23 lipca 2010


~,~

  Ludzie od zawsze zadawali mi pytania, co jest ze mną nie tak. Nigdy nie wiedziałam o co im chodzi. Nie potrafiłam zrozumieć tego, że obcy dla mnie ludzie wlepiają we mnie swoje dziwne spojrzenia i szepczą po kątach. Cóż jednak może wiedzieć kilkuletnie dziecko? Wiadomo, że przy takich małych pociechach nie trzeba uważać co się mówi i robi. Zbyt mały móżdżek nie jest w stanie zapamiętać wszystkich informacji, chyba że dziecko ma pamięć doskonałą. Dziwne spojrzenia, które kierowali do mnie „przyjaciele” rodziny nie były spowodowane ciekawością. Było w nich coś na kształt odrazy i współczucia. Nie, nie dla mnie lecz dla moich rodziców. Byłam inna. Nie wbijałam się w kanon wielopokoleniowej rodziny. Zabawne, że to ja myślałam iż to oni nie pasują do mojego kanonu. Moja matka, absolwentka Akademii Magii Beauxbatons czyli jednej z najsławniejszych uczelni magicznych we Francji, była ideałem, chociaż nie, ona nadal jest ideałem. Kaskada blond włosów opada jej na za proste plecy. Spod lekko przymkniętych powiek, na świat patrzą błękitne jak niebo oczy. Różowe usta, które jeszcze kilka lat temu ułożone były w piękny i szczery uśmiech, teraz ułożone są w dziwny grymas. Niegdyś kolorowe i modne ubrania zamieniła na ciemne i skromne kreacje. Musiała się dostosować, do wymogów mojego ojca. Nie mylicie się, Arthur Miller nie należy do najprzyjemniejszych osób i na pewno nie chcielibyście spotkać go na własnej drodze. Ja miałam tyle nieszczęścia, że urodziłam się jako jego córka.
Podobno radość z posiadania potomka jest przeogromna. Oczywiście, że aby przedłużyć ród, trzeba syna. Jednak moje narodziny wywołały rodzinną euforię. Powiadają, że nie ważne co, ważne żeby było zdrowe. Mój ojciec jednak miał plan i na syna, i niestety na córkę. Szybko się okazało, że
istnieje szansa iż zostanę osóbką, z którą wiązane będą wielkie nadzieję. Można powiedzieć, że moje życie już od chwili narodzin było zaplanowane.
Mieszkałam w pięknym dworku w York, w hrabstwie ceremonialnym North Yorkshire. Otoczenie, w którym się wychowywałam było bardzo hermetyczne. Izolowano mnie od innych dzieci i zazwyczaj bawiłam się sama. Brak przyjaciół rekompensowano mi tym, że zawsze dostawałam to czego chciałam. Chciano zrobić ze mnie idealną córeczkę, która będzie nie tylko reprezentować ród, ale i szybko znajdzie sobie wpływowego narzeczonego. Idylla trwała do moich ósmych urodzin. Wtedy to właśnie zaczęłam odkrywać swoje magiczne zdolności. Oczywiście, że wiedziałam o tym, że moi rodzice są czarodziejami i wiedziałam, że i ja nim zostanę. Wtedy to właśnie, zaczęłam buntować się temu, że mam być czemuś podporządkowana. Mieli ze mną mnóstwo kłopotów. Uciekałam z domu by móc pobawić się z dziećmi, przez co nie raz dostawałam srogie kary od rodziców. Matka jako tako, była wyrozumiała. Domyślała się, że potrzebuję kogoś z kim mogłabym spędzać wolne chwile, jednak mój ojciec zawsze powtarzał, że jego krew nie będzie mieszać się z mugolami. Szczyt jego cierpliwości został przekroczony podczas pewnej kłótni. Pamiętam, że przez to wszystko się zmieniło. Ja się zmieniłam. Nie byłam już tą pogodną osobą, która biegała na ogrodzie i goniła psa. Teraz bardziej zaczęłam przypominać mojego ojca. Twarda ręka ojca sprawiła, że stałam się zimna i oschła.
Koszmar skończył się gdy przyszedł do mnie list, dzięki któremu mogłam w końcu wyrwać się, z tego cholernego piekła. Niestety, już pierwszy dzień w Hogwarcie, umocnił mnie tylko w przekonaniu jak bardzo przypominam ojca. To chyba dlatego trafiłam do Slytherinu . Żyło mi się dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz