemy coś nowego, bo tak jakby mam dwa wątki zaczynające się od meczu quidditcha, kończącym się zupełnie różnie xD Szkoda by było zakończyć naszą współpracę... ]

    Mel

    OdpowiedzUsuń
  131. Miała naprawdę wielką nadzieję, że w końcu, prędzej czy później w ten ich związek uwierzą także Potter i Reeve. Bo w tym wszystkim właśnie o nich chodziło. Tylko i wyłącznie. Zaczynało się i kończyło na nich. Cóż za spostrzegawczość Evans!
    Lily była dosyć dobrą aktorką, ale.. nigdy jeszcze nikt nie postawił jej w sytuacji, w której musi udawać dziewczynę swojego największego wroga. Z jednej strony było to dla niej dosyć przerażające, a z drugiej.. podobało jej się. Było to w pewnym stopniu chore, ale kto by się bardziej w to zagłębiał? Teraz ważne było tylko i wyłącznie to, żeby pokazać Jamesowi Potterowi, że potrafi sobie poradzić nawet bez tych jego zalotów. No i pokazać oczywiście Reeve, że Lily tez mogła zabrać jej coś. Albo raczej kogoś. Jeszcze chwila i zacznie myśleć jak Ślizgonka! Ale nie, ona nie była taka, ona robi to tylko dlatego, że nie może patrzeć na uśmiechające się, z każdym dniem coraz bardziej zbliżające się do siebie dwie osoby.
    Odetchnęła z ulgą, że w końcu dotarli do Wielkiej Sali. Czuła, że jej policzki płoną coraz bardziej, gdy przekraczali próg pomieszczenia. Na samym początku nikt nie zwrócił na nich większej uwagi i nadal by tak było, gdyby Lily nie ruszyła w stronę swojego stołu i gdyby Ignotus się nie odezwał. Uśmiechnęła się szeroko, czując na sobie coraz więcej spojrzeń, a w uszach słysząc coraz głośniejsze szepty.
    - Ależ kotku, wydaje mi się, ze Twoi przyjaciele nie byliby zadowoleni gdybym z wami usiadła.. No ale jeżeli usiądziemy tam na końcu, to chyba nikt nie będzie miał nic przeciwko.. – Powiedziała robiąc krok w stronę blondynka, znacznie zmniejszając dzielącą ich odległość. Kątem oka pośród Gryfonów dojrzała znajomą czuprynę Blacka i Remusa. Miała nadzieję, że James i Eva również tu są. Bez większego zastanowienia położyła wolna dłoń na jego policzku i pocałowała go w usta, totalnie nie przejmując się tym, że stoją na środku przejścia.

    Lily

    OdpowiedzUsuń
  132. [Wątek z Cornelią nie wyszedł, bo nie umiałam się w nią wczuć i jej już nie ma... (ależ to okrutnie brzmi xD), także przychodzę z propozycją od Benka, bo w końcu są z tego samego roku i domu, mieszkają razem w dormitorium, oboje też grają w quidditcha (albo grali)... Można coś z tym pokombinować ^^]

    Benjamin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Poszukując dalszych powiązań:
      1) Ignotus jest zaręczony z Jasmine, z którą miał epizod Ben xD
      2) Ignotus miał z kolei epizod z Drusiem, którego Benio nie trawi z powodu jego rzekomych chamskich prób odbicia mu dziewczyny.]

      Usuń
  133. Serio Ignotus? Myślałeś, że mam ich na myśli? Gdyby nie byli już zdecydowanie zbyt blisko drzwi do gabinetu dyrektora zapewne palnąłby Ślizgona w czoło, a później zaśmiał mu się kpiąco w twarz. Byli jednak na ostatniej prostej do gabinetu, portrety miały uczy a Carrow i Avery byli jego kumplami od pierwszej klasy, więc mimo wszystko miał do tej dwójki jakiś tam sentyment.
    - Mówiłem o nas, ale skoro zasugerowałeś współudział możemy się nad tym zastanowić, chociaż wiem, że Avery z całą pewnością dawał komuś korki z wróżbiarstwa. To taki fascynujący przedmiot, nie sądzisz?
    Avery zaśmiał się cicho, zupełnie jakby dopiero teraz skojarzył o co właściwie chodziło w rozmowie. Carrow zamiast tego szedł w milczeniu, rzucając na boki nerwowe spojrzenia. Mulciber nie zamierzał zostawiać żadnego z nich w potrzebie, ale z drugiej strony żaden sentymentalizm nie wchodził w grę. Spartaczona robota plamiła ręce Amycusa i w razie kłopotów to on szedł na stracenie.
    - Zobaczymy jak się wszystko ułoży, ale chcę, żebyś pamiętał o tym, że mamy kilku świadków, którzy potrzymają tę wersję wydarzeń. Najlepiej trzymać się prostej historii, ponieważ im więcej szczegółów tym większa szansa na wpadkę.
    Na końcu korytarza dało się już dostrzec zarys kamiennego gryfa, który zabezpieczał schody do gabinetu oraz dwóch stojących po obu jego stronach aurorów. Jednego z nich Mulciber znał z widzenia. To była wtyka Czarnego Pana w tej części Ministerstwa Magii. Nie wszystko było jeszcze przegrane.

    Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  134. Takie dziewczyny jak ona nie powinny być wybredne w chłopakach. Powinny brać pełnymi garściami, gdy ktoś nimi się zainteresuje. Nieważne, że mógł to być jedynie głupi zakład albo droczenie się, bądź też spełnienie zwierzęcej potrzeby. Takie dziewczyny jak ona zazwyczaj kończyły jako stare bibliotekarki oczarowane pięknym uśmiechem nowego modnego paniczyka z okładki „Czarownicy”. Takie jak ona nawet nie zachodziły daleko, bo brakowało im charakteru, żeby przepchnąć się przez to parszywe społeczeństwo. Takie jak ona nie nadawały się do samodzielnego życia.
    A jednak Aicha Bell najwidoczniej nie zdawała sobie z tego sprawy. Albo nie chciała zdawać. Chodziły tylko słuchy, że kiedyś bardzo blisko przywiązała się do jednego ucznia, który był jej przyjacielem z dzieciństwa, a potem kontakt się urwał. Rozmawiać zaczęli niedawno, jednak on miał już dziewczynę. I przy tym był duży skandal, bowiem ona najwidoczniej zaklepała sobie pełne prawo do swojej miłości z lat najmłodszych. Potrzebowała dwóch miesięcy łez i nerwów, żeby dojść do wniosku, że to nie ma sensu. Potem zaczęła stronić od reszty.
    Skrobała na pergaminie zawzięcie, jakby w nagłym przypływie weny twórczej, tworząc i kończąc kolejne punkty i akapity. Zignorowała nawet dziwne mrowienie w okolicach karku, które świadczyło o tym, że ktoś ją obserwował. Niech patrzy. Byleby nie… no właśnie. Podniosła głowę, gdy usłyszała ten głos.
    Darkfitch.
    - Podobnie jak większość uczniów tutaj przyszłam odrobić pracę domową – odparła chłodno, patrząc bez większych emocji na jego twarz. – Sądzę, że przyszedłeś tutaj w tym samym celu, więc radzę ci wziąć się do pracy. Nikt za ciebie jej nie zrobi.
    Po czym z powrotem pochyliła się nad pergaminem i zaczęła skrobać kolejne literki, ale szło jej to o wiele mniej płynnie niż poprzednio, nawet można było pokusić się o stwierdzenie: opornie.

    Aicha Bell

    OdpowiedzUsuń
  135. Jeśli jej pytanie wprawiło go w zaskoczenie, to nie dał tego po sobie poznać. Wtedy, kiedy najbardziej zależało jej na jakiejkolwiek reakcji, wskazówce, która pozwoliłaby przygotować się na odpowiedź, która mogła albo spowodować euforię wznoszącą ją do chmur, albo być ciosem wieńczącym jej marną egzystencję.
    Natomiast Ignotus tylko patrzył jej w oczy.
    Każda sekunda tego przenikającego spojrzenia doprowadzała jej zmysły do szaleństwa. Dokładnie tak, jakby ten wzrok przepalał centymetr po centymetrze ścieżkę w głąb jej ciała, aby obnażyć umysł ze wszystkich sekretów i myśli, kiedy ona nie mogła zinterpretować nawet wyrazu jego twarzy. Czuła się ślepa i głucha, pozbawiona światła, tonąca w zupełnej ciszy, dławiąca się powietrzem bez życiodajnego tlenu.
    W końcu, po chwili, która z sekund wydłużyła jej się w długie godziny, chłopak poprowadził ją do łóżka. Była mu wdzięczna, że ją trzymał, inaczej drżące nogi nie byłyby w stanie utrzymać ciężaru ciała.
    Pozycja jaką przybrał i to niepewne spojrzenie sprawiły, że ją samą ogarnął strach. Przez jej głowę przesuwało się tysiąc alternatywnych wyrażeń, w które mógłby ubrać swoje słowa, aby przekazać jej, że się pomylił, przyprowadzając tutaj. Że zadziałała chwila, impuls, amok, z którego się przebudził, uświadamiając sobie, że jest tutaj z nie tą osobą, z którą powinien być. Osobą, o której trzy tygodnie temu obiecał zapomnieć.
    Gdyby ktoś wypuścił w tym momencie bogina, wyglądałby właśnie jak ta chwila.
    W końcu, kiedy Reeve ogarnęło przekonanie, że nie wytrzyma nawet ułamka sekundy dłuższego oczekiwania, Ignotus odezwał się.
    Kocham cię.
    Kocham cię. K o c h a m c i ę.
    Miała wrażenie, że się przesłyszała. Że Ignotus powiedział coś całkiem innego, a jej ogarnięty współczuciem umysł chwycił się tej najpiękniejszej wizji jak ostatniej deski ratunku, aby zamaskować prawdziwe słowa i odsunąć w czasie spustoszenie, jakie zasiałyby w jej świadomości. Nawet jeśli tak było, jeśli naprawdę była głucha i ślepa na prawdę, to ta śpiączka stanowiła najlepsze, co ją spotkało i wcale nie chciała się z niej obudzić. Mogłaby trwać zawieszona w tym idealnym świecie i mamrotać w kółko te dziewięć liter, melodię tak piękną, że gdyby stanowiła piosenkę, mogłaby słuchać jej do końca życia bez przerwy, aż do ogłuchnięcia, a nawet wtedy była pewna, że i tak słyszałaby tę muzykę.
    Ale Ignotus powtórzył te dziewięć liter. Potęga tych dwóch słów uderzyła w jestestwo dziewczyny niczym piorun z samego nieba, odpowiedź na jej wszystkie szeptane przez sen modlitwy wypowiedziane głosem anioła.
    Już samo to stanowiło siłę, która powinna zwalić ją z nóg, pozbawić zdolności logicznego myślenia, wydrzeć oddech z piersi... A to był dopiero początek. Z każdym kolejnym słowem Darkfitcha, które wchłaniała jak spragniona wody ziemia każdą pojedynczą kroplę deszczu, ogarniało ją poczucie... Sama nie wiedziała czego. Była cała przepełniona emocjami. Przepływały wraz z krwią przez każdą komórkę ciała, stanowiły każdy impuls, kotłowały się, mieszały, ewoluowały. Nigdy nie sądziła, że człowiek może czuć tak wiele, całkowicie stracić zdolność kontrolowania najprostszych, przeprowadzanych bezwiednie procesów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eva czuła się jak balonik wypełniany do granic wytrzymałości powietrzem, które nie mogło znaleźć ujścia. Jej ciało stało się klatką, barierą nie przepuszczającą niczego na zewnątrz, która wydawała się być niewzruszona, natomiast w środku aż trzęsła się w posadach. Każde następne wdmuchnięcie powietrza w ten balonik mogło sprawić, że skorupa pęknie, wylewając zeń całe skumulowane szczęście.
      Z zewnątrz musiała wyglądać jak posąg. Niezdolna do wypowiedzenia nawet słowa, ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem, zamrożona w pół oddechu. Wcześniej nie brała nawet takiej możliwości pod uwagę, ale teraz, czując pieczenie w kącikach oczu, była pewna, że się rozpłacze. Chciała mu tak wiele powiedzieć, ale jej własny organizm ją zawodził.
      Ignotus po raz kolejny tego wieczoru wpił się w jej wargi, ale tym razem w tym pocałunku nie było niczego z wcześniejszej namiętności czy pożądania, to był pocałunek będący potwierdzeniem wszystkich wcześniejszych słów, które między nimi padły. Był to pocałunek tak czuły i delikatny, jak ostatnie, co można zrobić, gdyby jutro miało nie nadejść. Nigdy jeszcze nie całował jej w ten sposób.
      Resztę pamiętała jak przez mgłę. Była naćpana niezmierzonym ogromem własnego szczęścia, niezdolna do wyciągania żadnych wniosków. Cała ta sytuacja była dla niej kompletnie nowa i czuła, że jeśli w jakiś sposób nie zareaguje, udusi się przygnieciona wagą tego momentu.
      A później Ignotus wspomniał o szachach, a Eva, zadziwiając samą siebie, sięgnęła po najbardziej irracjonalną reakcję, na jaką tylko mogła się zdobyć. Zaśmiała się, obserwując pojawiający się stolik i pokręciła głową, czując pojawiające się w kącikach oczu łzy. A obiecała sobie, że nie będzie przez niego płakać. Tymczasem teraz nie wydawało jej się to nie na miejscu.
      Przeniosła swój wzrok z powrotem na chłopaka, a później na dłonie, które trzymali przed sobą splecione. Miała mu tyle do powiedzenia, a najzwyczajniej w świecie nie wiedziała, od czego zacząć.
      - Rysowałam cię, wiesz? - W końcu odezwała się, wyswobadzając jedną dłoń, aby przejechać nią po policzku chłopaka. - Rysowałam cię każdego dnia, mając nadzieję, że dzięki temu pozbędę się twojego obrazu z mojej głowy, a później zamykałam zeszyt na dnie skrzyni razem z wszystkimi myślami, którymi zawładnąłeś. - Głos jej drżał i bała się, że całkiem się załamie. Nie chciała o tym mówić, ale czuła, że w tylko w ten sposób może spróbować przekazać, co czuje. - Chciałam być od tego wolna, tak cholernie pragnęłam o tobie zapomnieć, a tymczasem wracałeś, jak bumerang wdzierałeś się z powrotem w moje życie w najdziwniejszych jego momentach i doprowadzało mnie to do szaleństwa. - Opuszkami palców znaczyła ścieżkę na jego skórze. Znała tę twarz na pamięć, lepiej niż własną. - Czasami miałam wrażenie, że ktoś przyłożył do mojej skroni piętno i wypalił mi w głowie twój obraz. To bolało, ale dopiero niedawno zrozumiałam, że to nie przeszłość sprawiała mi ból, tylko teraźniejszość. Każda kolejna sekunda każdego kolejnego dnia, kiedy byłeś tak blisko... Oddalony o odległość dzielącą stoły w Wielkiej Sali, czy ławki w klasie, a jednak będący lata świetlne, nieosiągalny, a mimo to mający nade mną całkowitą władzę.
      Zsunęła ze swoich stóp buty i klękając, zrównała się z nim wzrostem.

      Usuń
    2. - Tamtego dnia, kiedy powiedziałeś, że o mnie zapomnisz... - przerwała na moment i przełknęła palącą gulę, która utworzyła jej się w gardle. - Pękłam na pół. Nie pamiętam... Nie chcę pamiętać niczego. Nie wiem co się ze mną działo, ale byłam tak cholernie zła. Rozbita do granic możliwości, a wtedy znów pojawił się James, będący w takim samym stanie jak ja... Chciałam za wszelką cenę udowodnić światu, że potrafię bez ciebie żyć. Że zasługuję na to, by być szczęśliwą, ale z każdym kolejnym dniem udawania stawało się to coraz trudniejsze.
      Odetchnęła głęboko i zagryzła wargę. W miarę jak mówiła, wylewał się z niej cały gromadzony tygodniami żal. Musiała się go pozbyć, oczyścić całkiem swoje zszargane sumienie, jeśli chciała dojść do najważniejszego i nie wybuchnąć szlochem.
      - Nie kocham Pottera - powiedziała nagle. - Znaczy... kocham, ale to ten rodzaj rodzinnej miłości, którą darzę Charlie. Będąc z nim, działałam całkowicie wbrew sobie, zaprzeczałam całemu swojemu jestestwu... i ja tak dłużej nie mogę. Wykorzystałam go, aby chociaż trochę zapchać przerażającą pustkę po tobie, ale nic nie byłoby w stanie tego zrobić, ponieważ odchodząc, zabrałeś najlepsze, co we mnie było, pozostawiając marność, która potrzebuje cię jak powietrza. - Odsunęła od niego dłonie, ponieważ drżały i nie chciała, aby Ignotus widział, jak bardzo denerwuje się, wypowiadając te słowa. - Nigdy nie byłam tego bardziej pewna, niż teraz, że jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało i kiedykolwiek spotka. Że kocham cię i potrzebuję, bo jesteś sensem wszystkiego, spoiwem, które trzyma mnie w całości, całą moją nadzieją. I nic nie będzie miało dla mnie znaczenia, wobec każdej chwili spędzonej z tobą, nawet na graniu w szachy... Ale nie mogę z tobą zagrać, kiedy każda komórka mojego ciała krzyczy, że rozpadnę się na kawałeczki, że jutro nie nadejdzie, jeśli cię nie pocałuję - powiedziała, zanim zarzuciła mu ręce na szyję i przylgnęła, wpijając się w usta chłopaka.

      [najdłuższy mój odpis na świecie chyba i zarazem najtrudniejszy z jakim przyszło mi się zmierzyć XD]

      Usuń
    3. [ugh, nie chce mi się już kasować żeby poprawiać, wybacz niektóre błędy]

      Usuń
  136. [Dziękuję za powitanie... Ochota/pomysł na wątek? :)]

    OdpowiedzUsuń
  137. [Ok... W takim razie proponuje kilka opcji: od bardziej lagodnych typu biblioteka, błonie, mecz Quiddicha, jakaś lekcja... Po wspólne odbywanie kary... Jakąś kradzież? Wspólne psikusy... Właściwe pomyslow są setki, zależy od tego jakie watki autor bohatera najbardziej lubi? :) Chłopak jest z domu, ktory jest przeciwieństwem domu mojej bohaterki... Kłótnie? Spory? ]

    OdpowiedzUsuń
  138. [4121302 - gg :). Czekam na kontakt.]

    OdpowiedzUsuń
  139. [Dziękuję za powitanie i pochlebne słowa! Kocham Shurę mocno i z całego serca, więc cieszę się, że został przyjęty entuzjastycznie. Właśnie wyobraziłam sobie pisanie opowiadania o nim i ojej, chyba nie powinnam o tym myśleć, bo to grozi zaginięciem w życiu realnym na kilka dni na rzecz worda :3
    Smutek wielki, bo choć wielbię Syriusza, to nie bardzo widzę wątek Black&Woronin, a do Ignotusa pomysłów brak. A i jeden i drugi jest wspaniały. No nic. Podziękowałam, pomarudziłam, to idę szukać weny :)]

    A, Woronin

    OdpowiedzUsuń
  140. Ignotus jest pierwszy.
    Od zawsze pierwszy we wszystkim w jej życiu. I wśród tych wszystkich pierwszych razów, jakie jej dane było przeżyć u jego boku, żadnego nie obawiała się tak, jak tego. Uczucie to pożerało ją od środka, niczym robak grasujący w soczystym jabłku i było to coś całkiem odmiennego od stanu, w którym się znajdowała, mówiąc mu pierwsze "Kocham cię".
    A mimo to, teraz, będąc w zamknięciu pomiędzy materacem łóżka, a górującym nad nią Ignotusem, który całował jej usta tak chciwie i pożądliwie, jak gdyby bał się, że lada moment coś rozdzieli ich na zawsze, mogła myśleć jedynie o tym, że jest jej mało. Dokładnie tak, jakby dając jej coraz więcej przyjemności, płynącej z dotyku, chłopak jednocześnie katalizował wzmaganie się jej potrzeb na jeszcze większą dawkę wszystkiego, co czuła. A chciała czuć więcej i więcej, nie prostestując, kiedy Darkfitch rozpoczął leniwą wędrówkę wzłuż jej nóg, które bezwiednie rozchyliła, dając mu łatwiejszy dostęp do jej kontynuacji.
    Miała wrażenie, że w jej środku o dominację walczą dwie przeciwstawne siły, a ona sama ginęła w tym starciu jako poboczna ofiara, niezdolna do zrozumienia procesów zachodzących w jej świadomości. Gdzieś po środku jej jaźni ścierały się ze sobą niezmierzona potęga chłodno interpretującego świat oceanu, wraz z niszczycielską siłą ognia, którego jedynym celem, sensem i żądzą było pożeranie wszystkiego na swojej drodze i zostawianie jedynie przyjemnie dogorywających zgliszczy.
    A zarazem z każdą kolejną sekundą w jej głowie pozostawało coraz mniej racjonalnych myśli, a krążąca w żyłach gorąca krew bynajmniej w niczym nie pomagała. Jej i Ignotusa serca zdawały się bić w jednym rytmie, który krzyczał "Więcej, więcej, więcej".
    Każdy pocałunek Ignotusa składany na jej rozgrzanym ciele był jak pożar, każde pozornie przypadkowe musnięcie nagiej skóry doprowadzało ją do bezradnego szału, spowodowanego kompletnym ubraniem chłopaka, przez które nie mogła całkowicie poczuć jego idealnego, rzeźbionego dłutem samego Boga, ciała. Poddawanie się jego pieszczotom, będące najprzyjemniejszą torturą świata, stało się zarazem najgorszym koszmarem, więc z ulgą przyjęła moment, kiedy Ignotus opadł koło niej na materac, uśmiechając się figlarnie.
    - Na twoim miejscu martwiłabym się o siebie - powiedziała przekornie, podnosząc się na łokciach. Nikłe światło emitowane przez świecę sprawiło, że w pokoju panował półmrok, jakby pokój poraz kolejny wyszedł naprzeciw ich oczekiwaniom. - Zdaję się - kontynuowała, stawiając kroki palcami w górę jego śnieżnobiałej koszuli - że to ty masz na sobie o wiele więcej zbędnych warstw. - Dość szybko pozbyła się muszki i przekręciła się na bok, żeby z każdym odpinanym niedbałym, niecierpliwym ruchem guzikiem koszuli móc składać na ustach chłopaka coraz dłuższe i intensywniejsze pocałunki. W końcu koszula opadła gdzieś na podłogę poza łóżkiem, a Eva, przyciągnięta do chłopaka sprawnym ruchem, oparła się jedną ręką o materac koło jego głowy, aby drugą wczepić w jego włosy, zanim znów wpiła w jego usta, a kiedy Ignotus rozchylił je nieco, ich języki spotkały się ze sobą, zaczynając na nowo ten cholernie przyjemny taniec, przez który nie mogła się powstrzymać od cichego jęknięcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten wieczór był tak zaskakujący, że Eva gotowa była uwierzyć, że narodziła się dopiero teraz. Narodziła się na nowo, by móc odbierać każdy bodziec z tego pięknego, kolorowego świata do którego kluczem stał się właśnie Ignotus. Przez myśl jej przeszło, że zanim ten dzień nadszedł, tak naprawdę nie potrafiła żyć. Wydawało jej się, że dopiero w jego towarzystwie jest w stanie odetchnąć pełną piersią. Stało się to dla niej tak oczywiste, jak świadomość tego jak się nazywa i spowodowało, że musiała, wręcz musiała mu powiedzieć, że cokolwiek się dziś wydarzy, ufała mu.
      Przerwała pocałunek na moment i kiedy upewniła się, że Ignotus patrzy na nią, wyszeptała:
      - Chcę, żebyś był pierwszy. Na Boga, kocham cię tak bardzo, że chcę, żebyś był też ostatni, ale tylko, jeśli ja też będę.

      [przez cały odpis zaliczałam co minutę facedesk XD no męczarnia jakaś jak dla mnie, ale mam nadzieję, że zadowoli. doceń to, że starałam się uparcie ignorować wizje Ignotusa-Odkurzacza, jakie podsuwała mi Drew! :D]

      Usuń
    2. [Ej, wspierałam Cię dzielnie, a poza tym sama zaczęłaś z tym odkurzaczem! xD I moje fluidy chyba podziałały, bo wyszło niezwykle… wciągająco! ;D Nie no, cud, miód i orzeszki *.*]

      Drew

      Usuń
  141. To oczekiwanie różniło się od poprzedniego. Kilka minut temu mogła stanowić jedno, wielkie kłębowisko nerwów, które pożerały ją od środka jak szarańcza. Teraz nie czuła ani napięcia kumulującego się pod skórą, ani tego przeraźliwego lęku.
    Była spokojna.
    Zaskoczyła tym samą siebie, ale nie minęła chwila, jak umysł sam podsunął myśli będące odpowiedzą na ten stan. Kocha Ignotusa. I nikt niczego nie był bardziej pewny na tym świecie jak ona tego, że go kocha. Kocha go tak mocno, że była gotowa niczym roślinka przebić się przez litą skałę, wtoczyć syzyfową skałę na szczyt stromej góry, była gotowa zabić i jednocześnie umrzeć na jedno skinienie.
    I teraz dotarło do niej, że jakkolwiek pragnęła być tą, z którą Ignotus będzie mógł się zestarzeć, pragnęła być wsparciem, nie potrzebowała tego w obliczu nawet krótkiego słówka, które świadczyłoby o tym, że chłopak tego nie chce.
    Czy tak wygląda miłość?
    - Moje życie w twoje ręce – odparł w końcu. – Uczyń je lepszym. Spraw, że nabierze sensu. Uświetniaj je swoją obecnością aż po jego kres.
    Reakcja jej organizmu stanowić mogła najlepszą definicję tego stanu. Klatka, gdzieś w jej środku rozchyliła się, uwalniając miliony motyli, które uciekały, unosząc jednocześnie ze sobą każdą nieznośnie ciężką cząstkę Evy, które utrudniały jej oddychanie.
    W chwili kiedy wychodziła na bal, najdalej położone granice jej wyobraźni nie byłyby w stanie nawet zbliżyć się w jednej setnej do obecnej sytuacji. Zakrawała ona o najśmielsze marzenia, balansowały pomiędzy snem, cudem, niebem a bardzo odległą jawą. Cały jej umysł zaprzeczał prawdziwości tego momentu, a jednocześnie bliskość Ignotusa, która tak działała na jej organizm, stanowiła bezsprzeczny dowód, że to dzieje się naprawdę.
    Czy potrzebowali jeszcze jakichś deklaracji?
    Czy potrzebowali więcej wyznań? Więcej słów, które mogłyby poddać w wątpliwość jej zdrowie psychiczne, które w normalnych okolicznościach nie byłoby w stanie wytworzyć tak pięknej wizji?
    Nie potrzebowali. W zasadzie, Reeve potrzebowała teraz tylko jednego.
    Leniwym ruchem przekręciła się tak, że znajdowała się na Ignotusie, prawie przylegając klatką piersiową do jego ciała, jednocześnie ręce mając zgięte w łokciach tuż koło jego głowy. Jej włosy musiały łaskotać go w twarz, kiedy nachyliła się, żeby złożyć na jego ustach bardzo czuły pocałunek, który po kilku sekundach zmienił gwałtownie swoją naturę, jak piękna pogoda zmienia się w szalejącą burzę. Upajała się nim jak najlepszym alkoholem.
    Nie zdążyła nawet zamrugać, kiedy Darkfitch złapał ją w talii i zdecydowanym ruchem przekręcił na łóżko, aby to on mógł znajdować się ponad nią i obdarowywać pocałunkami jej szyję, smukłymi palcami wodząc wzdłuż materiału sukienki, która nagle zaczęła jej bardzo przeszkadzać. Jego woda kolońska pachniała przyjemnie i znajomo, a Reeve z zadowoleniem stwierdziła, że nie zapomniała niczego, co składało się na jej Ignasia. Błądziła dłońmi po jego nagim, umięśnionym torsie, jednocześnie pamiętając każdą wypukłość, każdy pieprzyk, każdą najmniejszą cząstkę, którą kochała równie mocno, co całość.
    Dłoń, która do tej pory znaczyła ścieżkę wzłuż jej odłoniętych nóg, przeniosła się pod jej plecy, zapewne w celu odszukania zapięcia od sukienki, więc Reeve uniosła się na łokciach, nie przestając smakować ust Ignotusa. Zadrżała, kiedy chłodny zamek błyskawiczny przesunął się nieznacznie w dół jej kręgosłupa i zrozumiała, że teraz nie będzie odwrotu.

    [nie wiem jak wyszło, jestem teoretycznie na urlopie i teoretycznie mam odpoczywać, a w praktyce nie mam jak zwykle czasu, no ale jest jak jest. Musiałam użyć zdrobnienia "Ignaś", awwwkffgdfdaagjawq :3 A ostatnie zdanie tak na wypadek, gdybyś się rozmyśliła względem dawki szczęscia, którą możemy im ofiarować, zanim odbierzemy im wszystko z nawiązką XD]

    OdpowiedzUsuń
  142. [Ponieważ już sporo czasu minęło od Twojego ostatniego odpisu, a mojej odpowiedzi nadal nie ma, więc mam pytanie - czy nadal jesteś zainteresowana wątkiem?]

    Aicha Bell

    OdpowiedzUsuń
  143. Aicha przez chwilę przestała pisać na pergaminie jakieś przypadkowe słowa, które akurat w kontekście zdania mogły dać jakiś niewielki sens i zerknęła na niego dziwnie. Skąd on wiedział…? Przeniosła następnie wzrok na całą stertę książek obok i jedną otworzoną. No tak, po co w ogóle pytam…
    Z jednej strony mogłaby skorzystać z pomocy Ignotusa. Skoro ją oferował, znaczyło to, że znał się w większej części na Obronie i wiedział, co zrobić. Wyszłoby to o wiele szybciej i skończyłaby w końcu tą pracę, nad którą teraz ślęczała i nie mogła nic wymyślić. Ale z drugiej strony… to Darkfitch. Pozwolenie da mu zachętę do dalszych czynów względem niej. A ona… nie do końca była przekonana, czy chce. Opuściła wzrok z powrotem na pergamin i wzruszyła ramionami, skrobiąc coś dalej.
    - Sądzę, że poradzę sobie sama. Dziękuję za propozycję – odparła krótko.

    Aicha Bell

    OdpowiedzUsuń
  144. [ Co tu tak pusto przy tak interesującym Panu? Mam nadzieję że postać nie została opuszczona, bo chciałabym zaproponować wątek. Miałabyś jakiś ciekawy pomysł, czy ja mam się wysilić? ]

    Emily Braithwaite

    OdpowiedzUsuń
  145. Eva była chora.
    Popadła w nieuleczalną wariację pobudzonych do granic możliwości zmysłów, które przypominały dynamit odpalany lont po loncie w każdym miejscu, dokąd sięgała jej świadomość. Pomimo że alkohol już dawno wywietrzał jej z głowy, zastąpiony silniejszym narkotykiem, wciąż czuła się pijana szczęściem, jak gdyby ktoś podsunął jej pod nos wiadro Felix Felicis i powiedział "Do dna!". A stan, w którym się znalazła, tylko wzmacniał jej percepcję, wystawiając na ostrzał emocji tak skrajnych, że wręcz niepodobne było, aby były one wytworem jednego, drobnego organizmu.
    Gdzieś w niej wciąż istniała nieco stłumiona świadomość konsekwencji czynu, na który się zdecydowała, odpowiadając na nieme pytanie zawarte w niepewnym spojrzeniu Ignotusa.
    A później... Eva tak po prostu zapomniała znaczenia słowa "konsekwencje", poddając się całkowicie nowemu doświadczeniu, odczuwając nikły lęk i dominującą ekscytację przed wypłynięciem na nieznane dotąd wody, mając za przewodnika osobę, której dotyk za każdym razem odczuwała jako coś całkowicie nowego, w inny, bardziej intensywny sposób wpływającego na jej organizm.
    Tę noc mogła definiować na tysiące różnych sposobów i już zawsze wywoływała ona w Effy szereg skrajnych emocji, całą gamę uczuć i skojarzeń, począwszy od bólu, po wrażenie bezpieczeństwa i ulgi, kiedy słyszała swoje imie, szeptane pomiędzy pocałunkami składanymi na łzach.
    I potem, coś co napawało ją niezmierzonym szczęściem płynącym z poczucia znalezienia się w tym jednym jedynym miejscu na ziemi, które było jej, można powiedzieć, że od zawsze przeznaczone. Moment, kiedy była zamknięta w jego ramionach i mogła wsłuchiwać się w spokojny, miarowy oddech Ignotusa, który wywoływał na jej karku gęsią skórkę. W tamtej chwili Eva oddała by wszystko, za możliwość liczenia jego oddechów każdej nocy, aż do samego końca.

    OdpowiedzUsuń
  146. [A więc dobrze. Zacznę od razu jeśli pozwolisz. :) Moglibyśmy zacząć czymś na rodzaj retrospekcji. A i proszę o wyrozumiałość w kwestii przecinków, bo podobnie jak moja bohaterka jestem roztrzepana i często je gubię.]

    Jak woda i ogień. Jak zima i lato. Jak gorący wulkan i mroźna śnieżyca.
    Tacy różni od siebie, a jednak skazani na siebie nawzajem.
    Ojczym i matka zawsze powtarzali że najważniejsze jest przyjaźnić się dobrymi rodzinami. Jedną z takich rodzin byli Darkfichowie. Co z tego że Emily nie znosiła ich syna i uważała go za pustego materialistę. I tak musiała się z nim zadawać. Miała się przyjaźnić. Musiała.
    Dokładnie pamiętała jak go poznała. Mimo iż chodzili ze sobą do szkoły nigdy nie zwróciła na niego uwagi, dopiero gdy ojczym zaprowadził je do domu swojego przyjaciela.
    Było lato przed piątym rokiem Emily w Hogwarcie.
    Alan zaprowadził ją i jej matkę do domu Darkfichów. Był prawie tak wielki jak jego. Przywitał się ze swoim przyjacielem i zaczął nas sobie przedstawiać. Na końcu dotarł do dzieci.
    - Emily. To jest Ignotus. Syn Państwa Darkfich - oznajmił znienawidzony przez dziewczynkę ojczym wskazując na stojącego naprzeciw niej drobnego blondyna przyglądającego się jej z zaciekawieniem.
    Ucałował jej dłoń, jak nakazywał zwyczaj, a Emily dygnęła elegancko spuszczając wzrok.
    - Jaka ona urocza - Pani Darkfich aż klasnęła w dłonie.
    - Czyż nie wyglądają razem cudownie? - zachwyciła się matka Emmy.
    To był początek końca.

    Emily

    OdpowiedzUsuń
  147. [Hej hej, jaka cudowna postać, aww. <3 Po urlopie zapraszam do mnie, na pewno razem coś wymyślimy.]
    Violet Thompson

    OdpowiedzUsuń
  148. [ Hej. Przychodzę z pytaniem odnośnie wątku - chcemy go ciągnąć dalej, wymyślić coś innego czy może kompletnie dać sobie spokój?]

    Mary MacDonald

    OdpowiedzUsuń
  149. [Nie dość, że Ślizgon, to jeszcze w drużynie Quidditcha i na szóstym roku. Wątek obowiązkowo musimy mieć :)]

    OdpowiedzUsuń