16 lutego 2014

Bal Walentynkowy - wątek grupowy (2)

Poprzednia karta, znajdująca się pod TYM LINKIEM osiągnęła już 200 komentarzy.


Bal trwał w najlepsze, można by rzec, że właśnie teraz wkroczył w swoją najlepszą fazę. Wszyscy ci, którzy swoim negatywnym nastawieniem psuli imprezę innym, zdołali ulotnić się do swoich pokoi wspólnych, a na parkiecie zostali zaprawieni imprezowicze. Część osób  przemyciła to i owo na salę, dzięki czemu zdołali rozruszać tłum bardziej niż zespół, który właśnie przymierzał się do zagrania "Rozpalasz lepiej niż Ognista Whisky". 

Północ była czasem na obwieszczenie wyników głosowania na Króla i Królową Balu, którzy wyłonieni zostali spośród kandydatów i kandydatek walczących ze sobą na śmierć i życie w morderczym głosowaniu. Obiecywane były referaty dostarczane do końca szkoły, kraty Ognistej i wiele wiele innych dóbr mogących pełnić rolę argumentu w głosowaniu, ale komisja pozwoliła sobie przemilczeć ten fakt.

Porządnie podchmielony zespół wybierał sobie coraz śmielsze kawałki, zapominając o idei placówek oświatowych, ale nikt, nawet nauczyciele nie przejmowali się tym zbytnio (prawdopodobnie skonfiskowali uczniom płynne poprawiacze nastroju i sami zrobili z nich użytek), co oznaczało, że zabawa trwać będzie do rana. 

128 komentarzy:

  1. Odpis dla Millie Walker

    Reakcja Millie nie zaskoczyła go zbytnio, raczej wprawiła w radość i ekscytację, bo była potwierdzeniem jego własnych uczuć. Walker wolala działać niż gadać, a taka postawa w jej wykonaniu bardzo mu odpowiadała. Przyciągnął ją bliżej siebie, kładąc obie dłonie na jej szczupłej talii, zsuwając je stopniowo ku pełnym biodrom.
    Czuł na sobie mnóstwo spojrzeń, ale one od dawna już nie miały żadnego znaczenia dla chłopaka, który nie tak znowu w odległej przeszłości takie akcje odstawiał z Millie dla publiki. Teraz jednak wszystko nabrało nowego, odmiennego znaczenia w bardzo pozytywnym dla niego sensie.
    Niechętnie oderwał się od dziewczyny pod dość długim, intensywnym na swój sposób pocałunku, w którym wyczuł mnóstwo emocji i intencji. To było zarówno potwierdzenie uczuć, jak i niema obietnica, że oboje zrobią wszystko, aby było po prostu dobrze.
    - Więc - zaczął, ścierając resztki kosmetyku ze swoich ust - formalności mamy raczej za sobą, prawda? - Uniósł sugestywnie brwi, uśmiechając się szeroko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Millie była w szoku, jak szybko udało jej się przebyć odległość dzielącą ją od wyjścia (bogu dzięki za te cholerne treningi Quidditcha, bo gdyby nie one, pewnie nabawiłaby się zadyszki) nawet gdy na drodze stał jej tłum rozentuzjazmowanych i podchmielonych uczniów. Nim się obejrzała, stała w prawie pustym korytarzu, zastanawiając się jaki kierunek ma obrać. Nie mogła w końcu iść do dormitorium, bo tam najpewniej już za niedługo pojawi się Kristel, Pokój Wspólny jeszcze bardziej odpadał. Opcje, które jej zostały, wcale jej się nie uśmiechały, bo niby co? Pusta sala, sowiarnia, Wieża Astronomiczna? Marzyła o butelce ognistej, a tego tam na pewno nie znajdzie. Czuła, że bez alkoholu nie da rady, bo wszystkie te skumulowane emocje zaczynały jej ciążyć. Nawet nie zorientowała się, że po policzkach spływają jej łzy, na które zanosiło się już dłuższą chwilę, dopóki nie poczuła ich słonego smaku w ustach. Starła je drżącą dłonią, próbując się przy tym trochę uspokoić.
      Walker, co się z tobą do cholery dzieje?
      Nigdy nie była zbyt emocjonalna, wybuchowa a i owszem, jednak nie angażowała się uczuciowo. Ponoć to zawsze było jej głównym problemem w momencie, gdy chciała stworzyć jakikolwiek związek. A teraz? Teraz zachowywała się jak histeryczka, pewnie w normalnej sytuacji przewróciłaby tylko oczami na swój widok. Tyle, że coś się zmieniło. Zrozumiała tego wieczoru, że otwiera swoje serce na uczucie, którego okropnie się obawiała, nawet przez chwilę była szczęśliwa tak bardzo, że nie potrafiła opisać tego słowami. Tyle, że to wszystko zostało zdeptane w dosłownie kilkanaście minut.
      Wzięła głęboki oddech, który był kolejną próbą uspokojenia kołatającego serca i natrętnych myśli kłębiących się w głowie.
      Może nie potrzebowała alkoholu, a właśnie czegoś wręcz przeciwnego, otrzeźwienia? Nie zastanawiając się dłużej, podeszła do drzwi wyjściowych z zamku. Pchnęła je, mając nadzieję, że tym razem los będzie po jej stronie i ku uciesze szatynki, wrota ustąpiły pod jej naporem. Podziękowała w duchu Filchowi za jego nieuwagę i wymknęła się na zewnątrz.
      Zimne powietrze owiało ramiona Walker, przy pierwszym kontakcie wzdrygnęła się, ale po kolejnych podmuchach, pogoda zdawała się działać na nią kojąco.
      Z białej torebki wyciągnęła srebrną papierośnicę. Włożyła jedną fajkę do ust, po czym odpaliła i zaciągnęła się dymem, rozkoszując się jego mocnym smakiem.

      [to jest tak okropnie straszne, przepraszam]

      Usuń
    2. To nie może być prawda.
      To się po prostu nie działo, tak? Tego typu poronione sytuacje powinny być zarezerwowane tylko dla książek pisanych typowo pod nastolatki, opartych na najpospolitszym schemacie świata: szczęście niepojęte - zwrot akcji - wesołe zakończenie. I nic więcej. A tymczasem przedzierając się przez tłum, Bastian czuł się jak bohater równie tandetnej książki, z którego los sobie najzwyczajniej w świecie zażartował. Najpierw stopniowo podsycał w nim płomień, dał Bastianowi wszystko czego tylko chciał, rozniecając tym samym pożar, a potem ot tak zgasił go jednym splunięciem.
      W końcu wypadł na korytarz i przez jego świadomość nareszcie przebiła się myśl o beznadziejności swojego położenia. Nie miał kompletnie pomysłu na to, gdzie Millie mogła się udać. Był gotowy przetrząsnąć cały zamek jak stóg siana w poszukiwaniu tej jednej jedynej igły, byleby tylko za wszelką cenę ją znaleźć, a jednocześnie kompletnie nie wiedział od czego mógł zacząć.
      Myśli kołatały mu się w głowie jak szalone, wszystkimi komórkami targała wściekłość; na Blacka, Kristel, przede wszystkim na siebie samego.
      W końcu obrał trajektorię na lochy. Biegł, sprawdzając pobieżnie wszystkie korytarze, mijając chowające się po kątach pary, które przyssały się do siebie niczym dwa odkurzacze, co przyprawiło go tylko o niechciane odruchy. Kuchnia okazała się pusta, tak jak kilka klas, do których zajrzał.
      Millie rozpłynęła się w powietrzu.
      Zniknęła, ulotna niczym senna mara, jak dym targnięty silnym wiatrem. Zniknęła wraz z całym poczuciem bezpieczeństwa, świadomością istnienia po coś na tym świecie. Zniknęła wraz z całym sensem, pozostawiając z jego życia raptem marne resztki. Zniknęła, zabierając ze sobą cały tlen, skazując na uduszenie się poczuciem winy.
      Po prostu odeszła.
      Kiedy wyszedł znów na parter, pognał w nieznanym kierunku prowadzącym dokądkolwiek. Nie miał żadnej nadziei na to, że w tym labiryncie korytarzy i drzwi odnajdzie Walker, jeśli ta nie chciała być odnaleziona. W końcu przystanął przy schodach prowadzących w stronę wieży Ravenclaw, mając niepomierną chęć udania się do dormitorium i utopienia całego smutku i złości w hektolitrach alkoholu, kiedy dostrzegł światło księżyca, przebijające się przez szparę uchylonych drzwi do wewnątrz.
      Ręce mu drżały, kiedy postąpił krok naprzód w ich stronę.

      Usuń
    3. Nie zważając już na suknię wieczorową, oparła się o mur zamku. Miała to gdzieś, kompletnie nie obchodziło jej to, że idealnie skrojona kreacja może się wybrudzić, że stoi na dworze z odsłoniętymi ramionami, gdy wokół niej wirują płatki śniegu, a temperatura sięga minus dwudziestu stopni, Millie miała to wszystko gdzieś. Paliła papierosa za papierosem, próbując się uspokoić i naprowadzić swoje myśli na odpowiedni tor. Powinna myśleć trzeźwo, a zachowała się jak kompletna idiotka.
      Przede wszystkim nie powinnaś była się zakochiwać.
      Chciała się skarcić za to, co właśnie pomyślała, ale nie mogła. Nie potrafiła tego zrobić, bo wiedziała, że owy cichy głosik w jej głowie miał rację. Zakochała się, samo echo owych słów, zdawało się na nią działać niczym wiadro zimnej wody, wolała więc nie próbować wypowiadać tego na głos. Problem tkwił w tym, że Walker jeszcze nie dawno uparcie trwała w przekonaniu, że nie potrafi tego zrobić, a przynajmniej nie na tym etapie swojego życia. Tymczasem los sobie z niej zakpił, podważając wszystko co wiedziała o sobie, a przy okazji mieszając mocno w jej koligacjach, bo kolejnym ważnym aspektem było to, że nawet w najdziwniejszych snach nie przedstawiłaby Bastiana jako swojego metaforycznego królewicza na białym rumaku. A tymczasem... tymczasem nie było tak pięknie, jak powinno być. Wszystko było nie tak, nic nie pokrywało się z tymi cholernymi romansidłami, w których zaczytywały się jej rówieśniczki. Owszem, zaczęło się nagle, ale wybuchem cielesności, a nie przyspieszonym biciem serca na widok jego czekoladowych tęczówek.
      Roześmiała się gorzko. A jakie to właściwie miało teraz znaczenie, w jaki sposób się zaczęło? Żadnego, bo cała ta farsa dobiegła końca nim rozpoczęła się na dobre.
      Z transu wyrwało ją ciche skrzypnięcie, miała szczerą nadzieję, że to nie Filch, chociaż szlaban chyba byłby idealnym zwieńczeniem tego feralnego wieczoru. Wytężyła wzrok, skupiając się na męskiej sylwetce, która pojawiła się wraz ze smugą żółtego światła, by chwilę później zamknąć za sobą drzwi. Nie potrzebowała wiele czasu, żeby rozpoznać osobę, która znalazła się na zewnątrz (nawet gdyby nie miał na sobie białej marynarki, poznałaby go bez problemu, zdążyła się niemal nauczyć go na pamięć przez ostatnie tygodnie). Zdecydowanie wolałaby opcję z Filchem.
      Millie poczuła, jak jej żołądek zaciska się w supeł. Nie była gotowa na tę rozmowę. Nie była pewna, czy kiedykolwiek będzie.

      Usuń
  2. Odpis dla Jacka Bizarre'a

    Była z siebie ogromnie dumna - nie myliła się, i tak, Jack był w drużynie, nie zrobiła z siebie idiotki. Cieszyło ją to, bo przynajmniej wyszła, że jest wielką fanką pewnego magicznego sportu. Czyli miała w zanadrzu jeden temat, gdyby zapadła jakaś niezręczna cisza. Choć miała nadzieję, że coś takiego się nie wydarzy, ale znając życie, jeśli miałoby się wydarzyć, to tylko jej.
    I ona się zaśmiała. Tak, większość jej koleżanek uwielbiała tańczyć, mogły to robić całymi dniami, zwłaszcza, gdy towarzyszył im jakiś przystojny chłopak, ale Elsa nie była aż tak wielką fanką wyczynów na scenie. Zbyt bardzo bała się, że nogi wywiną jej jakiś nieoczekiwany numer, by, od tak!, wstać i zaprosić kogoś do tańca.
    - Teoretycznie - owszem, wszystkie to lubią, a przynajmniej powinny... Ale lubią nie znaczy umieją.
    Odłożyła kieliszek na blat i wstała z uśmiechem. Dyskretnie sprawdziła, czy buty dobrze trzymają jej się na nogach, a pięty nie bolą zbyt mocno.
    - Ale skoro już proponujesz... to chyba nie wypada odmówić, prawda?
    Poprawiła odruchowo sukienkę, gotowa, by wejść na parkiet. A przynajmniej miała nadzieję, że jest gotowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nie zbłaźnił się i wychodzi na to, że nie będzie musiał "nie schodzić" z parkietu, bo jego towarzyszka widocznie nie była ogromną fanką tańca. On zresztą też nie. Podał Elsie rękę i wyprowadził na środek, gdzie inne pary już szalały i wyginały się na wszystkie strony. Mrugnął do partnerki i wspólnie dołączyli do reszty. Każdy obrót wywoływał śmiech dziewczyny, co niezmiernie Jack'a cieszyło. Potem zrobił jeszcze kilka popisowych ruchów dla większego jej rozbawienia. Kochał, gdy ludzie się śmiali, a szczególnie przez niego. Uspokoił się na chwilę i zapoczątkował rozmowę podczas tańca.
      - Zrobimy całej sali psikusa? - oczy mu zabłyszczały - Jeśli się nie boisz... - poruszył figlarnie brwią, a ona uśmiechnęła się szeroko - To jak będzie? Mam na podorędziu coś fajnego...
      Mówiąc to nadepnął kogoś stopę i stracił równowagę. Zrobił "stosowna" minę i poleciał w dół. Podłoga nie była tak twarda jak się spodziewał.
      - Wygodnie tu - zaśmiał się do dziewczyny, która właśnie pomagała mu wstać.
      Zakryła usta ręką i zaśmiała się raz jeszcze. On wypiął dumnie pierś i również się zaśmiał. Wrócili do tańca.
      - To co? - spytał i obrócił ją po raz enty tego tańca.

      [Może się domyślasz o jaki psikus chodzi? xD Tak mi wpadło... I błagam zgódź się xDDDDD ]

      Usuń
    2. [Zgadzam się, chociaż o tej godzinie jasno nie myślę :D]

      Jak na razie dobrze jej się tańczyło, chociaż wiedziała, że taki stan długo nie potrwa i bolące pięty zmuszą ją do zejścia z parkiety, co uczyni z ulgą wypisaną na twarzy. O ile wcześniej nie wyląduje na ziemi, jak jej partner zaledwie przed chwilą. Co nie było wypadkiem przy pracy, ale – jak zakładała – działaniem całkiem zamierzonym i przewidzianym.
      - Chyba uwierzę ci na słowo - powiedziała, pomagając Jackowi wstać. Jeszcze przed chwilą śmiała się w najlepsze z miny chłopaka, który, jak się okazało, miał naprawdę dobre poczucie humoru.
      - Niech się zastanowię - powiedziała, wciąż się obracając. O dziwno nawet nie kręciło jej się w głowie. - Psikusa? Chętnie. Chociaż nie mam pojęcia, co konkretnie chodzi ci po głowie…
      Uśmiechnęła się. Każdy typowy Puchon był chętny do pomocy, wiecznie uśmiechnięty, lojalny i miły dla każdego. To znaczy – na pewno nie robi innym psikusów. Ale tego wieczoru Elsa straciła ochotę na bycie typową mieszkanką domu Helgii Hufflepuff.
      Rozejrzała się po Sali, spojrzała na tańczących uczniów, którzy sprawiali wrażenie najszczęśliwszych na świecie. I nie mieli pojęcia, że ktoś chce im to szczęście zakłócić.
      - Czy na ich miejscu powinnam się bać? – spytała, mając dziwne przeczucie, że zna już odpowiedź.

      Usuń
    3. - Może... - uśmiechnął się zadziornie - Dobra, dobra. To chodź - szepnął jej na ucho i przerywając taniec pociągnął za sobą.
      Dziewczyna nie przestała się uśmiechać, nawet gdy byli już przy wejściu do Wielkiej Sali. On tylko mrugnął i wyprowadził ją z niej. Znaleźli się szybko przed Pokojem Wspólnym Ślizgonów. Jack zatkał dziewczynie uszy i wypowiedział hasło.
      - Poczekaj tu, dobrze? - rzucił przechodząc przez przejście - Myślę, że lepiej będziesz się czuła tu, niż w środku - zachichotał.
      Nie kazał jej długo czekać. Wbiegł do swojego pokoju i sięgnął pod łóżko. Szybko wrócił do czekającej ze zdobyczą. Uśmiechnął się szeroko i wręczył jej..... pistolet na wodę.
      - Taki tam mugolski sprzęcik - zaśmiał się po raz kolejny.
      Z jej ust wydobyło się ciche "och!". Wrócili pod Wielką Salę. Nieświadome nadchodzącej grozy pary kołysały się w tańcu.
      - To będzie zdecydowanie lepsza zabawa - mruknął Ślizgon trzymając broń. Spojrzał na Elsę. Jej oczy też błyszczały. Była rozbawiona.

      [ No to przyniosłam pistolet na wodę! xDDDD Myślę, że musimy omówić jak to będzie. Wbijemy do czyjegoś wątku ochlapując uczestników, a potem zwiejemy? Jeśli tak to do kogo wbijamy? XD Może ty wiesz jak to ma wyglądać? XD Mam nadzieję, że się nie speszyłaś :3 ]

      Usuń
    4. [Jestem za wbiciem do wątku i ochlapaniem uczestników! Chociaż mamy do wyboru wątek Jo-Ben-Bastek-Chan-Drew, a tam się robi niebezpiecznie, bo nauczyciele interweniują i tak dalej (co brzmi kusząco) albo super słodki watek Lucas-Hannah, a im też warto by było urozmaicić życie...(chociaż oni wielką salę opuścili ;_;) Mam dylemat XD]

      Ruszyła pędem za Jackiem, który poprowadził ją prosto do lochów, do wejścia do pokoju wspólnego Ślizgonów. Zatkał jej uszy, więc nie słyszała hasła; szkoda, bo zastanawiało ją, co Dom Węża może mieć za hasło, ale niekoniecznie chciała z niego korzystać.
      Gdy Jack wepchnął w jej dłonie wielki pistolet na wodę, wydała z siebie okrzyk zdumienia, który zaraz zmienił się w serdeczny śmiech.
      - Nie dość, ze taki nie ślizgoński Ślizgon, to jeszcze mugolskie zabawki posiada – uśmiechnęła się szeroko do chłopaka. Jack cały czas ją zaskakiwał.
      Wrócili do Wielkiej Sali, a Elsa zachichotała pod nosem, patrząc na te wszystkie zapatrzone w siebie pary, na umalowane twarze dziewcząt. Zaraz się to zmieni, przemknęło jej przez myśl, a na ustach po raz pierwszy pojawił się lekko złośliwy uśmieszek.
      - Masz już wyszukane ofiary? – spytała, rozglądając się po Sali, w poszukiwaniu kogoś nadającego się na poszkodowanego. Kątem oka dostrzegła, że Jack robi to samo.
      - Nagle nabrałam ochoty, by zniszczyć zakochanym romantyczny wieczór – przyznała szczerze. – Jakie to nie puchońskie.

      Usuń
    5. Wzrok chłopaka padł na większą grupkę, do której schodzili się nawet nauczyciele. Działo się tam, działo. Skinął porozumiewawczo do Elsy.
      - Mało puchońskie, dobrze powiedziane - zachichotał - To co? Może dodamy im zmartwień?
      Dziewczyna kiwnęła energicznie głową. Pistolety napełnione wodą stuknęły delikatnie o siebie. Po cichu skierowali się w stronę tłumku. Jack rozpoznał Chantelle, znał ją, oj znał. Reszta wydała mu się obca acz większość mijał na korytarzach. Twarz jednej dziewczyny i jej imię - Jo - kołatały mu w czaszce. Panów nie znał z imion. Nie miało to teraz większego znaczenia. Byli coraz bliżej. Mijali zdezorientowanych widokiem pistoletów tancerzy i nieuchronnie skracali odległość między nimi, a tłumkiem. Był tam już profesor Slughorn.
      - Nieźle. Profesor się zdziwi - mrugnął do Elsy skradającej się tuż obok.
      Zaraz miało się zacząć. Oj nie wesołe będą mieli miny. Jack za to był bardzo rozradowany. Trzeba się było spodziewać po nim podobnej akcji, jednak nikt nie pomyślał, że ten szalony Ślizgon odważy sie wywinąć coś na balu. Błąd. On zawsze coś wywinie, niezależnie od okoliczności. Byli już tuż przy nich. Kilkoro ze zgromadzonych spojrzało ze zdumieniem na pistolety tuż przed wytryśnięciem z nich wody.
      - Czy dziś nie jest śmingus-dyngus? - roześmiał się Jack - Jak nie to trudno, woda do was ciągnie.
      Elsa też uwolniła strumień przeźroczystej cieczy ze swojej broni.

      [Wstawiłam pod ich wąteczek xD]

      Usuń
    6. Zgodziła się na jego szalony pomysł, mimo nauczycieli próbujących uspokoić ich "cele". Może postradała zmysły. A może po prostu wypiła o kilka kieliszków za dużo. Najważniejszy był fakt, że się zgodziła, że szła z pistoletem na wodę w dłoniach i że było już za późno żeby się wycofać...
      Po raz pierwszy w życiu odważyła się zrobić coś jak najbardziej szalonego.
      Zerknęła na Jacka, który grupie przypatrywał się z uśmiechem. Ona starała się rozpoznać ich twarze, ale w oczy rzucił jej się tylko Bastian w swoim białym jak śnieg garniturze. Zawahała się, ale zaraz machnęła ręką. Raz się żyje, pomyślała i dogoniła Jacka.
      Byli już na tyle blisko, że kilka osób ich dostrzegło, ale
      woda wytrysnęła z obu pistoletów wprost na zdezorientowany tłumek.
      Jack śmiał się głośno, Elsa była tysiąc razy mniej pewna tego, co robi, ale nie dała tego po sobie poznać. Nagle nabrała wielkiej ochoty, by zejść z oczu nauczycieli, jednak widok tych wszystkich osób przemoczonych do cna sprawił, że nogi Elsy wrosły w ziemię i dziewczyna za nic nie mogła się ruszyć. Z trudem powstrzymywała chichot.
      - Może jednak się stad ulotnimy? - szepnęła do Jacka, gdy profesor McGonagall przeniosła na nich swoje wściekłe spojrzenie.

      Usuń
    7. Jack rozpoznał mokrego Ślizgona, za którym skryły się dwie dziewczyny. Ben. Posłał mu promienny uśmiech w odpowiedzi na wytrzeszczenie oczu. Kojarzył go z Pokoju Wspólnego, czy śniadania. Elsa rozkręciła się obok niego i także oblewała wszystkich wodą. Jednak to Ślizgon dostąpił zaszczytu oblania profesor McGonagall. Puściła ona ciągniętego chłopaka i wbiła spojrzenie w Jacka, który śmiał się w najlepsze.
      - Może jednak się stąd ulotnimy? - zaproponowała Elsa.
      Tak szybko? - przeszło mu przez myśl. Jednak do spojrzenia profesor McGonagall doszło spojrzenie profesora Slughorna. Opiekuna Domu Węża. To jemu będzie musiał się tłumaczyć. Te dwa spojrzenia wbijały się w niego jak noże, ale przecież reszta "hałastry" nie stała w miejscu i szybko przyciągnęła zainteresowanie nauczycieli.
      - Może to i dobry pomysł - posłał towarzyszce uśmiech.
      Zdecydowanie zapanował jeszcze większy chaos. Przyczynili się do tego z Elsą, ale czy nie o to chodziło? Jack zasalutował znajomym twarzom i tym obcym wpatrującym się w niego w niego też.
      - To idziemy uprzykrzyć życie innym, jeśli pozwolicie - ukłonił się teatralnie i skinął na Elsę, która z uśmiechem ruszyła za nim.
      Warto było zaryzykować i zabawić się. Zresztą to jeszcze nie koniec. Nie jedni zostaną jeszcze zmoczeni. Grunt, że z tej wielkiej, zakręconej grupy oberwało dużo osób. Po chwili celowania praktycznie wszyscy. Jeśli ktoś ostał się suchy - to zupełnym cudem.

      Usuń
    8. Jack zamarzł z uśmiechem na twarzy. Mógł tylko patrzeć jak podłoga zbliża się nieubłaganie. Pistolet trzymany przed sobą wbił mu się w brzuch. Nie należało to do przyjemnych odczuć, ale nie mógł zmienić jakże niestosownego i rozradowanego wyrazu twarzy. Był zmuszony wpatrywać się w kafelki z tak wielkim przybliżeniem. Resztę tylko słyszał. Więc zostaną z profesor McGonagall? Żeby Elsa nie uciekła, to nie straci tej sympatycznej pogadanki. Poczuł jak mięśnie mu się rozluźniają i odzyskuje nad nimi władze, gdy profesor transmutacji go odczarowała. Wstając z podłogi już słyszał jej głos pełen wyrzutu, juz wyobrażał sobie sroga minę. Zostali nazwani "wodną armią". Bizarre nie potrafił się nie uśmiechać. Już miał coś powiedzieć, ale nie doszedł do głosu. Zaatakowany tłum znikał prowadzony przez profesora Slughorna.
      - Zanim cokolwiek powiecie.... - zmusił się do spojrzenia w twarz profesor McGonagall.
      Cała była mokra i wyglądała komicznie. Utraciła te groźny wyraz, a zyskała sporo wody.
      - Pani profesor - przerwał wykład nauczycielki, musiał spróbować czegokolwiek - To tylko niewinna zabawa. Woda nikogo nie krzywdzi, prawda? Mogę osobiście dopilnować lub sam zająć się osuszeniem pani i profesora Slughorna. To był tylko żart.
      Profesor już znała jego żarty. Pan Bizarre potrafił dać nimi w kość. Szczególnie woźny miał na co narzekać po jego wybrykach. Nie mniej Jack miał nadzieje na przychylność nauczycielki. Potrafił być naiwny.

      [Zatrzymali nas, no patrz xD Się rozkręciło. Może napiszą o nas w gazetce szkolnej? xD ]

      Usuń
    9. Ruszyła z uśmiechem za Ślizgonem, mając ochotę znaleźć się jak najdalej od mokrego tłumu. Potem wszystko potoczyło się szybko - Bastian poraził Jacka petrificusem, a Elsa stanęła na środku sali jak wryta, nie do końca wiedząc, czy powinna zostawić Ślizgona na pastwę wściekłego tłumu. Sama również brała w tym żarcie udział, a jej wciąż jakby nie było puchońska duma nie pozwalała na tak haniebną ucieczkę.
      Profesor Slughorn wyprowadził mokrych uczniów z sali - sam nie był w lepszym stanie, z jego drogiego garnituru dałoby się wyciskać wiadra wody, a włosy - których nauczyciel nie miał aż tak wiele - sterczały teraz na wszystkie strony.
      Patrz, do czego doprowadziłaś, dziewczyno, nakazała samej sobie. Posadzka była caaaaała mokra, pary za wszelką cenę starały się omijać kałużę na środku parkietu. Uniosła wzrok na porządnie zdenerwowaną nauczycielkę transmutacji. Profesor McGonagall już rozpoczęła swój wykład, jaki to "kompletny brak szacunku ze strony uczniów, oblewać nauczycieli wodą i niszczyć ozdoby i kreacje innych uczniów". Jack przerwał jej, starając się przekonać nauczycielkę o niewinności całej sytuacji.
      - Panie Bizarre, zalanie połowy Wielkiej Sali wcale nie było niewinne. - Elsa zdążyła zapomnieć, że profesor McGonagall nie posiada poczucia humoru i chyba nigdy się nie uśmiecha.
      - Nie zostawię tak tej sprawy, myślę, że wizyta w gabinecie wyjdzie wam na dobre - Kobieta przeniosła swoje chłodne spojrzenie na Puchonkę. - Tak, pani też się to dotyczy, panno Menzel.
      Cholera, cholera, cholera! W co ty się wpakowałaś, Elso?, zadała pytanie samej sobie, ale nie mogła powiedzieć, że żałuje. O dziwo bawiła się bardzo dobrze tego wieczora.

      [Skro McGonagall już nas zatrzymała... to trzeba to trochę pociągnąć XD I myślę, że w gazetce napomkną o całym zajściu, szkoda by było pominąć tak wielkie wydarzenie xD]

      Usuń
  3. Odpis dla Elsy Menzel

    Czego dziewczyna o nim nie wiedziała? W zasadzie to znali się dość krótko i wiedziała o nim bardzo mało, a przecież Bastian miał oblicz i był książką z wieloma rozdziałami i stronami przedstawiającymi całkiem odmienną historię i perspektywę.
    - Gram na instrumentach, czepiam się ludzi jak rzep psiego ogona, ludzie mają jakąś manię na punkcie dotykania moich włosów, nie lubię bekonu i herbaty z mlekiem i mawiają, że mam boski tyłek - wyrecytował z pamięci pierwsze lepsze fakty na swój temat, kiedy piosenka się skończyła. No, dość tańca na tę chwilę.
    - A ty? - spytał, prowadząc Elsę znowu w stronę stolików. - Czego ja o tobie nie wiem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pytanie samo pchało jej się na usta, nie wiedziała, co ja skłoniło, by o to Bastiana zapytać; odpowiedź jednak najpierw wprowadziła ją w zdumienie, dopiero później Elsa wybuchła śmiechem.
      - Tak szczerego wyznania to się nie spodziewałam - przyznała, idąc za nim. Spoważniała nagle. - Niemniej dziękuję za okazane mi zaufanie i wyznanie tak... fascynujących faktów na temat twojego życia.
      Podeszła do stolika i oparła się o blat.
      - O mnie? Niczego. Jestem taką szarą osóbką, która ma bzika na punkcie historii i quidditcha, czytającą wszystko co nawinie się pod rękę. - Sięgnęła po truskawkę i spojrzała na nią z uśmiechem. - Połowa mojego życia to jedzenie, druga to spanie w otoczeniu tysiąca pluszaków, których teoretycznie dziewczyna w moim wieku trzymać nie powinna. Ludzie mówią mi, że gdy jestem podekscytowana, swoim piskiem potrafiłabym i umarłego obudzić. Podobno jestem nachalna i za dużo się uśmiecham, a gdy widzę brukselkę, zbiera mi się na odruch wymiotny. Tak jak mówiłam - nic ciekawego.

      Usuń
    2. Jakaś dobra dusza uzupełniła brakujący towar na stole, więc White nie omieszkał poczęstować się babeczką z lukrem, na której napisane było "Jesteś moją magią".
      Słysząc wywód dziewczyny, parsknął śmiechem w momencie słuchania o pluszakach.
      - Naprawdę? Cóż, powinnaś przedstawić swoich małych przyjaciół mojemu Prezesowi Misiowi - powiedział całkowicie szczerze, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. Prezes był największą tajemnicą, którą dane było poznać tylko nielicznym. To była jedyna rzecz jaką kiedykolwiek otrzymał od siostry, Demetrii, z którą po dziś dzień się nie rozstał, bo miała ona ogromną wartość sentymentalną. Zwłaszcza teraz, kiedy Demi była dziesięć tysięcy kilometrów stąd, w Chinach.

      Usuń
    3. [Jesssst, nareszcie jakiś kompromitujący fakt o Bastusiu! :D Elsa, dziękuję, ciągnij go dalej za język! xD]

      Usuń
    4. [Postaram się XD]

      Uniosła lekko brwi.
      - Moi mali przyjaciele byliby pewnie zachwyceni - odpowiedziała całkowicie szczerze. - W końcu nie często mają okazję poznać kogoś nowego.
      Była zaskoczona tym wyznaniem, nigdy nie osądziłaby Bastiana o trzymanie jakiegokolwiek pluszaka. Bastiana, który uczył ją latać na miotle, Bastiana, który z treningów robił rzezie, Bastiana, który... tak samo jak ona miał coś, o czym wolałby żeby nikt się nie dowiedział. "Nierealne" to zbyt delikatne słowo.
      - Jak rozumiem, tajemnicy tej mam nikomu nie zdradzać, nawet za cenę życia? - spytała, zdając sobie sprawę, że Prezes Miś może być jednym z większych sekretów chłopaka.

      Usuń
    5. [Druś, wielkie halo z tego robisz, a przecież to wiedziałaś XD Drew-Drew się nie dowie o tym i tak! Noooooo wayyyy!]

      Prezes Miś był talizmanem, symbolem konspiracji zawiązanej między rodzeństwem przeciw surowej postawie rodziców, którzy zatracili się gdzieś w upartej walce o wychowanie dzieci na ludzi. White i Demetria troszczyli się o siebie nawzajem i stali za sobą murem w każdym rodzinnym konflikcie, niezależnie od przedmiotu sprawy. Zarówno, kiedy chodziło o pozwolenie na zbudowanie domku na drzewie, tak jak i w przypadku próby wydania Demi za mąż tuż po ukończeniu Hogwartu, co miało wzmocnić pozycję rodziny. I nawet jeśli od dłuższego czasu misiaczek spoczywał w kufrze, to dobrze było go mieć, dla samego posiadania.
      - Jeśli ktoś się dowie - zniżył głos do konspiracyjnego szeptu - to znajdę cię nawet na końcu świata.

      Usuń
    6. [Serio, wiedziałam?! Jaki mogła mi umknąć taka cenna informacja?! xD I proszę Cię, Bastian i Drew mieszkają w jednym dormitorium od sześciu lat, chyba najwyższa pora, żeby Prezes Miś ujrzał światło dzienne :p]

      Usuń
    7. Nie miała problemów, by uwierzyć mu na słowo. Zdawała sobie sprawę, że zdradzenie sekretu pana White'a, zwłaszcza tego związanego z Prezesem Misiem, byłoby misją samobójczą. A ona masochistką nie była.
      Elsa spojrzała na babeczki.
      - Ciekawe kto je zdobił - powiedziała bardziej do siebie, niż do Bastiana, przyglądając się lukrowym zdobieniom. Wszystkie były w pełni wykończone, niewielkie lukrowe róże wyglądały jak prawdziwe, na listkach widać było wszystkie, nawet najmniejsze żyłki!
      - Też bym chciała mieć taki talent - uśmiechnęła się smutno i odłożyła miniaturowe dzieło sztuki na tacę.
      - O! - wymsknęło jej się, gdy zobaczyła stojący niedaleko dzban z jasno-pomarańczowym płynem. - Czyżby to był...
      Nie dokończyła swojej myśli; usłyszała, jak coś pęka pod jej butem, a ona sama traci grunt pod nogami. Nim się obejrzała, leżała na ziemi, obcas jednego buta był połamany, a ona sama czuła uporczywy ból w kostce.
      - Cholera! - warknęła, z trudem podnosząc się z podłogi, ręką trzymając się stołu.

      [Przepraszam, ale musiałam to zrobić :D To takie Elsowate, wywalić się w najmniej spodziewanym momencie.]

      Usuń
    8. [Lepiej, żeby to nie było nic poważnego, bo jak potem będziesz biegała z pistoletem? :D]

      Babeczek Bastian tego wieczoru nie tknął, ale faktycznie, ozdobione były bardzo ładnie. Oprócz idealnie równej wartwy lukru znajdowały się na nich najróżniejsze rysunki i napisy o tematyce tak adekwatnej do dzisiejszego wieczoru. Jeśli ktoś nie miał zamiaru czerpać z romantycznego nastroju, to prawdopodobnie kiczowata odmiana miłości spozierająca z każdego kąta w tej sali, a nawet z głupich babeczek była kroplą przelewającą czarę goryczy.
      Sam Bastek talentu plastycznego nie miał, miał za to muzyczno-wokalny, więc rekompensował sobie brak uzdolnień w rękodziele. Już miał odpowiadać dziewczynie na jej słowa, kiedy odwróciwszy się w jej stronę dojrzał Elsę leżącą na ziemi, masującą stopę pozbawioną buta. Rzucił się w jej stronę, ale zdążyła podnieść się z ziemi.
      - Wszystko gra? Nic ci nie jest? - spytał, sięgając po jej buta, zanim zaginąłby w tłumie zaopatrzonych w obsasy stóp. Wyciągnął różdżkę. - Reparo - mruknął, scalając obuwie.
      Z wyrazu twarzy Elsy wyczytał z trudem maskowane cierpienie.

      Usuń
    9. [Biegać da radę, musi XD]

      - Nie, nic mi nie jest - odpowiedziała szybko, starając się ułożyć usta w dość przekonującym uśmiechu. Czuła się paskudnie; kostka ją bolała, a kilka osób, zaintrygowanych całą sytuacją spoglądało na nią z politowaniem.
      - Dziękuję - powiedziała i włożyła naprawionego już buta. Na wszelki wypadek nie przestawała podtrzymywać się stołu. Nie ufała sobie, nie w tej chwili, nie, kiedy dopiero co leżała na ziemi, zdezorientowała i ze stopą dziwnie wykręconą - która lekko drżała.
      - Wiedziałam, że prędzej czy później coś takiego się stanie, zdążyłam przygotować się psychicznie - rzuciła, sięgając po sok z pomarańczy i wlewając trochę do jednej ze szklanek.
      - Nalać ci też? - spytała uprzejmie, wskazując ręką sok.

      Usuń
  4. Odpis dla Pottera

    Eva obserwowała zmagania Jamesa z poszukiwaniem odpowiedniego futerału. Za kulisami panował straszny syf, a na szwedzkim stole dla zespołu już stały puste butelki, które świadczyły o tym, że zaraz muzyka zmieni się na bardziej odpowiednią jeśli chodzi o imprezy, a nie bale. Nie, żeby jej to przeszkadzało.
    Parsknęła śmiechem na uwagę Pottera i sięgnęła po średniej pojemności butelkę, którą jej podał marki Blishen Firewhisky, co oznaczało, że kapela wiedziała jak się dobrze zaopatrzyć. Otworzyła butelkę i upiła kilka dużych łyków, zanim oddała ją Potterowi.
    - No, dużo lepiej - skrzywiła się, czując ostre pieczenie w gardle, tak charakterystyczne dla tej marki. - Teraz mogę z powodzeniem ignorować tę całą balową otoczkę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Odpis dla Hannah

    Lucas grał i grał, nie wiedział, co kierowało jego palcami. Melodia, która wypływała z fortepianu była jedyna i wyjątkowa, niepowtarzalna.
    Hannah, która na początku niepewnie stała na środku klasy w końcu odważyła się otworzyć oczy. Podeszła do instrumentu i oparła się o jego zamkniętą klapę, słuchając gry Puchona.
    Ciekawe o czym - albo o kim - myśli zastanowił się chłopak. Na chwilę aż zrobiło mu się smutno, że to na pewno nie on zajmuje jej głowę. Gdy skończył, wstał od instrumentu i podszedł do niej.
    - Podobało się? - zapytał. - Jak widzisz, dotrzymałem słowa.
    Uśmiechnęła się delikatnie, co sprawiło, że miernik jego dobrego humoru podskoczył o parę stopni w górę.
    - Chciałem cię przeprosić. Za to, co zrobiłem w Wielkiej Sali. - Jej zdziwione spojrzenie zdawało się pytaćCo takiego? Podszedł bliżej i położył dłoń na jej policzku. - Właśnie za to.
    Po raz kolejny w ciągu tego wieczora zrobił coś, o czym w innych okolicznościach nawet by nie pomyślał. Po raz kolejny czuł bliskość Hanny, tak przyjemną i kojącą.
    Czy ty się zakochałeś, Roy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Była piękna
      Melodia, której nigdy wcześniej nie słyszała, zdawała się wgryzać się w jej pamięć, jakby miała nigdy z niej nie wyjść. Delikatne kąsanie każdym dźwiękiem było tak przyjemne, że jej dłonie drżały lekko.
      Czuła, że powinna bić się z myślami, że w jej powinna odbywać się walka. A jednak nie chciała w tym momencie pamiętać o świecie, jaki zostawiła w codzienności. Nie chciała myśleć o swojej rodzinie, o zagrożeniu, o tym że wiecznie balansowała między światem czarodziejów, a światem mugoli. Chciała znaleźć własne miejsce.
      -To było niesamowite- powiedziała cicho, niemal szeptem, unosząc kąciki ust w ciepłym uśmiechu, który zdradzał jednak jej niepewność siebie.
      -N..nic się nie stało- wyjąkała, starając się zachowywać zwyczajnie. Ale, na Marlina, jak można zachowywać się zwyczajnie, gdy serce łomocze jak oszalałe, a oddech jest nierówny?
      Drżącą dłonią sięgnęła do swojego policzka, który niemal płonął od dotyku Lucasa. Ani jej w głowie było uwalnianie się od tego. Czuła, że nie może, nie chce się ruszyć. Musnęła jedynie jego dłoń, właściwie nie bardzo wiedząc co robi, odruchowo przymykając oczy. Po raz pierwszy od wielu dni poczuła się spokojnie i bezpiecznie.

      Usuń
    2. To, że dziewczyna nie odskoczyła, gdy położył dłoń na jej policzku było sukcesem samo w sobie. Tym bardziej to, że sama ją przytrzymała. Lucas stał, wpatrując się w hipnotyzujące tęczówki Hanny, po raz kolejny tego wieczoru zauważając, jak bardzo są zielone.
      Nie widział co robi. Po raz pierwszy w życiu zawodził jego system, nie mógł zrobić nic, co wcześniej sobie zaplanował. Cała jego natura buntowała się przed tym "pójściem na żywioł", jak mawiali niektórzy uczniowie. Roy zawsze działał zgodnie z wytycznymi, nigdy nie pozwalał sobie na taką swobodę.
      Jak to się stało, że jedna dziewczyna zmieniła tyle w jeden wieczór?
      Po minucie, może dwóch, które dla niego były godzinami, zabrał rękę. Speszony, nie wiedział co zrobić, na szczęście ten wstyd nie trwał długo. Po chwili w głowie Lucasa zawitał nowy pomysł.
      - Może opowiesz mi coś o sobie? - poprosił Hannę. - Obiecuję, że się odwdzięczę. Możemy usiąść, o tu, pod ścianą. - Wskazał ręką jakieś miejsce w klasie i zrobił to, co powiedział. - Zapewniam też posiłek i napój.
      Klasnął raz w dłonie i przed nim pojawił się zaprzyjaźniony skrzat domowy. Poprosił go o ciepłą herbatę i babeczki.
      - A co życzy sobie panna Collins?

      [Przepraszam, że nie z konta, ale blogger świruje i nie chce się zalogować x.x]

      Usuń
    3. Wszyscy, dosłownie wszyscy, którzy kiedyś przychodzili do niej po pomoc, po wsparcie, czy radę, prędzej czy później pałali do Hanny pewnym rodzajem sympatii. Czasem wyciągało to z niej wszelaką energię, a czasem stawiało w niezręcznej sytuacji, gdy ktoś, zachęcony czysto przyjacielskimi gestami, wkraczał w jej prywatność.
      W tym wypadku, czuła się zgoła inaczej. Był to pierwszy moment w jej życiu, gdy usłyszała, że nie będzie oceniana. Po raz pierwszy zrozumiała, że nie musi zawsze być perfekcyjna, że ktoś stara się zrozumieć ją, a nie wymaga od niej zrozumienia już, teraz, w tej chwili.
      Jak to się stało, że jeden chłopak zmienił tyle w jeden wieczór?
      Spojrzała na niego, uśmiechając się delikatnie, choć jej wzrok zdawał się mówić: już?
      Pokiwała lekko głową i usiadła na podłodze, opierając się plecami o chłodną ścianę. Chłód delikatnie uspokoił jej serce, a krew już nie pulsowała w żyłach jak oszalała. Hannah zorientowała się, że nadal na ramionach ma marynarkę Lucasa, ale dziwnym sposobem, nie chciała jeszcze się z nią rozstawać.
      -Poproszę o sok dyniowy do babeczek- uśmiechnęła się leciutko, czując jak rozszalałe emocje zastępowane są dobrym humorem. Nie oznaczało to, że przestała reagować na obecność chłopaka, nie chciała przestać.
      -Coś o sobie...- powtórzyła, przygryzając lekko dolną wargę w zastanowieniu. Nie chciała wyskakiwać z czymś głupim, ani z czymś oczywistym.
      -Naprawdę lubię piec ciastka. Czasami siedzę w kuchni i przeszkadzam skrzatom, gnębiąc ich swoją obecnością - roześmiała się, zasłaniając lekko usta dłonią.
      -Niektóre z tych babeczek udało mi się udekorować samej- dodała z ledwo zauważalną dumą w głosie. Spojrzała na niego, uśmiechając się szczerze. Nie obawiała się, że odbierze źle patrzenie mu w oczy. A może się myliła?

      Usuń
    4. Wszystko, co mówiła mu Hannah, bardzo go ciekawiło. Chłonął każde jej słowo, starając się nie uronić żadnego szczegółu. Barwa głosu dziewczyny była ciepła i przyjemna dla ucha.
      - Naprawdę? - Uniósł wyżej brwi. - To wyjaśnia fakt, że tak bardzo chciałaś ich skosztować.
      To, że dziewczyna zaczęła opowiadać, bardzo mu schlebiło. Wśród wszystkich osób, którym pomogła, nikt jakoś nie potrafił odpowiedzieć na proste pytania, jaki jest jej ulubiony kolor, co robi w wolnym czasie...
      Słuchając jej, Lucas zapominał, że siedzi na zimnej podłodze, ściana za plecami nie jest wcale miękka, a herbata, którą przyniósł skrzat powoli chłodnieje. Powoli, aczkolwiek coraz bardziej stanowczo zaczęło dopadać go dziwne zmęczenie. Starał się odegnać je od siebie, skupiając się na przepięknych oczach czarownicy, ale to było od niego silniejsze.
      Głowa opadła mu na ramię Puchonki, powieki zamknęły się, skrywając jego - wcale nie idealne - tęczówki. Oddychał spokojnie, równomniernie, po prostu zasnął. I choć wydawał się spać snem sprawiedliwego, niewielka zmiana ułożenia ramion dziewczyny obudziła go.
      Pierwsze, co jego wzrok napotkał po przebudzeniu było spojrzenie Hanny - ni to zdziwione, ni to rozbawione. Uśmiechnął się do niej, jakby jeszcze śpiąc i dopiero wtedy dotarło do niego, gdzie się znajduje. Nagle zrobiło mu się głupio.
      - Nie mów mi tylko, że zasnąłem - wymamrotał. - Merlinie, zaliczam dziś wpadkę za wpadką...
      Nie za bardzo chciało mu się podnosić głowę. Ramię czarownicy było nad wyraz wygdne, a on nadal senny.
      - Naprawdę cię przepraszam, jestem chyba przemęczony. Ale przysięgam, że słuchałem, możesz mnie nawet przepytać!

      Usuń
    5. -Byłam po prostu ciekawa efektu- odparła, czując jak jej policzki nieco różowieją. Opuściła wzrok, nie bardzo wiedząc gdzie go podziać. Nie chciała wyjść na jakiegoś żarłoka, choć fakt faktem, że lubiła jeść. Chyba zaliczała się do grona ludzi wiecznie głodnych. Widząc, że chłopak cierpliwie słucha, nie przerywa i patrzy na nią, kontynuowała spokojnym, cichym głosem.
      -Mam mieszaną rodzinę, tata jest mugolem, brat rok temu skończył Hogwart. Reszta mojego rodzeństwa nadal się tu kręci- uśmiechnęła się lekko, jakby sama do siebie.
      -Lubię wiosnę, i lubię śpiewać. Podobają mi się konwalie, bo rosną w maju. Nie umiem pływać, a latanie na miotle też średnio mi idzie. Dużo czytam, choć nie zawsze to, co przeczytać trzeba. Lubię błękit... - wymieniała nieśpiesznie, urywając, gdy poczuła, że Lucas oparł się na jej ramieniu. Spojrzała na niego kątem oka, uśmiechając się delikatnie. Nie chciała się ruszać, ale kompletny bezruch był niewykonalny.
      -Nie muszę pytać- odpowiedziała cicho. Wystarczyło jej, że słuchał, nawet jeśli jej słowa przemykały tylko przez jego marzenia senne i uciekały mu z głowy. Nie bardzo się kontrolując, postępując pod wpływem odruchu, sięgnęła dłonią i przeczesała delikatnie palcami jego włosy, po czym cofnęła dłoń, czując, że spłonęła rumieńcem.

      Usuń
    6. Nie chciała go pytać... Aż tak mu zaufała?
      - I tak ci odpowiem. - Podniósł do góry dwa palce i jak nadgorliwy pierwszoklasista zaczął wołać - Ja, proszę pani, ja, ja!
      Podniósł wreszcie głowę, wiedząc, że zbyt długie obciążanie ramienia Hanny może się skończyć dokuczliwym bólem, lub, co gorsza, chwilową utratą czucia. Usadowił się wygodnie, krzyżując nogi "po turecku". Siedział teraz naprzeciwko Puchonki.
      - Większość twojego rodzeństwa skończyła już Hogwart - zaczął wymieniać - oprócz jednego brata. Nie lubisz ciepłych pór roku, wolisz zimę, dlatego wychodzisz w lutym bez kurtki na dziedziniec. Unikasz książek jak diabeł wody święconej, a gdy już czytasz, to nic poza lekturami wymaganymi przez nauczycieli. Kolor błękitny przypomina ci niebo, podziwiane podczas długich lotów na miotle. Bardzo dobrze zaznajomiłaś się z olbrzymią kałamarnicą, podczas swoich licznych eskapad na dno jeziora... Coś pominąłem?
      Przekrzywił figlarnie głowę, mrużąc oczy. Parę kosmyków włosów spadło mu na czoło. Dziwnym trafem odgarnęła je dłoń Hanny.
      Przyjemny dreszcz emocji przebiegł mu po plecach, gdy Puchonka włożyła palce w jego czuprynę. Przymknął powieki i podstawił głowę jak szczeniak, którego ktoś drapie za uchem. Po chwili jednak czarownica cofnęła rękę, a on poczuł ukłucie zawodu.
      - Nie musisz się mnie bać - wyszeptał, przysuwając się bliżej. - Nie musisz też unikać mojego wzroku, o, spójrz.
      Delikatnie ujął ją za podbródek i skierował spojrzenie w swoje oczy. Normalnie drażniło go, gdy ktoś tak mu się przypatrywał, ale dzisiaj nie myślał normalnie. Wszystko przesłoniła mu ta niecodzienna relacja z Hanną, tak przepełniona czułością i drobnymi, z pozoru nic nie znaczącymi gestami.
      Nie chciał, żeby ten wieczór się kończył, bo wiedział, że nigdy więcej nie zdobędzie się na taką otwartość i bezpośredniość. Wiedział, że następnego dnia cały czar pryśnie i będą się mijali na korytarzu tak, jak z dziesiątkami innych uczniów.
      Chwilo, trwaj.

      Usuń
    7. Z każdym jego słowem uśmiech na jej twarzy nieco się poszerzał, by w końcu sięgnąć szczerego, beztroskiego śmiechu. I nie śmiały się tylko usta, to głównie oczy błyszczały radością.
      -Wszystko perfekcyjnie pomieszane- odparła wesoło, również przekrzywiając nieco głowę, jakby bawiła się w jego odbicie.
      Gdyby spytać ją co nią kierowało tego wieczoru, nie potrafiłaby znaleźć na to odpowiedzi. Nie wypiła nic, co mogło wydawać się podejrzane, a nie spodziewała się by ktoś cichaczem wlewał uczniom eliksiry do napojów. Było to coś innego, co kierowało jej spojrzeniem, uśmiechem, dłonią, odległością.
      Przez ułamek sekundy poczuła jakby brakowało jej powietrza. Znów poczuła przyśpieszony rytm serca, znów szept, znów odległość tak fascynująco mniejsza.
      -Nie boję się ciebie- szepnęła łagodnie, ale z całkowitą pewnością swoich słów. Przypatrywała mu się tak intensywnie jak jeszcze nikomu w życiu, a jego oczy wydawały się jej w tym momencie najbardziej fascynujące na świecie.
      -Boję się siebie- dodała, mając właściwie na myśli swoją reakcję na jego gesty. To, że patrzyła na niego z tak bliska, nie odrywając spojrzenia, że prawie nie oddychała, że lekko rozchylone usta zdradzały zdziwienie samą sobą.
      Mój Boże, niech to się nie kończy

      Usuń
    8. Doskonale wiedział, że przekręcił każde słowo z jej opowieści. Ale jeśli właśnie to wywołało śmiech Hanny, chciał więcej takich pomyłek, choćby miał wyjść na zupełnego idiotę.
      Gdy drżącymi palcami ujął jej twarz, myślał, że odwróci się, albo, co gorsza ucieknie. Jednak dziewczyna nic takiego nie zrobiła, wręcz przeciwnie, przysunęła się jeszcze bliżej.
      Teraz niemal stykali się czołami, mógł policzyć piegi na jej nosie. Chwila trwała i trwała, jakby nie miała się skończyć, co w sumie było mu na rękę.
      - Nie boję się ciebie.
      Nie? Naprawdę?
      Jak można się nie bać chłopaka, który niczym szalony naukowiec biega z klatkami magicznych stworzeń po zamku, chłopaka, który więcej czasu spędza u gajowego niż w Pokoju Wspólnym?
      - Boję się siebie.
      Siebie? Dlaczego?
      Ta urocza Hannah, zawsze roześmiana i wesoła, służąca dobrą radą i pocieszeniem. Ta Hannah, którą młodsi uczniowie nazywali "ciocią" i lgnęli do niej jak do własnej matki. Ta Hannah miała być straszna?
      - W takim razie chciałbym takiego bogina - wyszeptał Lucas.
      Powoli, acz nieustępliwie, dzieląca ich odległość malała. Teraz naprawdę stykali się czołami. Nie opuścił wzroku, nadal przypatrując się jej hipnotyzującym tęczówkom. Chciał chłonąć ten widok już do końca życia, codziennie, bez przerwy. Głuche odgłosy muzyki w Wielkiej Sali niemal nie dochodziły do tej klasy, pozwalając dwójce Puchonów siedzieć w zupełnej ciszy.
      Lucas nachylił się jeszcze trochę i złożył na ustach dziewczyny delikatny pocałunek, jak muśnięcie skrzydeł motyla. Wystarczyło to jednak, by wargi go zapiekły, jak po zjedzeniu ostrej papryczki. Ale nie chodziło tutaj o nieprzyjemny posmak warzywa.
      Tak działała dziś wieczór na niego Hannah.
      - Wiesz co? - zapytał, w końcu dopuszczając do siebie tę myśl. - Chyba się w tobie zakochałem.

      Usuń
    9. Jego głos, tak niesamowicie czarujący, spojrzenie fantastycznie hipnotyzujące, słowa przyciągające coraz bardziej nie pozwalały jej się ruszyć. Nawet gdyby mogła, gdyby nie czuła, że niemal przyrosła do podłogi, nie chciałaby odejść. Nie teraz, nie dzisiaj, nie w ogóle.
      Nie. Naprawdę
      Można się nie bać chłopaka, który jest sobą, który nie oszukuje siebie, który żyje w zgodzie sam ze sobą, nawet jeśli miałby być kojarzony tylko z chatką gajowego.
      Siebie. Bo nie panuję nad sobą
      Ta wystraszona Hannah, skrywająca pod uśmiechem swoją własną dawkę bólu, nie potrafiąca poradzić sobie z samą sobą. Ta Hannah, która nie wierzyła w siebie. Ta Hannah była straszna.
      Szept
      Ton głosu, który wywołał u niej drżenie serca, sprawiał, że czuła również przyjemne ciepło w jego okolicach. Czy tak można opisać stan zakochania? Czy zakochanie było tak niebezpieczne w swojej niewinności i niewinne, niosąc niebezpieczeństwo zarazem?
      -Obym nigdy nim nie została- odparła szeptem, unosząc leciutko kąciki ust. Kręciło jej się w głowie, jakby jej błędnik oszalał. Nie chciała, by przychodził następny dzień. Jak odnajdą się w boleśnie zwyczajnym świetle dnia?
      Delikatne muśnięcie ust było leciutkie jak dotyk płatków i palące jak płomień. Wywołało przymknięcie powiek, nierówny oddech i niemal natychmiastowe uzależnienie.
      -Chyba oszalałam- szepnęła, przygryzając delikatnie dolną wargę. Położyła delikatnie obie dłonie na jego policzkach, przesuwając po nich miękko palce. Wiedziała, że jej szaleństwo jej nie opuści. Nie chciała zapominać tego, jak teraz się czuła.

      Usuń
    10. Każdy zna to uczucie we śnie, kiedy dzieje się coś cudownego i niezwykłego, coś, co sprawia nam wielką przyjemność, a jednocześnie dobrze wiemy, że ma się niedługo skończyć. Tak właśnie czuł się Lucas, całując Hannę.
      Z początku nawet nie przyszło mu do głowy, że czas będzie dalej płynął, gdy odsunie się od dziewczyny. Ale gdy wkońcu to zrobił, wydało się, że wskazówki żadnego z zegarów nie mają zamiaru się zatrzymać.
      W pierwszym odruchu pomyślał o tym, jak zareaguje czarownica. Zaprotestuje, odepchnie go, a może po prostu uderzy? Z drugiej strony wiedział jednak, że nawet najbardziej siarczysty policzek nie zmieni tego, co do niej czuł, tego, że przez całą swoją hogwarcką "karierę" ukrywał przed samym sobą uczucie, którym ją darzył. Był pewien tego, co robi i nie chciał cofać czasu, by zmienić cokolwiek z tego wieczoru.
      - W takim razie nie mogę cię stąd wypuścić. Szaleńcy podobno są niebezpieczni. - Z powrotem oparł się o ścianę, znów opierając głowę na jej ramieniu. - Oj, Hannah, Hannah... - Zaśmiał się gorzko. - Wiesz, jakim zwierzęciem chciałbym teraz być? Demimozem. Nie musiałbym jutro znosić twojego spojrzenia i równocześnie przypominać sobie, co się zdarzyło.
      Ale czy w ogóle chciałby zapomnieć?
      Zdecydowanie nie. To, że przełamał się przed kimś, dopuszczając go do siebie nawet bliżej niż "bardzo dobrych znajomych" było sukcesem, w dodatku sukcesem tak olbrzymim jak odkrycie dwunastu sposobów wykorzystania smoczej krwi, albo wynalezienie Kamienia Filozoficznego.
      Ale gdy wypowiedział tamte słowa, cały czar wieczoru dla niego prysnął.
      Jutro znów wszystko wróci do normy. Będą się mijać na korytarzu, jak z dziesiątkami innych uczniów, będą wymieniać pojedyncze uprzejmości, nic nie znaczące w porównaniu z tymi wszystkimi drobnymi gestami, wykonanymi tego wieczoru. Nie wiedział co zrobić z tym fantem. Za bardzo dał się porwać nastrojowi balu.
      Oj, Hannah, czemu jesteś taka idealna?

      Usuń
    11. To, że czas i tak idzie swoim nieprzerwanym, brutalnym rytmem, było dla niej w tym momencie tak absurdalne, jak to, że gdzieś na dole istnieje cała masa innych ludzi. Uczniów, którzy bawią się w swój teatrzyk, nie wiedząc nawet jak dramatycznie emocjonalne rozgrywa się scena w sali z fortepianem.
      Czy i ona ukrywała te uczucia przed samą sobą? Tego nie wiedziała. Nie wiedziała również, czy wcześniej Lucasowi zdarzyło się siedzieć w jej głowie, nie potrafiła tego określić. Ale wiedziała na pewno, że wszystko, co dzisiaj miało miejsce, było warte tego mętliku, który miała w głowie.
      -Moje spojrzenie może stać się dla ciebie niewidoczne, jeśli chcesz. Jeśli nie chcesz sobie przypominać- odpowiedziała, dla potwierdzenia swoich słów, odwracając głowę zupełnie w drugą stronę, a jednak pozostając w bezruchu, nie chcąc by przestawał opierać się na jej ramieniu.
      Przygryzła lekko wargę. Jeśli tylko chciał, mogła zniknąć, mogła nigdy więcej nie powiedzieć mu nic poza dzień dobry czy smacznego. Mogła przylgnąć do ściany, by nie musiał przeciskać się koło niej w korytarzu pełnym uczniów, iść innym korytarzem, by nie musiał iść koło niej. Wystarczy tylko słowo, a ona zniknie.
      Przyzwyczaiłam się do znoszenia swojego bólu po cichu
      Nie chciała by podjął taką decyzję. Nie chciała znów niknąć w tonie drobnych, nic nieznaczących gestów, uprzejmości, pustych uśmiechów i sztucznych radości. Ale jeśli będzie chciał, by stali się znów płaskimi postaciami ze szkolnego korytarza... była gotowa jakoś to przełknąć, jakoś to znieść.

      Usuń
    12. Nie chciał, żeby to tak zabrzmiało. Nie chciał, żeby Hannah cierpiała przez parę nieopatrznie dobranych słów. Jej reakcja zupełnie go zaskoczyła. Jednak to, że dziewczyna odwróciła głowę, ale jednocześnie nie zrzuciła go ze swojego ramienia mówiło samo za siebie.
      Ona też nie wiedziała, co myśleć o całej tej sytuacji.
      Z jednej strony Lucas miał ochotę znów spojrzeć w jej oczy, z drugiej wiedział, że zobaczy w nich ból. Z jednej strony chciał, żeby ich relacje pozostały take jak teraz, z drugiej wiedział, że będzie to bardzo trudne do wykonania. Z jednej strony kochał ją i chciał być kochany, ale z drugiej strony wiedział, że nigdy do tego nie dojdzie.
      Pierwszy raz w życiu musiał dokonać zmagać się z tak poważną sytuacją.
      - Hannah, dobrze wiesz, że nie chodziło mi o to. - Znów sciszył głos do szeptu; jakikolwiek inny dźwięk zaburzyłby jego tok myślenia. - Po prostu wydaje mi się, że powiedziałem za dużo.
      Znów podniósł głowę i znów usiadł naprzeciw niej. Kolejny raz pogłaskał ją po policzku, zmuszając do spojrzenia na niego.
      - Powiedzmy sobie szczerze: masz chłopaka, prawda? Zachowałem się niewłaściwie, całując cię przed chwilą. Ale, na Merlina, nie mogłem inaczej.
      Chciał, żeby rozmawiała z nim, ale nie jak z każdym innym. Chciał, żeby mijając ją na korytarzu, mógł zawrócić i zobaczyć ten piękny uśmiech, te zielone oczy. Nie była dla niego płaską postacią ze szkolnego korytarza. A już zdecydowanie nie mógł pozwolić jej cierpieć.

      Usuń
    13. Wiedziała, że to nie słowa będą ją ranić, a cisza. Milczące spojrzenie, błyskawicznie rosnąca odległość, która stopniowo, choć w sposób nieunikniony zmniejszała się tego wieczoru. Czuła, że gdy wstanie słońce, stanie nad przepaścią i będzie musiała zdecydować, czy się cofnąć, czy zamknąć oczy i skoczyć.
      Już teraz, choć dotykał jej policzka, czuła się jakby coś wymykało jej się z rąk. Coś, co jeszcze przed paroma chwilami szczęśliwie trzymała w dłoniach, jakiś rodzaj emocji, jakieś odczucie, które wypełniło pewien brakujący fragment. A teraz rozglądała się, szukając rozpaczliwie, jak drobnego, zgubionego kolczyka.
      Mam, nie mam, mam...?
      -Ten rodzaj nieobecnej obecności boli niesamowicie...- przyznała cicho, również przed samą sobą. Ethana nie było praktycznie w jej życiu. Jaką rolę pełnił? Kim był?
      -I świadomość, że kłamię, okropnie kłamię. On nic nie wie, niczego nigdy się nie dowie, a ja jestem zupełnie sama z tym, co dzieje się tutaj, z tym co dzieje się z moją rodziną, z mugolami...- głos drżał jej okropnie, choć starała się zachować spokój. I znów patrzyła na niego, tak rozpaczliwie szukając czegoś w jego oczach. Czekając na zrozumienie.
      Lucas, czemu ty jesteś taki kochany?

      Usuń
    14. Patrzyła na niego, to fakt. Ale nie tym samym spojrzeniem, którym obdarzała go jeszcze parę minut wcześniej.
      Zepsułeś, Roy, jak zawsze wszystko zepsułeś.
      Nie wyczuł chłodu, w jej głosie, kiedy mówiła to wszystko, wyrzucała z siebie swoje żale. Bardziej słyszalne było drżenie, tak cienką granicą oddzielającą Hannę od płaczu. Musiał teraz być przy niej, musiał zaczekać aż się uspokoi. Nie mógł zostawić jej samej, zwłaszcza po tym, co zrobił.
      Twoja wina, twoja bardzo wielka wina...
      Czuł się obarczony ciężarem jej sekretu, choć pocieszała go myśl, że powierzyła go właśnie jemu. Spoglądała na niego, szukając otuchy? Zrozumienia? Pocieszenia? Miał ochotę odpowiedzieć jej, że nawet raczony kłamstwami, jak to ujęła, byłby szczęśliwszy na miejscu jej chłopaka niż tutaj, siedząc z nią i wiedząc, że w niczym nie może pomóc. Może jedynie pogorszyć całą sprawę.
      - Nie kłamiesz. - Dalej szeptał, nie potrafiąc podnieść głosu. - Hannah, co jak co, ale tak dobra osoba nie potrafi skłamać. Przecież nie mówiąc mu niczego i nie afiszując się z tym, że jesteś w niemagicznym związku tylko go chronisz. Pomyślałaś kiedyś o tym?
      Jeśli ona się nie uśmiechnie, pęknie mu serce.

      Usuń
    15. Miała dziwne wrażenie, że mimo obecnego teraz ciężkiego uczucia w sercu, z każdym słowem było jej lżej. Jakby koleje tych wydarzeń, pozornie destrukcyjne, leczyły jakoś jej popękane serduszko.
      Nie niszczył. Budował coś nowego, coś, czego Hannah jeszcze dzisiaj rano nie znała. Nawzajem układali klocki, tworząc skomplikowaną budowlę. I nawet, jeśli postanowią ją zniszczyć i zapomnieć, że w ogóle istniała, i tak każde z nich będzie do niej wracało, by znów wziąć w dłoń elementy układanki.
      To już ruszyło, nie zatrzymasz tego
      Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Po tym wszystkim co powiedziała, mimo tego, co o niej wiedział, mówił do niej, jakby była idealna. Nie mieściło się jej to w głowie. Co powinna zrobić?
      Spojrzała na niego z pomieszaniem ulgi i rezygnacji. Uniosła leciutko kąciki ust w bladym uśmiechu.
      -Żeby całkowicie go chronić musiałabym całkowicie zerwać z nim kontakt, co.... - co powoli następuje, prawda? Kiedy ostatni raz pisał? Kiedy ostatni raz prosiłaś mamę by go pozdrowiła? Kiedy ostatni raz go widziałaś?
      -Dziękuję ci, Lucas- szepnęła, uśmiechając się lekko, choć smutno. Jeszcze nie do końca zdawała sobie z tego sprawę, ale powoli docierała do niej delikatna myśl co powinna zrobić. Co chciałaby zrobić. Niewiele myśląc teraz o tym, czy dostanie na to przyzwolenie, objęła chłopaka ramionami za szyję i przytuliła się, chowając twarz, jakby miało to pomóc w ucieczce przed nadciągającym złem.

      Usuń
    16. Hannah, no dalej, uśmiechnij się.
      Zrozumiałby, jeśli dziewczyna znów odwróciłaby wzrok. Nie był dobry w pocieszaniu i nie oczekiwał fanfar czy owacji za to, co powiedział.
      Gdy objęła go za szyję i wtuliła twarz w ramię, niemal całkowicie zesztywiał. Znów czuł ciepło, bijące z jej ciała, jej dotyk, jej bliskość. Kosmyk włosów, wymykający się potajemnie z misternej fryzury, łaskotał go w policzek.
      Powoli uniósł ręce i pogłaskał ją po głowie. Cieszył się z tej reakcji. I choć pewnie dla niej był to zapewne zwyczajnie przyjacielski gest, wyraz wdzięczności, to on był szczęśliwy, że może trzymać ją w objęciach.
      W tę jedną noc Lucas pokazał swoje inne, może prawdziwe oblicze. Zniszczył bańkę ochronną, którą otaczał się od trzeciej klasy, gdy pierwszy raz zdał sobie sprawę z tego, ile znaczy dla niego Hannah.
      Nie dać się zranić, to główny cel.
      Nikomu nie pozwalał poznać siebie bliżej, nikogo nie chciał poznawać. Czułby się nie fair w stosunku do przyjaciół, jeśli nie potrafiłby wyjawić im wszystkiego o sobie. A jedyną osobą, wobec której zdobyłby się na taką szczerość była właśnie ona.
      W czym tkwiła jej wyjątkowość? Dlaczego to ona, a nie jakakolwiek inna osoba sprawiła, że zupełnie stracił swoje zwyczajne opanowanie, zamiast tego kierując się uczuciem? Jak to możliwe, że spośród tylu dziewczyn w Hogwarcie jego serce biło mocniej tylko na widok tej jednej?
      Nie wiedział. Nie potrafił odpowiedzieć na żadne z tych pytań.
      W tej chwili liczyło się dla niego tylko to, że siedział z nią w jednej klasie, że mógł ją pocieszyć, że dzięki niemu nie płakała.
      Będę przy Tobie zawsze, Hannah, nawet, gdy o mnie zapomnisz.

      Usuń
    17. Jedną, krótką chwilę się wahała. Nie wiedziała, czy się nie cofnąć, czy nie zdjąć ramion z jego barków i nie uciec z pustej klasy. Nie dlatego, że tego chciała, ale dlatego, że Lucas przez krótką chwilę zdawał się nie reagować. Przez ułamek sekundy poczuła, jakby między nimi już znajdowała się szyba, pozwalająca patrzeć na siebie do woli, ale zabraniająca jakiegokolwiek zmniejszenia dystansu.
      Wystarczył jeden ruch ręki. Delikatny dotyk utwierdził ją w przekonaniu, że powinna była zrobić to, co przed chwilą zrobiła. Przymknęła oczy, oddychając z ulgą, jakby z jej serca spadał wielki ciężar. Czemu tylko on potrafił sprawić, że czuła się tak wolna od lęków? Nieznaczny, ale tak wiele znaczący dotyk sprawił, że Hannie przebiegł dziwnego rodzaju dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Przyjemny dreszcz.
      Otworzyła oczy, jakby nagle coś do niej dotarło. Jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z jego wcześniejszych słów. Jej dłoń zacisnęła się delikatnie na materiale jego koszuli, druga wślizgnęła się bezczelnie w jego włosy, łaskocząc kark. Zakochałem się
      Ktoś darzy ją najmocniejszym uczuciem, jakiego kiedykolwiek doświadczyła. Czy ktokolwiek, kiedykolwiek wcześniej jej to powiedział? Zakochałem się. To wydało się jej najpiękniejszym stwierdzeniem na świecie.
      Powoli odsunęła się od niego na niewielką odległość, patrząc na Lucasa wielkimi oczami. On darzy ją jednym z najważniejszych ludzkich uczuć.
      -Nie chcę żebyś czuł ból- szepnęła tak cicho, że ledwo sama siebie usłyszała - Nie przeze mnie. Nie w ogóle.
      Zakochałam się?

      Usuń
    18. Chwila, w której Hannah wtuliła się w jego ramię trwała i trwała, a on znów nie chciał, by to się kończyło. Trzymał w ramionach najważniejszą osobę na świecie - a na pewno w Hogwarcie - i był w związku z tym szczęśliwy. Zwyczajnie, po ludzku szczęśliwy.
      Poczuł, jak dziewczyna wplata palce w jego włosy i zaciska dłoń na koszuli. Zanurzył twarz w jej brązowych lokach, rozkoszując się ich zapachem.
      Zakochał się, więc... Więc co? Więc nie mógł pozwolić nikomu jej skrzywdzić. Więc nie mógł pozwolić, by została sama. Więc musiał dopilnować, że będzie się już zawsze uśmiechać.
      Gdy czarownica odsunęła się od niego, poczuł ukłucie żalu. Może inaczej by było, gdyby wytrwali w tym uścisku jeszcze chwilę, a tak Lucas upewnił się, że ona traktowała to tylko jako platoniczny gest, tak różny od wszystkich, którymi on obdarzył ją tego wieczora.
      Hannah siedziała naprzeciw i patrzyła na niego wielkimi, zielonymi oczyma. Wyglądała w tej chwili tak rozczulająco i bezbronnie, że miał ochotę znów wziąć ją w ramiona, by bronić ją przed wszechobecnym złem. Wziąć w ramiona i nie puszczać, już nigdy w życiu.
      Na jej słowa tylko się zaśmiał się cicho. Cicho i gorzko.
      - Nie będzie mnie boleć.
      A przynajmniej nie na tyle, żebym się skarżył.
      - Nie będę cierpiał przez ciebie.
      Bo będę cierpiał przez siebie
      Gdyby tylko mógł cofnąć czas, gdyby tylko nie pozwolił sobie na ukrycie uczucia i zapomnienie o nim, gdyby tylko zdobył się na taką odwagę, by w czwartej klasie zabrać ją do Hogsmeade albo gdziekolwiek indziej.
      Ale nie da się przesunąć wskazówek zegara i równocześnie oczekiwać, że wszystko co się stało odejdzie w niepamięć.
      Sam nawarzył tego eliksiru i musiał go wypić.
      Uśmiechnął się blado, próbując przekonać bardziej siebie niż Hannę o szczerości swoich słów.
      - Wszystko będzie w porządku, obiecuję.

      Usuń
    19. Gdyby wiedziała ile szczęścia może przynieść jeden gest, tak słodki i przynoszący ból zarazem, prawdopodobnie nigdy nie puściłaby tak kurczowo trzymanej koszuli i nie przestałaby wplatać palce w jego włosy.Gdy poczuła jak Lucas chowa twarz w jej kosmykach, coś, czego określić nie potrafiła, ścisnęło ją w okolicach serca.
      Będąc dziwnie spokojną, zapominając o wszelakich rozterkach, jednocześnie nie potrafiła poradzić sobie z nieznanymi jej wcześniej emocjami. Dzięki niemu nie czuła się samotna, dzięki niemu się uśmiechała, dzięki niemu ten uśmiech był prawdziwy.
      Jego cichy śmiech, tak gorzki, sprawił że zakuło ją serce. Już wiedziała, że pod jego słowami będzie kryło się coś ponad to, co będzie słychać.
      Nie można było cofnąć czasu, to, co się stało, było nieodwracalne, a konsekwencje podjętych decyzji trzeba było ponieść. Hannah doskonale o tym wiedziała i patrzyła teraz na Puchona uważnie, jakby chciała odgadnąć, co może kryć się za obietnicą. Na pewno nie była fałszywa, ale czarownica wyraźnie dostrzegała pewien dysonans.
      -To nie on jest teraz w moim sercu- powiedziała w końcu, przyglądając się Lucasowi uważnie. Może nie powinna była tego mówić, może nie powinna była tak stwierdzać, zanim nie rozwiąże tej sytuacji, ale czuła, gdzieś głęboko w sercu, że musi to powiedzieć. Musi być szczera ze sobą i z Lucasem

      Usuń
    20. Uważne spojrzenie przepełnionych empatią oczu zupełnie go sparaliżowało. Nie potrafił poruszyć żadnym mięśniem, choć każda komórka jego ciała wołała, żeby coś zrobił. Cokolwiek, byle nie siedzieć i czekać na jej odpowiedź, zapewne zupełnie inną od tej oczekiwanej.
      Słowa wypowiadane przez Hannę dotarły do niego dopiero po pewnym czasie, jakby na moment ogłuchł. To nie on jest teraz w moim sercu. Nie on? Ale kogo miała na myśli, mówiąc on?
      Ethana, pozostawionego w mugolskim świecie? Ethana, nic nie wiedzącego o jej wewnętrznych rozterkach, o problemach z jakimi się borykała? I wreszcie: Ethana, będącego dla niej zapewne całym światem, tak jak ona w tej chwili dla Lucasa?
      A może chodziło jej o Lucasa, siedzącego przed nią i starającego się, żeby nie płakała? O Lucasa, będącego dla niej właściwie do dzisiaj nikim? O Lucasa, nie umiejącego zrozumieć własnych uczuć, żyjącego tyle lat w kłamstwie?
      Bo jak inaczej można nazwać fakt, że nie zagadał wcześniej do Hanny, chcąc ją choć trochę poznać? Bał się odrzucenia, to prawda. Jednak zawsze istniała spora szansa, że to odrzucenie nie nastąpi.
      Może gdyby od początku zawalczył o tę miłość, gdyby od początku pozwalał sobie na okazywanie swojej sympatii do Hanny wszystko potoczyłoby się inaczej.
      Nigdy nie wiemy, co by był gdyby mawiał Aslan, bohater książki, którą rodzice czytali jemu i jego bratu za dawnych, dziecięcych lat. On też nie wiedział, co by było gdyby wtedy się przełamał. Ale teraz musiało się stać albo jedno, albo drugie.
      Albo zostanie odrzucony, albo Hannah przyjmie jego miłość, pełną niedoskonałości i niedociągnięć, rozpaloną na nowo, po tylu latach, przez jeden pocałunek.

      Usuń
    21. Cały czas miała w głowie myśl, że nie powinna wspominać Ethana przy Lucasie, że nie powinna mówić tego, co leżało jej na sercu, co właśnie rodziło się w jej głowie, co było zaledwie zalążkiem myśli, pomysłu, idei, uczucia?
      Miała na myśli, oczywiście, Ethana, który nie mógł przy niej teraz być. Może i chciałby przy niej być, ale to było niewykonalne, a może i znalazł sobie mugolkę, z którą o wiele łatwiej się dogadać, niż z zagadkową Hannah. Ethana, który nie mógł być częścią jej świata, Ethana, który nie mógł być całym światem, nie będąc przecież jego częścią.
      Nie miała na myśli Lucasa, który całe serce wkładał w jej poczucie bezpieczeństwa, który był w stanie porzucić własne szczęście w oczekiwaniu na radość Hanny. Lucas, który nagle zaczął być kimś, który nie potrafił zrozumieć siebie zupełnie jak ona i, który obwiniał siebie o życie w kłamstwie zupełnie jak ona.
      -Nie ma go przy mnie... Nigdy nie będzie- powiedziała cicho, jakby nieśmiało, czując, że powinna jakkolwiek wyjaśnić swoje słowa.
      -To ty jesteś obok, gdy tego potrzebuję- dodała, ostrożnie, gubiąc się we własnych słowach. Spojrzała na niego, uśmiechnęła się chyba najpiękniej jak potrafiła. Jej dłoń odruchowo wylądowała na jego policzku, wędrując po nim najdelikatniej jak potrafiła. Jej serce ruszyło, niewzruszone od tak dawna. Dopiero dziś, łomoczące jak oszalałe, dawało wyraz rodzącemu się uczuciu, Patrząc mu w oczy, nie wiedziała zupełnie, co mogłaby zrobić. Niewiele myśląc, podążając za nagłym impulsem wywołanym wcześniejszymi, poważnymi przemyśleniami, nachyliła się nieco i zupełnie znienacka, nagle i niespodziewanie złączyła swoje usta z wargami Lucasa.

      Usuń
    22. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    23. [Przepraszam za błędy w powyższym: późna godzina, dużo alkoholu i poduszka wołająca "chodź spać!" :P]

      Usuń
    24. Szczerze powiedziawszy, nie do końca zrozumiał sens wypowiedzi Hannah. Nie potrafił nic powiedzieć, czekał aż czarownica wyjaśni swoje słowa. Jej cichy głos, prawie niesłyszalny, wypełniał mu głowę, sprawiając, że zapominał o całym świecie, o pozostawionych w Wielkiej Sali uczniach, bawiących się pewnie w najlepsze, o rodzicach, wychwalających teraz Jasona, jak to mieli w zwyczaju, o wojnie, rozgrywającej się w świecie czarodziejów, o magii.
      Bo jedyną magią był teraz dla niego jej głos, brzmiący piękniej niż najlepszy instrument, układający własną melodię, gdy wypowiadała kolejne słowa.
      Gdy dziewczyna położyła dłoń na jego policzku, przesuwając po nim palcami przymknął oczy. To, co przed chwilą powiedziała, było najlepszym prezentem na świecie, jedynym prezentem jaki dostał kiedykolwiek na Walentynki. Nawet nie zauważył, gdy przysunęła się bliżej, poczuł tylko zapach jej perfum, będących w tej chwili najpiękniejszym zapachem na świecie.
      Po chwili jej usta przywarły do warg Lucasa, tak niespodziewanie i nagle, że niemal odskoczył. Nie spodziewał się takiego gestu z jej strony. I choć wydawałoby się, że przyjął to spokojnie, jakby spodziewając się tego ruchu, to wewnątrz siebie bił się z myślami.
      Było mu dobrze, gdy odwzajemnił jej pocałunek, czuł się, jakby wreszcie odnalazł swoje miejsce na tym świecie. Ale z drugiej strony miał wątpliwości. Czy powinien jej na to pozwolić? Jeśli przez to posunięcie miała stanąć przed okropnym wyborem, wyborem między dwiema osobami, wolał tego uniknąć.
      Powoli, ale zdecydowanie, z największą delikatnością na jaką mógł się zdobyć odsunął ją od siebie. Spojrzał w jej oczy, tak piękne, zielone i błyszczące. Nie potrafił z nich nic wyczytać, tak samo jak ona nie potrafiła rozszyfrować tej wewnętrznej walki, jaką toczył ze starym Lucasem, nadal siedzącym wewnątrz jego jaźni.
      Złapał za zsuwającą się z jej ramion marynarkę i poprawił jej ułożenie. Wyglądała uroczo, w za dużym okryciu i brzoskwiniowej, balowej sukience. Nie mógł oderwać od niej wzroku.
      - Jesteś pewna, że chodzi ci o mnie?
      Nie oczekiwał potaknięcia, ale zaprzeczenia też nie chciałby usłyszeć. Chwila, w której formułowała odpowiedź wydawała się dłużyć w nieskończoność, ale Lucasowi to nie porzeszkadzało. Im dłużej czekał, mógł siedzieć tutaj z nią, tym lepiej. Nie był pewien, czy w ogóle chciał usłyszeć to, co miała mu do powiedzenia.

      Usuń
    25. Miała wrażenie, jakby tkwiła gdzieś poza czasem i przestrzenią. Jakby nie istniała wojna, a tylko ta sala z fortepianem, jakby nie czuła na swoich ramionach ciężaru opieki nad rodzeństwem, a delikatny dotyk dłoni Lucasa, jakby nie żyła w lęku o swojego ojca - mugola i brata - bojownika o sprawiedliwość, a w poczuciu, że jest tu, gdzie być powinna.
      Nie wiedziała, czy dobrze zrobiła, wiedziała jedynie, że nie będzie, na pewno nie będzie czuła żadnych wyrzutów sumienia. Może nie powinna była, ale wolała żyć w głębokim przekonaniu, że ten pocałunek, jak i poprzedni, były czymś prawdziwym, wynikającym z potrzeby bliskości drugiego serca.
      Poczuła lekkie ukłucie żalu, gdy odsunął ją od siebie, choć przecież widziała, że chciał spojrzeć jej w oczy. Czemu tak bardzo w siebie nie wierzysz? Opuściła wzrok, przygryzając wargę, jakby chciała zatrzymać na ustach uczucie sprzed kilku sekund.
      -Przepraszam- szepnęła, słysząc wątpliwość w jego głosie. Nie mogła się dziwić, choć z całego serca chciałaby by ta sytuacja była prostsza.
      -Nie mogę otwierać kolejnego rozdziału w życiu, nie zamykając poprzedniego- dodała, gdy do jej świadomości coraz bardziej docierała informacja, że nie postąpiła w porządku wobec nikogo.
      Hannah, naprawdę jesteś okropna
      -Ale go zamknę- powiedziała zdecydowanie pewniej, zaciskając drobne dłonie w pięści. Tak będzie lepiej, dla wszystkich. Dla Ethana, bo zmniejszy się zagrożenie dla jego życia, gdy ograniczy do minimum kontakty z czarownicą, dla Lucasa, którego po prostu nie mogła tak zapomnieć, zostawić, i dla niej samej, by żyć w zgodzie z własnym sercem.

      Usuń
    26. Gdy tylko dziewczyna wypowiedziała pierwsze dwa zdania, coś jakby w nim pękło. Przepraszała? Ale za co?
      Na pewno nie za ten wieczór, cudowny i jedyny w swoim rodzaju, pozwalający Roy'owi na odkrycie swoich uczuć i pokazujący jego prawdziwą naturę. Na pewno nie za to, że był tchórzem, cholernym tchórzem, mającym szczęście całego świata skumulowane w jednej osobie, będące na wyciągnięcie ręki, po które nie potrafił sięgnąć. Na pewno nie za to, że przez niego musiała dokonać wyboru, wyboru, przed którym Lucas nie chciałby nigdy stanąć, a sam postawił przed nim najważniejszą osobę na świecie.
      Nie mogę otwierać kolejnego rozdziału w życiu, nie zamykając poprzedniego.
      Rozumiał ją. Rozumiał to, że nie chciała zostawić Ethana, tylko i wyłącznie kierując się impulsem tej nocy. Rozumiał, że nie mogła pozwolić sobie na coś nowego, żyjąc jednocześnie tym starym. Czarodziej już dawno pogodził się z tym, że zawsze jest na drugim miejscu, wiecznie niedoceniony i zapomniany, dlatego jej kolejne słowa go zszokowały.
      Ale go zamknę
      Czyli... Czyli jednak? Czyli odwzajemniała jego uczucie? Czyli nie pozwoli mu być przy swoim boku tylko i wyłącznie w otchłani friendzone, tak strasznej perspektywy w porównaniu z tym, co się dzisiaj działo?
      Jakby nie zupełnie panując nad tym, co robi, wyciągnął przed siebie ręce i objął Hannę, znów zanurzając twarz w jej włosach.
      - Kocham cię - wyszeptał. - Kocham, kocham, kocham.
      Jedno zdanie, które było w tym momencie najważniejszym na świecie. Dwa słowa, kryjące w sobie więcej treści niż jakikolwiek wiersz, jakakolwiek oda, pisana do ukochanej. Dziewięć liter, będących tymi najważniejszymi z dwudziestu sześciu znaków alfabetu.
      Kocham Cię.

      Usuń
    27. Wypowiadając te słowa, przyglądała mu się, jakby chciała wyczytać w jego oczu emocje związane z tym, co mówiła. W pierwszej chwili dziwna zmiana w oczach, jakby cień przemykający po twarzy, utwierdził ją w przekonaniu, że nie może, nie chce trzymać go dłużej w niepewności.
      Była ciekawa jego myśli, chciała wiedzieć co oznaczała ta zmiana na jego twarzy. Nie wiedziała, że Puchon tak bardzo się lęka, nie miała pojęcia, że coś powstrzymywało go od wyciągnięcia ręki i wyszarpnięcia od losu swojego szczęścia. Niektórzy pewnie z całą bezczelnością walczyliby o spełnienie swoich marzeń. On tego nie robił, godził się na ewentualną porażkę. Zupełnie tak, jak ona
      Jak mogłaby o nim zapomnieć? Jak mogłaby nie docenić tego, że patrzy na nią jak na ósmy cud świata? Że widzi w niej swoje szczęście?
      Oczywiście, lękała się. Bała się uczucia, którego nie znała do tej pory, bała się, że bliskość, której nie zna nagle ją przerazi. Ale jednocześnie czuła gdzieś głęboko, że Lucas jest w stanie uciszyć jej lęki. Tak jak robi to teraz
      Przez krótką chwilę nie wiedziała co ma zrobić. Jakby jego reakcja zabrała jej oddech na kilka krótkich milisekund. Opamiętała się, również wyciągając ramiona, by objąć Puchona. Zacisnęła powieki, z każdym Kocham wtulając się mocniej w jego ramię.
      Chyba zakręciło się jej w głowie, chyba nie siedziała na podłodze, chyba nie była w szkole. Wszystko wydawało się tak niesamowicie nierealne. Jej dłonie zaciśnięte na jego koszuli, jego ręce obejmujące jej ramiona, jej nierówny oddech, jego twarz, schowana w jej włosach, jej usta tuż przy jego uchu.
      -Zakochałam się. Bez pamięci- szepnęła, choć czuła, że głos jej drży.

      Usuń
  6. ODPIS W SPRAWIE MĘTLIKU, CZYLI DO JO, BEN'A I DREW

    Chan stała i czekała. Nie odezwała się nawet słowem, jedynie bacznie obserwowała wszystko zza ramienia Ben'a. Nie chciała się wtrącać, ale też nie chciała zostawiać Ślizgona. Jeżeli zabił, to oznacza, że jest zdolny do wszystkiego. Jak ona.
    Najbardziej szkoda było jej owej dziewczyny. Nie znała jej imienia, ale gdyby mogła wyprowadziłaby ją stąd po prostu, a sama rozstawiła obu po kątach. Westchnęła, kiedy ciemnowłosa próbowała ich uspokoić, jednak to już było za późno. Za późno na jakiekolwiek słowa, od teraz Chantelle wiedziała, że będzie liczył się czyn.
    Zdanie Drew nie tylko Ben'a wprawiło w złość, blondynkę również. Czy ktoś ma prawo oceniać, kto na kogo zasługuje? Jednak Ślizgon nie był tak bardzo opanowany jak Chan. Doszedł do chłopaka i przystawił mu różdżkę do gardła. Blondynka przygotowała i swoją, która zgrabnie wyślizgnęła się jej z rękawa. Złapała ją i mocno ścisnęła. Dopóki żadne zaklęcie nie padnie i ona jej nie użyje. Lecz chwilę później trysnęła woda, powodując, że Ben cofnął się pod ciśnieniem cieczy. Reakcja Chantel była natychmiastowa. Przed nią wytworzyła się pewna bariera, która po czasie objęła również i Georgijewa. Nic to jednak nie dało, bo chłopak i tak cały już był mokry. W końcu woda opadła, a dziewczyna stała z wymierzoną w Krukona różdżką. Ben był kimś jej bliskim mentalnie, dlatego też jako Gryfonka stanęła po jego stronie.
    - Nie przesadzasz aby za trochę, Burrymore? - warknęła i jak szybko opuściła rękę, tak i podeszła do Ben'a. Cała ta sytuacja nawet nie powinna się zdarzyć, to był Bal Walentynkowy, a nie konkurs pod tytułem "Zdobędę Twoją dziewczynę". Z podniesioną głową czekała na kolejny ruch drugiej strony, a przez myśl przeszedł jej pomysł, by nawet zabrać różdżkę Ślizgonowi. Trudno, najwyżej będzie musiała potraktować go jakimś zaklęciem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Josephine stała kompletnie zdezorientowana pośrodku parkietu, nie potrafiąc się ruszyć z miejsca. W ogóle nie wiedziała co się dzieje.
      Najpierw Drew rzucił tę głupią uwagę, na kogo zasługuje, a na kogo nie, co wywołało natychmiastową reakcję Benjamina. Po chwili Krukon miał już wciśniętą w gardło olszową różdżkę, a Ślizgon dyszał z wściekłości, zdlony do wszystkiego.
      Drew zachował spokój, zupełnie niepasujący do osoby, nad którą zawisła groźba porażenia jakimś potężnym zaklęciem, ba, udało mu się nawet zażartować. Odrzucił Bena do tyłu strumieniem wody. Wtedy do akcji wkroczyła Chantelle.
      Nieoczekiwane podniesienie bariery ochronnej widocznie wybiło obydwu panów z równowagi. Każdy chciał pokazać, że jest lepszy od drugiego, a ta Gryfonka im przeszkodziła. W końcu Ben wyrwał się spod działania jej zaklęcia ochronnego i ruszył w stronę pary Krukonów. Drew nie pozostał mu dłużny.
      Posypały się oszałamiacze, rozbrajacze i inne "acze". Josephine stała bez ruchu, nie wiedząc co zrobić. Dwie najważniejsze dla niej osoby walczyły ze sobą zażarcie, nie zwracając uwagi nawet na poruszenie wśród grona nauczycielskiego i tłumu uczniów. W końcu Hawkins odważyła się coś zrobić.
      Z nadzwyczajną pewnością siebie wbiegła między czarodziejów, odgradzając ich tym samym od siebie. Momentalnie przestali rzucać zaklęcia, bojąc się ją zranić.
      - Jeśli któryś z was wypowie chociaż słowo, to przysięgam, nie odezwę się do obydwu do końca życia.
      W tym momencie odbite od żyrandola czar spowolnienia uderzył ją w plecy. Zachwiała się i przewróciła. Ostatnie, co usłyszała, to dwa głosy, wołające jej imię.

      Usuń
    2. Stały bywalec wszelakich imprez, tych bardziej i mniej oficjalnych, mógł podzielić takowe na dokładnie dwie części. Przed wydarzeniem wieczoru i po owym wydarzeniu. Zazwyczaj jednak nie było to nic, co zostało zaplanowane przez organizatorów przedsięwzięć, wręcz przeciwnie: sytuacje te znajdowały się na samym szczycie czarnej listy wypadków, do których nie można dopuścić. To, że bez względu na starania i tak się działy, to już całkiem inna para kaloszy. W szczególności, jeśli chodziło o pragnącą się wyszumieć młodzież.
      Bastek nie miał nic przeciwko; bywał świadkiem walk kompletnie nawalonych dziewczyn o chłopaków, jakąś wyimaginowaną obelgę, a nawet o głupią szminkę. Natomiast na zeszłorocznym balu Halloweenowym, co urosło już do miana legendy, jakiś uczeń po zażyciu małego co-nieco kompletnie zdziczał i zmienił kilkanaście osób w dynie.
      Mimo tych wszystkich dramatów, zazwyczaj bywało sympatycznie i nikt nie narzekał.
      O ile nie dostało się zaklęciem w plecy.
      White miał to nieszczęście, że stanął dokładnie na trajektorii lotu zaklęcia, które miało go rozbroić. A że nie miał nawet różdżki w dłoni, skończyło się na serii bardzo nieprzyjemnych prądów, przechodzących wzdłuż każdego nerwu, co przypominało spotkanie pierwszego stopnia z krzesłem elektrycznym.
      Kiedy uczucie minęło, kompletnie zdezorientowany, ogarnięty wściekłością obrócił się na pięcie i jego wzrok uświadczył całkiem interesujący widok dwójki uczniów, walczących ze sobą w pojedynku. Nie mógł poznać tożsamości osoby stojącej bliżej niego, która była obrócona plecami, natomiast tego drugiego pojedynkowicza znał aż za dobrze.
      Pieprzony Drew sukinkot Burrymore.
      Dłonią wymacał różdżkę w kieszeni i kurczowo zacisnął ją wokół kawałka drewna, jednocześnie przebijając się przez tłum w kierunku bruneta. Zdążył zarejestrować jedynie obecność jakichś dwóch dziewczyn, zanim skoczył w stronę chłopaka, żeby krótkim zamachnięciem zostawić na jego oczodole fioletowy ślad po uderzeniu pięści.
      - Masz szczęście, że trafiłeś akurat mnie - wysyczał, podchodząc bliżej chłopaka i przystawiając mu różdżkę do gardła. Gdyby Walker, która akurat z nim tańczyła znalazła się na linii zaklęcia, White prawdopodobnie nie cofnąłby się przed niczym.

      Usuń
    3. Cały mokry i wściekły Benjamin stanął naprzeciw Drew, za którego plecami schowała się Jo. Chan wytworzyła między nim, a parą Krukonów jakąś magiczną barierę, ale rozzłoszczony do granic możliwości Georgijew nawet tego nie zauważył, dosłownie rzucając się na Burrymore'a.
      Zaklęcia, jakie oboje rzucali, sprawiały że najbliższa wolna przestrzeń zaroiła się od kolorowych smug światła. Może i dodawało by to uroku mdłemu wystrojowi sali, gdyby nie to, że paru uczniów zdążyło już ucierpieć w skutek rykoszetów, jakie walczący rzucali na siebie.
      W pewnym momencie Benjamin stracił gdzieś swoją różdżkę. Nieco przerażony, ujrzał ją w rękach Drew, szczerzącego zęby w wariackim uśmiechu.
      Usłyszał czyjś krzyk. Kątem oka zarejestrował, że mina Chan diametralnie zmieniła się z oburzonej w przerażoną.
      Kolejne wydarzenia potoczyły się tak szybko, że nawet nie wiedział, co się dokładnie wydarzyło.
      Jo leżała na podłodze. Wyglądała na nieprzytomna, ale serce stanęło Ben'owi w piersi, na myśl że może być inaczej. Aż tak nie utracił samokontroli!
      Na Drew rzucił się jakiś chłopak, zresztą prawdopodobnie Krukon, Ben ledwie kojarzył go kojarzył. Chwilowa radość na widok podbitego oka Drusia minęła, gdy ponownie odwrócił się do Jo, nad którą klęczała Chantelle.
      Wokół nich zgromadził się spory tłumek gapiów, ale nie zważał na to.
      Zachował się bardzo głupio, zamiast podbiec do Jo, skoczył do Drew i tego drugiego, wbijając pięść w brzuch Burrymore'a.
      W otępiałym mózgu kołatała mu się jedna myśl: "Jeżeli jej się coś stało..."
      Nie daruje sobie. Drew też, ale przede wszystkim sobie.

      Usuń
    4. I nie zdążyła go złapać za rękę. Ben ruszył przed siebie, a różne kolory zaklęć zaczęły oświetlać tę część Wielkiej Sali. Chan pokręciła głową, ale uważnie przyglądała się każdej barwie. Miała w sobie pewien niepokój, że w pewnym momencie ujrzy zieleń. Tak bardzo znaną jej i Ben'owi.
      I wtedy wszystko potoczyło się tak szybko. Jedyne, co Chantelle zdążyła zarejestrować, to leżąca Jo. Gdyby nie to, że była ona na terenie, gdzie trafiały zaklęcia najprawdopodobniej mniej by się przejęła. Nie patrząc, no to co się dzieje wokół dobiegła do niej i nachyliła się nad nią. Przez myśl przeszedł jej straszny obraz, który już raz w swoim życiu widziała. Otwarte oczy, które zupełnie nie wyrażały nic. Nie ruszająca się klatka piersiowa i cisza. Dziewczyna jednak miała przymknięte powieki, a jej skóra nie była tak blada, jak po zaklęciu niewybaczalnym. Chan odetchnęła z ulgą i złapała ją za rękę. Podniosła głowę, widząc jak na Drew rzuca się jeden z chłopaków. Doskonale znała te włosy, przypisywała je Bastianowi. Była mu za ten czyn wdzięczna, jakikolwiek cel miał Krukon rzucając się kolegę z domu, był w tej chwili słuszny.
      Przekręciła głowę w drugą stronę, a widząc biegnącego w jej stronę Ben'a skierowała w jego stronę różdżkę. Była na niego bardziej niż wściekła, aczkolwiek nie było po niej tego widać. Wyczarowała żółty piorun, który strzelił tuż przed nim, przez co zatrzymał go w danym miejscu. Jeżeli wcześniej nie interesowała go to, co czuje jego dziewczyna, to niech i teraz trochę poczeka.
      - Idiota - spojrzała na niego karcącym wzrokiem, po czym zajęła się ciemnowłosą. Poklepała ją delikatnie po policzku. Powinna się zaraz wybudzić, jeżeli zaklęcie które w nią trafiło nie było zbytnio mocne. - Hej królewno, budź się.

      Usuń
    5. Uczucie spadania. Ciemność, coś jakby tunel. Na jego końcu światło. Coraz jaśniejsze i bardziej jaskrawe. Wypełnia całą głowę, powodując nieznośny ból.
      Jospehine otworzyła powoli oczy. Leżała na ziemi, ktoś klepał ją po twarzy.
      Girlandy serduszek i różowych serpentyn zwieszały się z sufitu do ziemi. Półnagi bobas z łukiem (to się nazywa amor?) sypał konfetti prosto w twarz Krukonki. Czy to jest jej sypialnia? Nie wiedziała, gdzie się znajduje, wszystko dookoła było zupełnie obce.
      Parsknęła głośno, wypluwając z ust skrawki papieru. Osobą, która wpatrywała się w nią z uwagą okazała się być długowłosa blondynka w czarnej sukni balowej. Nie, to na pewno nie była jej sypialnia.
      Spróbowała wstać. Poszłoby jej nawet całkiem nieźle, gdyby nie wysokie obcasy butów. Zachwiała się i prawie upadła. W ostatniej chwili ktoś ją przytrzymał.
      - Złapałaś mnie, dziękuję. - Zaśmiała się infantylnie i rozejrzała dookoła.
      Wszyscy mieli na sobie eleganckie wieczorowe stroje, nawet ona. Jakim cudem, skoro nie pamiętała kiedy się przebierała? Gdzieś w głębi sali grał zespół, tańczyły przytulone pary. Jo zaczęła podrygiwać w takt muzyki. Blondynka, która ją ocuciła wręcz przeciwnie - stała wyprostowana jak struna, wpatrując się gdzieś w przestrzeń.
      - Hej, co się dzieje? Czemu się nie bawimy?
      Hawkins miała w głowie kompletną pustkę. Naprawdę nic nie pamiętała.

      Usuń
    6. Przyglądający się całemu zajściu niedoinformowani gapie przypuszczalnie mogliby pomyśleć, że Drew i Ben zajęli się organizowaniem spóźnionego, sylwestrowego pokazu fajerwerków. Różnobarwne smugi światła opuszczające końce różdżek niejednokrotnie przemieniały się w żarzące iskry, trafiając nie do końca tam, gdzie pojedynkujący się trafiać zamierzali.
      Drew, w ferworze walki, wykorzystał sekundę dezorientacji ociekającego wodą Benjamina i, nie zastanawiając się, wyszarpnął mu z dłoni jego różdżkę. Chwilę słodkiego tryumfu przerwał jednak - a właściwie nie pozwolił nawet jej się rozpocząć - cholerny, potrzebny tu do szczęścia jak magiczna fasolka o smaku wymiocin, Bastian, który pojawił się nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co, ale jak zwykle - niezawodnie od lat - zadbał o uprzykrzenie życia Drew w jeszcze większym stopniu, jakby zaistniała sytuacja, nawet bez White'owego impertynenckiego wtykania nosa, nie była wystarczająco tragicznie pokomplikowana.
      Spotkanie bliskiego stopnia z pięścią Bastiana odrzuciło Drew do tyłu, a powrót do naturalnej, wyprostowanej pozycji natychmiast zaowocował pulsującym do środka czaszki, rozrywającym bólem w okolicy oka. Nim zdążył choćby zmierzyć napastnika nienawistnym spojrzeniem, do nieprzyjemnego szumu w głowie dołączyła gwałtowna utrata oddechu spowodowana ciosem Benjamina wymierzonym w brzuch.
      Wytężonym wysiłkiem silnej woli zwalczył pokusę opadnięcia na zimną posadzkę i mocniej zacisnął palce na różdżce.
      - Expulso! - wydusił przez zaciśnięte żeby, zdając sobie sprawę, że w walce wręcz nie ma najmniejszych szans na pokonanie dwóch, nieobliczalnych napastników gotowych rozszarpać go zębami.
      Benjamin i Bastian, którzy zapomnieli najwyraźniej, że magia daje o wiele większe możliwości niż "mugolska" pięść, zostali odrzuceni siłą zaklęcia w dwóch przeciwnych kierunkach. Georgijew, zwalając się na ziemię, rozproszył grupkę młodszych Puchonek, które momentalnie rozpierzchły się po sali, piszcząc z przerażenia. White natomiast zakończył swój krótki lot efektownym lądowaniem w wielkiej misie ponczu stającej na skraju stołu, czego Drew nie mógł nie skomentować drańsko szczerym uśmieszkiem.
      Gdy jednak jego wzrok padł na leżącą nieruchomo Jo, mina wyraźnie mu zrzedła.
      "Co myśmy najlepszego zrobili?!"
      Kucnął obok dziewczyny, której, na całe szczęście, towarzyszyła Channtel, jako jedyna zachowująca nadal zimna krew. Po chwili Jo ocknęła się i podniosła, jakby po prostu wcześniej postanowiła uciąć sobie krótką drzemkę. Jednak jej nieprzytomne spojrzenie oraz obłąkańczo słodki uśmiech nie zwiastowały niczego dobrego.
      - Hej, co się dzieje? Czemu się nie bawimy? - zapytała z wyrazem zdezorientowania na twarzy.
      - Jo, jesteś cała? - próbował upewnić się Drew, czując, jak narastające wyrzuty sumienia zaczynają dokuczać mu bardziej niż zmieniająca zapewne kolory śliwa wokół oka.

      Usuń
    7. Śmieszny chłopak, który stanął obok Jo także miał na sobie strój wieczorowy. W eleganckim garniturze, z niedbale rozczochranymi włosami wyglądał zniewalająco przystojnie. Nawet zmieniająca właśnie kolor z zielonego na niebieski śliwka wokół oka niczego mu nie ujmowała.
      - Oj, ale masz śmieszny śliniaczek. - Krukonka znów się zaśmiała, wskazując czerwoną muchę chłopaka. - Mogę go dotknąć?
      Zdążyła już zapomnieć o butach na wysokim obcasie i ruszyła przed siebie, niemal natychmiast się wywracając. Na całe szczęście, ów przystojny młodzieniec ze "śmiesznym śliniaczkiem" na szyi złapał ją wpół, chroniąc przed kolejnym bliskim spotkaniem z podłogą. Stojąca obok blondynka, która w momencie wywrotki panny Hawkins syknęła, teraz oddychała z ulgą.
      - Złapałeś mnie, dziękuję.
      Na twarzy Josephine pojawił się wyraz wdzięczności i jakby zdziwienia, że ktoś inny potrafi zachować tak doskonałą koordynację ruchową. Niewiele myśląc, ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała. Owacje, które rozległy się na moment po tym wyraźnie ją zdezorientowały. Jo rozglądała się dookoła, niepewna czy zrobiła coś dobrego, czy może raczej złego.
      - To jakieś przedstawienie? Mamy odstawić bis?

      Usuń
    8. Cała ta scena przyprawiała Ben'a o mdłości.
      Na początku go zamurowało. Potem była już tylko złość, złość, złość.
      Jo wyglądała, jakby kompletnie zwariowała. Uśmiechała się słodko, niczym niezorientowana idiotka. Chciało mu się wyć, kiedy patrzył na jej stan.
      Za to na twarzy Drew odmalowało się takie zdziwienie i dezorientacja, że Benjamin mógłby mu uwierzyć, że nic nie zaszło wcześniej między nim a Josephine.
      Tylko że Ben nie patrzył na Drew. Praktycznie nic nie widział. Jakby to on dostał zaklęciem, nie Kruonka.
      - Ty... Jego... Jo! - zawołał z oburzeniem, patrząc na dziewczynę, która uśmiechała się. Nieświadoma.
      Oczywiście życie nie byłoby życiem, gdyby nie pokomplikowało się jeszcze bardziej.
      Chłopak, który wcześniej bił się z Drew, stanął między Georgijewem z Burrymore'm. Bynajmniej nie w celu pogodzenia obu stron.
      Różdżka w jego dłoni drżała niebezpiecznie. Stojąca obok Bastiana i Ben'a Chantelle zadrżała, jakby spodziewała się najgorszego.
      Może. Może stałoby się to najgorsze, gdyby Ben nie postanowił rzucić się ponownie na Drew, o mało nie łamiąc mu nosa.

      Usuń
    9. Benjamin, którego Bastian znał tylko przelotnie z korytarzy Hogwartu postanowił nie być biernym wobec dwójki szamoczących się chłopaków i sam przystąpił do dzieła, rzucając się na Burrymore'a, z impetem odpychając od siebie również White'a.
      Chłopak rozejrzał się dookoła i dostrzegł Chantelle i największą fankę obrońcy, Jo, która leżała bezwładnie na ziemi.
      No tak, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o dziewczynę.
      Nie zdążył jednak nic z tym fantem zrobić, bo jakaś siła, najpewniej będąca zaklęciem zdołała odrzucić go do tyłu, przez co wylądował w misie z ponczem. Zimny napój nie ostudził nerwów Bastiana, wręcz przeciwnie, ogarnęła go jeszcze większa wściekłość, a sardoniczny uśmiech Krukona tylko podjudził go jeszcze bardziej. Zerwał się na równe nogi i podniósł różdżkę. Korzystając z chwilowego zamieszczania zdołał doprowadzić się do porządku zaklęciem, mając jednocześnie przerzucie, że lada chwila okropnie drogi garnitur i tak będzie do wyrzucenia. Trzymając w dłoni różdżkę gotową do wymierzenia zaklęcia, stanął między Drew a Georgijewem z żądzą mordu w oczach, gotowy skutecznie pozbawić Burrymore'a twarzy. I zrobiłby to, gdyby nie Ben, który zszedł z Drew do parteru, okładając pięściami. White ubezpieczając się na wypadek kolejnego zaklęcia, podniósł różdżkę Krukona z ziemi i zaczął pogwizdywać, bawiąc się nią. W ostateczności wcale nie musiał brudzić sobie rąk, chociaż miał na to wielką ochotę, ale powstrzymał się, dając Benkowi pole do popisu.

      Usuń
    10. Pocałunek Jo zaskoczył Drew bardziej niż wszystkie wymierzone przeciw niemu tego wieczoru ciosy razem wzięte. Jego poturbowane ciało jakby utraciło zdolność reagowania na bodźce; stał nieruchomo pozwalając wargom Krukonki tańczyć na swoich ustach, choć towarzyszących temu turbulencji w brzuchu z pewnością stanowiły przeciwieństwo niewinnych, tryskających szczęściem "motyli".
      Jeśli mowa o procesie tryskania, to Burrymore bardzo szybko doświadczył go, jednak pod zupełnie inną postacią. Postacią krwi wypływającej wartkim strumieniem z nosa, który rozwścieczony i do reszty tracący śladowe ilości samokontroli Benjamin obrał na cel swojego kolejnego ataku. Jak w amoku i właściwie na oślep okładał pięściami wszystkie dostępne części ciała Drew, nie zdając sobie sprawy, że Krukon został zaskoczony zachowaniem Jo równie mocno, co on sam.
      Próbując osłonić przed gradem nieustających ciosów twarz i klatkę piersiową, Burrymore wypuścił z dłoni różdżkę, która z cichym stukotem potoczyła się po posadzce i wpadła w ręce Bastiana najwyraźniej rozkoszującego się całym widowiskiem. Drew balansował już na granicy świadomości i chęci błogiej ucieczki we wzywającą go ciemność, gdy do jego uszu dobiegł oprzytomniający, znajomy głos, któremu jednak od razu nie zdołał przypisać konkretnego właściciela.
      - Do jasnej cholery, co się tutaj dzieje?! - zaraz… czy to… czy to Slughorn? - Przestać natychmiast! Natychmiast! Georgijew postawiłeś sobie za cel walentynkowy odesłania Burrymore'a na tamten świat?! Zostawże go, powiedziałem! - z pomocą Chan odciągnął Benjamina na bezpieczną odległość od ledwo trzymającego się na nogach, krztuszącego krwią Krukona. - White, co się tak gapisz, pomógłbyś! Zaraz… Czy to na pewno twoja różdżka?
      Drew jakby przez mgłę rejestrował całą interwencję profesora, do którego zaraz dołączyła rozgorączkowana McGonagal w towarzystwie chyba jeszcze jednej osoby.
      - Georgijew, White, Burrymore, jeśli zamierzaliście uczcić święto zakochanych wspólnym wpakowaniem się w poważne kłopoty, to możecie być z siebie dumni. Panie Hawkins i Hogarth również zapraszam z nami.

      Usuń
    11. Bal trwał w najlepsze, ale jak to zwykle bywa, zawsze jakaś nieplanowana, nieprzychylna sytuacja musi wkraść się w całą zabawę, próbując wszystko zniszczyć. Tak było w przypadku Kristel, której na nieszczęście, w trakcie tańca złamał się obcas. Ponieważ nie miała pod ręką różdżki, a mięśnie nóg postanowiły nie oszczędzać sobie wysyłania do mózgu bolesnych sygnałów, postanowiła skorzystać z okazji, gdy Remus na chwilę się oddalił, by podejść do dormitorium i zamienić wysokie obcasy na płaskie, dziewczęce obuwie. Wracając do Wielkiej Sali, oczywiście z wielką ulgą odczuwalną w okolicy łydek, natknęła się na rozgrywającą „dramę”, w której uczestniczyła Chantelle z Gryffindoru, a także dobrze jej znana Josephine - koleżanka z dormitorium - oraz chłopak, którego imię kojarzyła, a brzmiało ono bodajże Benjamin. To właśnie on okładał pięściami Drew, a przypatrywał się temu nie kto inny, jak Bastian White. Uniosła obie brwi ze zdziwienia na widok tej niecodziennej sytuacji, równocześnie szybko mrugając. Chwyciła z pobliskiego stolika kieliszek czerwonego wina, z którym ostrożnie udała się do Bastiana bawiącego się, dziwnym trafem, nie swoją różdżką.
      - Także widzę, że zabawa trwa w najlepsze – zwróciła się do Krukona, upijając łyk niskoprocentowego alkoholu. – Nie pomożesz koledze? – zmarszczyła brwi, przypatrując się, jak Burrymore nie może sobie poradzić z atakiem Ślizgona. Była ciekawa powodu rozegrania się tutaj takiej emocjonującej sceny.

      Usuń
    12. Chan zmarszczyła brwi spoglądając na Jo, jak nazwał ją Drew. Zachowywała się jak mała dziewczynką, która kompletnie nie miała pojęcia, co się dzieje. Każde wypowiedziane przez nią zdanie było zupełnie nie na miejscu, a gdy pocałowała Krukona Chantelle z wrażenia odsunęła głowę. Miała w tej chwili taki mętlik w głowie, chciała wszystko sobie racjonalnie wytłumaczyć.
      Jedynym dla niej wyjaśnieniem było Obliviate, ale sama nauczyła się tego dość niedawno, z książek należących do profesor McGonagall. To też to zaklęcie nie znajdowała się w podstawie programowej.
      Wtedy też kolejna myśl pojawiła się w jej głowie. Przygryzła dolną wargę, zdając sobie sprawę z tego jaki bardzo głupi błąd popełniła. Swoją złość przeniosła na wytworzenie pioruna, który zatrzymał Ben'a przez chwilę w miejscu. Zdała sobie sprawę z tego, że gdyby tego nie zrobiła, pierwszą osobą z jaką rozmawiałaby Jo byłby Ben, a nie Drew. I możliwe, że to właśnie jego by pocałowała. Westchnęła cicho, podsumowując swoją głupotę. Niestety gdybanie nic tu już nie pomoże. Tym bardziej, że Ben po prostu rzucił się na Krukna.
      Jej wzrok padł na Bastiana, który zamiast rozdzielać bijących się, podniósł cudzą różdżkę i przekręcał nią w dłoni. Blondynka przekręciła oczami. Ta cholerna męska duma i chęć do walki. To coś, czym Chan gardziła. Z pomocą przybył profesor Slughorn, który odciągnął Georgijewa od Drew. Dziewczyna pomogła mu ciągnąc Bena za klapy marynarki. Przekręciła go tyłem, by oderwał wzrok od swojego wroga. Szarpnęła nim trochę, by się wreszcie opamiętał, a najchętniej nawet uderzyłaby go w twarz . Jednak nie miała do tego serca, po tym co zrobiła.
      Wstrzymała oddech, kiedy opiekunka jej domu również włączyła się w uspokajanie ich i tłumu uczniów wokół. Od tej chwili wiedziała, że będzie miała okazję przechylić szalkę winy na któregoś z nich. Zastanawiała się jedynie, czy McGonagall porozmawia z nią osobno, czy przy wszystkich.

      Usuń
    13. Wzrok chłopaka padł na większą grupkę, do której schodzili się nawet nauczyciele. Działo się tam, działo. Skinął porozumiewawczo do Elsy.
      - Mało puchońskie, dobrze powiedziane - zachichotał - To co? Może dodamy im zmartwień?
      Dziewczyna kiwnęła energicznie głową. Pistolety napełnione wodą stuknęły delikatnie o siebie. Po cichu skierowali się w stronę tłumku. Jack rozpoznał Chantelle, znał ją, oj znał. Reszta wydała mu się obca acz większość mijał na korytarzach. Twarz jednej dziewczyny i jej imię - Jo - kołatały mu w czaszce. Panów nie znał z imion. Nie miało to teraz większego znaczenia. Byli coraz bliżej. Mijali zdezorientowanych widokiem pistoletów tancerzy i nieuchronnie skracali odległość między nimi, a tłumkiem. Był tam już profesor Slughorn.
      - Nieźle. Profesor się zdziwi - mrugnął do Elsy skradającej się tuż obok.
      Zaraz miało się zacząć. Oj nie wesołe będą mieli miny. Jack za to był bardzo rozradowany. Trzeba się było spodziewać po nim podobnej akcji, jednak nikt nie pomyślał, że ten szalony Ślizgon odważy sie wywinąć coś na balu. Błąd. On zawsze coś wywinie, niezależnie od okoliczności. Byli już tuż przy nich. Kilkoro ze zgromadzonych spojrzało ze zdumieniem na pistolety tuż przed wytryśnięciem z nich wody.
      - Czy dziś nie jest śmingus-dyngus? - roześmiał się Jack - Jak nie to trudno, woda do was ciągnie.
      Elsa też uwolniła strumień przeźroczystej cieczy ze swojej broni.

      [Wybaczcie, padło na was, gdy z Elsą zdecydowaliśmy się zaatakować :D Dodamy zamieszania :3]

      Usuń
    14. W normalnych okolicznościach, Bastian widząc katowanego kolegę z domu, byłby skłonny zareagować. Tak się jednak szczęśliwie składało, że to bynajmniej nie były normalne okoliczności, a owym koleżką był nikt inny jak Drew. Pomijając już chęć dokopania Krukonowi osobiście, Bastian wcale a wcale nie miał zamiaru stawać między nim a Georgijewem, który kierował się bardzo logicznymi pobudkami, mianowicie niejako obroną swojej dziewczyny/sympatii/cokolwiek dla niego znaczyła Hawkins, a wyglądało na to, że znaczyła dużo, tak więc osobiste pragnące palenie zemsty mogło poczekać, wszak miło spędzał czas obserwując przemianę Drusia w wielką, napęczniałą śliwkę. Jeśli White miał zamiar kiwać palcem, to tylko wtedy, kiedy mogło się zrobić naprawdę gorąco.
      - Nie pomożesz koledze? - usłyszał głos Kristel i drgnął nieznaczenie z zaskoczenia.
      - Sądzę, że Ben radzi sobie świetnie i nie potrzebuje mojej pomocy - odparł spokojne, obracając różdżką jak mugolskim długopisem. Przedstawienie nie trwało jednak zbyt długo, bo znikął w środku kręgu wyrósł Slughorn, a towarzyszyła mu McGonagall. Zaczął wrzeszczeć, próbując oderwać Georgijewa od Krukona, który w ostatnim spazmie wściekłości podejmował próby ponownego dostania się na wyciągnięcie pięści do Drew.
      - Nie, Profesorze, ja tylko ją podniosłem - wzruszył ramionami, wiedząc, że i tak od niczego się już nie wymiga. McGonagall zdążyła jedynie zaprosić całą wesołą gromadkę do gabinetu, zanim przez tłum nie przedarły się kolejne niezaproszone osoby, w tym, o dziwo, Elsa, trzymające pistolety na wodę, co nawet White'owi wydawało się wybitnie nie na miejscu.
      - Na Merlina, w samą porę - Bastian zdążył westchnąć i wyprzedzając wypadki, odsunął siebie i Kristel trochę, byle dalej od ewentualnej lini lotu wody. Jego garnitur przeszedł dziś stanowczo zbyt wiele, a Ślizgon, który urwał się z bożonarodzeniowej choinki albo postradał zmysły, albo naprawdę prosił się o kilka bonusowych zaklęć. W tej chwili Benek wyglądał tak, że w jego towarzystwie aż pragnęło się ubezpieczyć sobie zęby i inne cenne organy.

      Usuń
    15. Zgodziła się na jego szalony pomysł, mimo nauczycieli próbujących uspokoić ich "cele". Może postradała zmysły. A może po prostu wypiła o kilka kieliszków za dużo. Najważniejszy był fakt, że się zgodziła, że szła z pistoletem na wodę w dłoniach i że było już za późno żeby się wycofać...
      Po raz pierwszy w życiu odważyła się zrobić coś jak najbardziej szalonego.
      Zerknęła na Jacka, który grupie przypatrywał się z uśmiechem. Ona starała się rozpoznać ich twarze, ale w oczy rzucił jej się tylko Bastian w swoim białym jak śnieg garniturze. Zawahała się, ale zaraz machnęła ręką. Raz się żyje, pomyślała i dogoniła Jacka.
      Byli już na tyle blisko, że kilka osób ich dostrzegło, ale
      woda wytrysnęła z obu pistoletów wprost na zdezorientowany tłumek.
      Jack śmiał się głośno, Elsa była tysiąc razy mniej pewna tego, co robi, ale nie dała tego po sobie poznać. Nagle nabrała wielkiej ochoty, by zejść z oczu nauczycieli, jednak widok tych wszystkich osób przemoczonych do cna sprawił, że nogi Elsy wrosły w ziemię i dziewczyna za nic nie mogła się ruszyć. Z trudem powstrzymywała chichot.
      - Może jednak się stad ulotnimy? - szepnęła do Jacka, gdy profesor McGonagall przeniosła na nich swoje wściekłe spojrzenie.

      Usuń
    16. Benjamin czuł się jak przebita bańka, był podobnie wypruty w emocji.
      Szedł, będąc jak w amoku. Gdyby Chan praktycznie nie ciągnęła go za mankiet marynarki, prowadząc za sobą, wpadłby na tuzin uczniów, przyglądających się "gromadce" z ciekawością.
      Slughorn co chwilę rzucał mu nienawistne spojrzenia. Georgijew przypuszczał, że profesor ma ochotę wypruć mu flaki, ale powstrzymuje się od tego ze względu na obecność pozostałych winowajców. Był w tym gronie jedynym przedstawicielem Domu Węża, a nie przypuszczał, żeby w mniemaniu opiekuna godnie reprezentował dziś swój dom. Idąca obok Sluhhorna McGonagall wręcz promieniowała energią, jakby wręcz cieszyła się na przesłuchanie tej całej zbieraniny.
      Zamyślony i zdezorientowany, nawet nie zaważył, jak zza rogu wyłonił się inny Ślizgon. To co zrobił. razem z inną dziewczyną o blond włosach, mogło skutecznie odwrócić złość Slughorna od osoby Ben'a. Choć na chwilę.
      Prawdopodobnie najbardziej ucierpiał Drew, prawie nieprzytomny, dosłownie wleczony po ziemi przez McGonagall. Profesor puściła jego ramię, osłupiała i - w tamtej chwili - doszczętnie mokra.
      Chan i Jo, obie piszcząc, schowały się za plecami Georgijewa, w skutek czego chłopak oberwał największy strumień wody. I tak był już mokry, ale potężny strumień wodny dosłownie zmiótł Benjamina z nóg.
      Wytrzeszczył oczy na Jack'a. Nie mógł sobie wybrać lepszej chwili na atak.

      Usuń
    17. Jack rozpoznał mokrego Ślizgona, za którym skryły się dwie dziewczyny. Ben. Posłał mu promienny uśmiech w odpowiedzi na wytrzeszczenie oczu. Kojarzył go z Pokoju Wspólnego, czy śniadania. Elsa rozkręciła się obok niego i także oblewała wszystkich wodą. Jednak to Ślizgon dostąpił zaszczytu oblania profesor McGonagall. Puściła ona ciągniętego chłopaka i wbiła spojrzenie w Jacka, który śmiał się w najlepsze.
      - Może jednak się stąd ulotnimy? - zaproponowała Elsa.
      Tak szybko? - przeszło mu przez myśl. Jednak do spojrzenia profesor McGonagall doszło spojrzenie profesora Slughorna. Opiekuna Domu Węża. To jemu będzie musiał się tłumaczyć. Te dwa spojrzenia wbijały się w niego jak noże, ale przecież reszta "hałastry" nie stała w miejscu i szybko przyciągnęła zainteresowanie nauczycieli.
      - Może to i dobry pomysł - posłał towarzyszce uśmiech.
      Zdecydowanie zapanował jeszcze większy chaos. Przyczynili się do tego z Elsą, ale czy nie o to chodziło? Jack zasalutował znajomym twarzom i tym obcym wpatrującym się w niego w niego też.
      - To idziemy uprzykrzyć życie innym, jeśli pozwolicie - ukłonił się teatralnie i skinął na Elsę, która z uśmiechem ruszyła za nim.
      Warto było zaryzykować i zabawić się. Zresztą to jeszcze nie koniec. Nie jedni zostaną jeszcze zmoczeni. Grunt, że z tej wielkiej, zakręconej grupy oberwało dużo osób. Po chwili celowania praktycznie wszyscy. Jeśli ktoś ostał się suchy - to zupełnym cudem.

      Usuń
    18. Na uwagę White’a jedynie parsknęła śmiechem, z zamiarem napomnienia o Krukońskiej solidarności, której definicja była jak obrazek obecnej sytuacji pomiędzy Bastianem i Drew. Niestety nie zdążyła. Szczęśliwie zdarzyło jej się trafić na wtargnięcie w awanturę akurat w czasie, w którym Slughorne postanowił oderwać się od tańców i zainteresować grupką jakże oddanych przyjaciół, którzy pokazywali na sobie tajniki sztuki walki, a reszta oglądała z uwagą, trochę zmęczona, co widać było po chcącej się położyć Jo. Tak brzmiała oficjalna, dość śmieszna wersja, która przyszła na myśl Kristel, gdy zdenerwowany nauczyciel zmierzał w ich stronę. Ledwo zdążył dotrzeć do niej obraz Bena rozdzielanego z Drew przez poczciwego Horacy’ego, gdy do akcji włączyła się McGonagall.
      Nagle dotarły do niej słowa mężczyzny:
      - Georgijew, White, Burrymore, jeśli zamierzaliście uczcić święto zakochanych wspólnym wpakowaniem się w poważne kłopoty, to możecie być z siebie dumni. Panie Hawkins, Scriven i Hogarth również zapraszam z nami – powiedział Slughorne, a Kristel zaniemówiła. Po co ona do nich podchodziła? Przecież nie miała z tym wszystkim nic wspólnego, nawet nie wiedziała, czemu taka sytuacja miała miejsce między tymi osobami i właśnie na balu walentynkowym. Już miała sprostować, że nie jest ona potrzebna w uczestnictwie na przesłuchaniu i wysłuchiwaniu nudnego monologu, dotyczącego dobrego zachowania, lecz nagle ujrzała Ślizgona, niejakiego Jacka i nieznajomą dziewczynę, trzymających w swych dłoniach dziwną broń. Zaraz później poczuła na swym ramieniu dłoń Bastiana, który odciągnął ją do tyłu, tym samym sprawiając, że strumień wody, który wyleciał z pistoletów, nie dosięgnął ich tak samo, jak pozostałych. Jedynie parę kropli wody wkradło się na sukienkę Kristel, przez co zdecydowanie nie miała powodu do rozpaczy.
      - Dzięki – rzuciła krótko do Bastiana, ciągle w szoku w związku z zaistniałą aferą. Patrzyła na Bena, który wyglądał jak po niechcianym wrzuceniu i wynurzeniu z jeziora – był wściekły i mokry. Nauczyciele też nie zaliczali się do grona suchych, z czego z pewnością nie byli zadowoleni. Chciała się ulotnić, ale jej nogi były jakby przytwierdzone do podłogi.
      - Właściwie co tu się dzieje? – zapytała nerwowo Bastiana.

      Usuń
    19. Jak na komendę, w powietrze uleciały kolejne strumienie wody z podrasowanych magicznie pistoletów, które objęły prawie całą wesołą gromadkę. McGonagall w swojej ciemnej, powłóczystej sukni wyglądała jak zmokła kura i to samo można było powiedzieć o Slughornie, którego misternie ułożone "na pożyczkę" włosy całkowicie oklapły, odsłaniając łyse pole na czubku głowy. Wszyscy: Benjamin, Chantelle, Drew, który puszczony przez McGonagall kompletnie odpływał, ignorując orzeźwiające działanie wody. Samemu Bastianowi mimo wcześniejszego usunięcia się z drogi oberwało się rykoszetem po twarzy i częściowo po koszuli, powodując mimowolne wzdrygnięcie się. Kristel nie ucierpiała, więc mruknęła podziękowanie, jednocześnie zastanawiając się o co, do cholery jasnej, chodzi.
      - Ich spytaj - kiwnął głową na Benka i Jo. - Ja włączyłem się w momencie, kiedy oberwałem od Drusia zaklęciem w plecy - wyszeptał, nie chcąc zwracać na siebie uwagi profesorów.
      Istny komediodramat i White widząc uchachaną minę Jacka, który cieszył się jak dziecko ze swojego arcygenialnego pomysłu, w ogóle nie mając świadomości, że w mniemaniu całego świata zakrawał o miano najbardziej żenującego momentu wieczoru, miał ochotę strzelić się otwartą dłonią w czoło, nie wspominając już o tym, że nie wiedział czy powinien się śmiać, czy płakać.
      A mało rozgarnięty Jack, jak gdyby nigdy nic postanowił oddelegować się byle dalej wraz z Elsą, której udziału w misternym planie wolał nawet nie komentować.
      - Serio, gościu, SERIO?! - wyrwało się komuś, ale Bastian nie zdążył zarejestrować właściciela głosu. Ktoś stłumił nerwowe parsknięcie.
      Najwidoczniej Ślizgon mówił poważnie, bo odwrócił się na pięcie i dziarskim krokiem ruszył w stronę tłumu, wykorzystując osłupienie nauczycieli, co było tak cholernie nie fair, że Bastian nie mógł na to pozwolić.
      - Petrifikus totalus - powiedział, kierując różdżką w stronę Bizzare'a, który zesztywniał i padł jak długi twarzą w stronę kamiennej posadzki, jego towarzyszka przystanęła, nie wiedząc, czy ma uciekać czy zostać w miejscu. - Nie ma za co, Pani Profesor - mruknął Bastian, widząc usta nauczycielki transmutacji, zaciskające się w wąską kreskę.

      Usuń
    20. Chłopak z szopą ciemnych włosów na głowie. Dziewczyna o jasnej karnacji. I te śmieszne, acz imponujące swym rozmiarem, kolorowe pukawki w ich dłoniach, których uruchomienie zmieniło sale balową na parę chwil w scenografię mugolskiej „Deszczowej piosenki” z pełnym asortymentem efektów specjalnych w postaci strumieni wody.
      Drew rejestrował i interpretował całe zajście z niewielkim opóźnieniem. Spływające po jego włosach i garniturze ciężkie krople nie przeszkadzały mu specjalnie, zimna woda na kilka sekund zniwelowała nawet odczucie niepokojącego bólu w okolicach klatki piersiowej, choć przywrócenie umysłu do stanu pełnej przytomności najwyraźniej wykraczało już poza niezwykłe działanie przezroczystej cieczy.
      Próby dania drapaka przez dowcipnisia, w którym Drew rozpoznał wreszcie Jacka Bizzare’a, zostały skutecznie powstrzymane przez zaklęcie Bastiana. Oniemiałej McGonagall, nie do końca umiejętnie usiłującej zachować pozory stoickiego spokoju, z pomocą przyszedł Slughorn:
      Minerwo, chyba musimy się rozdzielić. Zostań proszę z naszą wodną armią, a ja porozmawiam sobie szczerze z pozostałymi w moim gabinecie. Zwłaszcza z jednym. - zmroził Benjamina spojrzeniem, co jednak w połączeniu z przemoczonym ubraniem i sterczącymi we wszystkie strony włosami nie dało zamierzonego, paraliżująco groźnego wrażenia.
      McGonagall potaknęła, jakby odzyskując rezon.
      White, Georgijew, pomóżcie Burrymore’owi dowlec się na miejsce. - zdążyła krzyknąć na odchodnym, po czym ze srogą miną ruszyła w stronę Jacka i Elsy.
      No już, bez tych przepychanek, poradzę sobie. - mruknął Drew, choć żaden z wywołanych nie drgnął nawet, by wykonać polecenie. - Wystarczą mi te obrażenia, które mam. Pilnujcie Jo - syknął przyciszonym tonem, kiedy gromadnie opuszczali Wielką Salę, którą właśnie wypełniły nastrojowe, pierwsze dźwięki premierowego przeboju: „Petrificus to za mało, aby serce me ustało”.

      Usuń
    21. Jack zamarzł z uśmiechem na twarzy. Mógł tylko patrzeć jak podłoga zbliża się nieubłaganie. Pistolet trzymany przed sobą wbił mu się w brzuch. Nie należało to do przyjemnych odczuć, ale nie mógł zmienić jakże niestosownego i rozradowanego wyrazu twarzy. Był zmuszony wpatrywać się w kafelki z tak wielkim przybliżeniem. Resztę tylko słyszał. Więc zostaną z profesor McGonagall? Żeby Elsa nie uciekła, to nie straci tej sympatycznej pogadanki. Poczuł jak mięśnie mu się rozluźniają i odzyskuje nad nimi władze, gdy profesor transmutacji go odczarowała. Wstając z podłogi już słyszał jej głos pełen wyrzutu, juz wyobrażał sobie sroga minę. Zostali nazwani "wodną armią". Bizarre nie potrafił się nie uśmiechać. Już miał coś powiedzieć, ale nie doszedł do głosu. Zaatakowany tłum znikał prowadzony przez profesora Slughorna.
      - Zanim cokolwiek powiecie.... - zmusił się do spojrzenia w twarz profesor McGonagall.
      Cała była mokra i wyglądała komicznie. Utraciła te groźny wyraz, a zyskała sporo wody.
      - Pani profesor - przerwał wykład nauczycielki, musiał spróbować czegokolwiek - To tylko niewinna zabawa. Woda nikogo nie krzywdzi, prawda? Mogę osobiście dopilnować lub sam zająć się osuszeniem pani i profesora Slughorna. To był tylko żart.
      Profesor już znała jego żarty. Pan Bizarre potrafił dać nimi w kość. Szczególnie woźny miał na co narzekać po jego wybrykach. Nie mniej Jack miał nadzieje na przychylność nauczycielki. Potrafił być naiwny.

      Usuń
    22. Ruszyła z uśmiechem za Ślizgonem, mając ochotę znaleźć się jak najdalej od mokrego tłumu. Potem wszystko potoczyło się szybko - Bastian poraził Jacka petrificusem, a Elsa stanęła na środku sali jak wryta, nie do końca wiedząc, czy powinna zostawić Ślizgona na pastwę wściekłego tłumu. Sama również brała w tym żarcie udział, a jej wciąż jakby nie było puchońska duma nie pozwalała na tak haniebną ucieczkę.
      Profesor Slughorn wyprowadził mokrych uczniów z sali - sam nie był w lepszym stanie, z jego drogiego garnituru dałoby się wyciskać wiadra wody, a włosy - których nauczyciel nie miał aż tak wiele - sterczały teraz na wszystkie strony.
      Patrz, do czego doprowadziłaś, dziewczyno, nakazała samej sobie. Posadzka była caaaaała mokra, pary za wszelką cenę starały się omijać kałużę na środku parkietu. Uniosła wzrok na porządnie zdenerwowaną nauczycielkę transmutacji. Profesor McGonagall już rozpoczęła swój wykład, jaki to "kompletny brak szacunku ze strony uczniów, oblewać nauczycieli wodą i niszczyć ozdoby i kreacje innych uczniów". Jack przerwał jej, starając się przekonać nauczycielkę o niewinności całej sytuacji.
      - Panie Bizarre, zalanie połowy Wielkiej Sali wcale nie było niewinne. - Elsa zdążyła zapomnieć, że profesor McGonagall nie posiada poczucia humoru i chyba nigdy się nie uśmiecha.
      - Nie zostawię tak tej sprawy, myślę, że wizyta w gabinecie wyjdzie wam na dobre - Kobieta przeniosła swoje chłodne spojrzenie na Puchonkę. - Tak, pani też się to dotyczy, panno Menzel.
      Cholera, cholera, cholera! W co ty się wpakowałaś, Elso?, zadała pytanie samej sobie, ale nie mogła powiedzieć, że żałuje. O dziwo bawiła się bardzo dobrze tego wieczora.

      Usuń
    23. Pocałowanie swojego wybawcy nie było chyba najlepszym podziękowaniem. Gdy tylko Josephine odsunęła się od chłopaka w śmiesznym śliniaczku, natychmiast podbiegł do niego inny, także w garniturze i zaczął okładać i tak już posiniaczonego młodzieńca.
      Dziewczyna aż zachłysnęła się z przerażenia. Czy on nie widzi, co robi? Przecież zakatuje tego biedaka!
      Obok niej nagle jak spod ziemi wyrósł pielęgniarz. A może to nie był pielęgniarz? W każdym razie biały strój tylko to przypominał dziewczynie, więc przyjęła taką opcję. Już-już miała poprosić pogwizdującego młodzieńca o pomoc, ale dwójkę bijących się czaodziejów rozdzielił jakiś starszy mężczyzna.
      - Georgijew postawiłeś sobie za cel walentynkowy odesłania Burrymore'a na tamten świat?! Zostawże go, powiedziałem!
      Blondynka, która pomogła Jo wstać także teraz wykazała się chęcią wsparcia. Już po chwili dwaj chłopcy stali rozdzieleni i mierzyli się tylko mściwymi spojrzeniami. No, może nie dokońca nawzajem, bo wybawiciel Jo wydawał się odpływać na tamten świat, ale spojrzenie tego drugiego nie pozostawiało złudzeń co do jego zamiarów.
      Wydawało się, że już nic bardziej dziwnego nie stanie się tego wieczoru. Ale gdy tylko Jo to pomyślała, przed całą grupką pojawiły się dwie osoby z dziwną bronią w rękach.
      - O, deszczyk - zaśmiała się czarownica, gdy pierwsze krople wody uleciały w powietrze. Blondynka tylko pociągnęła ją za plecy jednego z chłopców, który przyjął na siebie większą część ataku. Zmoczeni zostali prawie wszyscy, a już na pewno ten śmieszny staruszek.
      - Minerwo, chyba musimy się rozdzielić. Zostań proszę z naszą wodną armią, a ja porozmawiam sobie szczerze z pozostałymi w moim gabinecie. Zwłaszcza z jednym.
      Nie wiedziała co się dzieje, w jednej chwili był jeszcze w tej dziwnej sali, obwieszonej tandetnymi ozdóbkami (mimo utraty pamięci potrafiła jednak odróżnić prawdziwe dekoracje od kiczu), a w kolejnej szła korytarzem razem z dwiema dziewczynami i trójką chłopaków, wliczając w to owego pielęgniarza. Po wyjściu do hallu skierowali się na schody, prowadzące w dół. Zawiało chłodem.
      Znaleźli się w dużej klasie z mnóstwem półek, wypełnionych naczyniami z przeróżnymi kolorowymi cieczami, suszonymi roślinami i zanurzonymi w słoikach z mętną cieczą organami. Starszy pan, teraz całkowicie przemoczony nakazał wszystkim usiąść, co chłopak z czerwonym śliniaczkiem przyjął chyba z ulgą.
      Josephine nie miał jednak najmniejszego zamiaru siadać. Lawirowała między półkami, przechodząc od jednej do drugiej i podziwiając zamknięte w słoikach, nieznane jej przedmioty. Kolorowe ciecze same prosiły się o spożycie. Wyciągnęła rękę po fiolkę z czymś ciemnofioletowym i już miała wlać sobie do ust zawartość, gdy powstrzymał ją ostrzegawczy krzyk staruszka.
      - Panno Hawkins, to przecież Eliksir Rozpaczy!
      Nastąpiło małe zamieszanie. Blondynka podbiegła do niej i wyjęła naczynie z ręki, a następnie usadziła na krześle. Josephine zamrugała zdezorientowana. Eliksir Rozpaczy? Panno Hawkins? Co się tutaj działo?
      Nim zdążyła się zastanowić nad odpowiedziami na te pytania, staruszek siadł za biurkiem i spojrzał groźnie na wszystkich obecnych.
      - Teraz wyjaśnimy sobie parę spraw. Co, na Merlina, wyprawialiście w Wielkiej Sali?

      [Z góry przepraszam za wszystkie nieścisłości, chyba się pogubiłam.]

      Usuń
    24. Benjamin usiadł w ławce, samotnie. Ogarnął wzrokiem całą "wesołą gromadkę" zgromadzoną w klasie, dziwiąc się jakim cudem urosła do tak wielkich rozmiarów.
      Slughorn wyglądał po prostu śmiesznie, w mokrym garniturze i fryzurze już zupełnie pozbawionej klasy. W dodatku na jego pulchnej twarzy malowała się nieopisana wściekłość, wymierzona głównie - tego Ben był pewny - w postać Ślizgona.
      Jo krążyła po klasie, w pewnym momencie wypiła by Eliksir Rozpaczy, gdyby Chantelle nie wstała z miejsca i nie odebrałaby jej fiolki, ostrożnie stawiając ją na profesorskim biurku.
      - Teraz wyjaśnimy sobie parę spraw. Co, na Merlina, wyprawialiście w Wielkiej Sali?
      Był pewny, że wzrok Slughorna mógłby zabijać, dlatego skrzętnie unikał patrzenia w jego stronę.
      Nie chciał być też tym, który jak pierwszy przemówi, ale na widok Jo, która nagle postanowiła wypić cały kociołek amortencji, musiał zabrać głos.
      - Może niech pan najpierw przywróci jej pamięć? - powiedział zjadliwym tonem.
      Kiedy dziewczyna odzyska wspomnienia i dowie się, co zaszło przed trafieniem jej zaklęciem, prawdopodobnie będzie chciała go zabić. Jednak nawet to było lepsze tej od słodkiej, działającej na nerwy wersji Krukonki.

      Usuń
  7. Odpis dla Hanki :3

    W identyczny sposób napełnił obie szklanki sokiem, nalewając go do poziomu niewidzialnej granicy, której widocznie nie mógł przekroczyć. Wszystko zgadzało się co do milimetra, jak gdyby Charlie miał w tym ogromną wprawę i robił to na zamówienie każdego dnia. Gdyby ktoś chciał podzielić coś równo i nie wiedziałby, jak to zrobić, bez wątpienia mógłby się do niego zgłosić z prośbą o pomoc.
    - Chodzenie samemu mi nie przeszkadza, o ile wiem, po co idę. W tym przypadku, no cóż, nie miałem konkretnego celu - mruknął, podając Hannah jej szklankę.
    Sam upił ze swojej kilka łyków i usiadł z powrotem na ławę, gdzie siedział przez chwilę w milczeniu, wpatrując się w jakiś martwy punkt przed sobą. Prawie zapomniał przez to o istnieniu Puchonki, ale ta zaraz mu o nim przypomniała, kontynuując rozmowę. Na jej słowa Charlie uśmiechnął się zabawnie.
    - Nie sądzę, by to miało coś zmienić. Nie zrobiłbym tego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze, patrząc na Charliego miała wrażenie, że jest perfekcjonistą w każdym calu. Zawsze miał wszystko poukładane, w sobie tylko znanym porządku. Było to zadziwiające i jednocześnie odrobinę deprymujące, bo Hannah wiedziała, że nigdy nie będzie tak uparcie dążyła do perfekcji jak Charlie.
      -Dziękuję- uśmiechnęła się lekko, biorąc od niego szklankę napoju i upiła kilka drobnych łyków. Rozbawionym spojrzeniem obserwowała delikatne zawieszenie myśli Charliego w powietrzu, jakby ona sama była niewidzialna. Nie przeszkadzało jej to w zupełności, często była traktowana jak powietrze - wszyscy wiedzieli, że Hanka istnieje, nikt nie zwracał na nią większej uwagi.
      -Nie zrobił byś tego? Czemu?- spytała, przekrzywiając nieco głowę w lewo.
      -Nie lubisz dziewczyn?- zapytała z czystej ciekawości, mając oczywiście na myśli pytanie czy Charlie jest gejem, choć ton jej głosu był lekki i wolny od wścibskości.

      Usuń
    2. Zachowanie Charliego nie wiązało się w żaden sposób z Hanką, on po prostu czasem tak miał. Potrafił wpaść w zamyślenie w najmniej oczekiwanym momencie i jak gdyby całkowicie się wyłączyć, mimo że wcale tego nie chciał. To była jedna z tych rzeczy, których zupełnie nie potrafił kontrolować, chociaż usilnie próbował z tym walczyć, na różnorakie sposoby. Niemniej jednak w obecnej sytuacji głos Puchonki skutecznie wyrwał go z tego stanu odrętwienia i mógł ponownie skupić się na rozmowie, więc nie skończyło się jeszcze tak tragicznie.
      - Chyba bym się nie odważył... - odparł, wzruszając bezradnie ramionami, po czym sięgnął ze stołu babeczkę. W końcu Hannah mówiła, że są smaczne, więc czemu miałby nie spróbować? Nie zdążył jednak wziąć chociażby jednego kęsa, gdy padło kolejne pytanie, którego zupełnie by się po niej nie spodziewał. - Lubię. To raczej one za mną nie przepadają.
      Odpowiedział po chwili i prawdopodobnie zgodnie z prawdą, aczkolwiek różowy lukier i posypka w kształcie serduszek, na którą teraz patrzył, nie dodawały mu wiarygodności.

      Usuń
    3. Czy naprawdę dziewczyny były takie przerażające, że poproszenie jakiejś do tańca było dla Charliego czymś niewykonalnym? Wiedziała, że mężczyzn irytuje fakt, że kobiety chodzą stadami i praktycznie nigdy nie można żadnej złapać samej, ale na Merlina, chyba mu żadna głowy nie odgryzie. A przynajmniej Hannah miała taką nadzieję, bo szkoda by było głowy Charliego.
      Przekrzywiła lekko głowę, jakby średnio wierzyła w słowa chłopaka. Nie żeby kwestionowała jego orientację, ale jakoś nie sądziła, by był nielubiany przez dziewczyny. Może patrzyła na to ze swojego punktu widzenia, bo jej Charlie wydawał się sympatyczny.
      -Niemożliwe!- odparła z całym przekonaniem i założyła ręce na klatce piersiowej.
      -Jestem dziewczyną i cię lubię, więc nie możesz zakładać od razu takiego scenariusza- powiedziała, doskonale zdając sobie sprawę, że jej osoba nie jest absolutnie żadnym wskaźnikiem dziewczęcości, ogólnej opinii publicznej, ani niczego takiego, ale mimo to próbowała przekonać Charliego do zmiany myślenia.

      Usuń
  8. ODPIS DLA ELIASOWEGO SŁOŃCA - NOELLE

    Ani nie drgnął, gdy Noelle zaczęła dobierać się do jego krawatu, poprzez rozluzowanie jego wiązu wokół szyi chłopaka. Na drugi ogień poszedł guzik od kołnierzyka, a następnie marynarka, która zdjęta, odsłaniała jego białą, elegancką koszule. Dziewczyna i za mankiety postanowiła się zabrać, podwijając je, co mu się bardzo spodobało. Teraz dało się odczuć prawdziwą swobodę, z której powinien się cieszyć, lecz nie pozwolił mu na to wizerunek smutnej przyjaciółki.
    - Teraz wyglądasz jak Elias, którego znam – zwróciła się do niego, po dokładnym przeanalizowaniu jego obecnego wyglądu. Gdyby pomiędzy nimi nie zawirowało, odwracając ich położenie względem siebie do góry nogami, teraz pewnie ucałowałby ją w oba policzki i zmierzwił włosy, jak to miał w zwyczaju robić. Pewnie dorzuciłby również jakiś błahy komentarz o swobodzie ruchu. Ale teraz kąciki ust chłopaka jedynie lekko drgnęły, jakby wtórując ustom Noelle. Przerażał go jej spokój, który jeszcze bardziej potęgował występującą pomiędzy nimi obcość. Chciał się odezwać, otworzył nawet usta, lecz żadne konkretne słowo z nich nie padło. Dziewczyna po prostu odwróciła się od niego, kierując się w stronę Wielkiej Sali ze spuszczonym wzrokiem. Przegryzł wargę, czując, że jest bliska rozdrapania, i nieznacznie poruszył dłonią, jakby próbując wyciągnąć ją w stronę dziewczyny, pragnąc krzyczeć, by zaczekała, pragnąc ją dogonić i znów stać z nią twarzą w twarz. Ale co by to dało. Ujął swoją głowę w obie dłonie, a następnie przejechał nimi po włosach. Oczy miał mocno ściśnięte, nerwowo przegryzał wewnętrzną stronę policzka. Miał szczerą ochotę kopnąć coś, co stało w pobliżu, jednakże przed sobą miał jedynie ścianę – nie zastanawiając się, postanowił jej nie oszczędzić. Kopnął mocno dwa razy, trzeci był po prostu wyrazem skwitowania swojej złości. Nawet nie zauważył, że dziewczyna oddaliła się na tyle daleko, że już nie słyszał jej kroków. Impulsywnie zerwał się ze spoczynku, podążając przebytą przez Noelle drogą. Zaraz tempo jego marszu zwiększyło się do poziomu truchtu. Zdążył dopaść dziewczynę przed wejściem do Wielkiej Sali.
    - Hej – złapał ją za nadgarstek. – Dajmy sobie czas. Zacznijmy traktować siebie inaczej niż do tej pory, bo tamto już nie wróci – spojrzał jej w oczy, zdenerwowany i lekko zaskoczony wypowiadanymi przez siebie słowami. – Chodźmy zatańczyć, obiecuję że tym razem będzie ze mną okej – rozluźnił palce z jej nadgarstka i zjechał powoli do dłoni Puchonki, delikatnie ją obejmując.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po korytarzu rozlegał się stukot obcasów Noelle, a po pewnym czasie jakieś inne trzy dźwięki. Nie wiedziała, co to ale miała jakieś dziwne uczucie, że pochodzą one zza jej pleców. Gdzieś kilka korytarzy dalej. Westchnęła zamykając na chwilę oczy.
      Człowiek, którego rozumiała lepiej niż ktokolwiek inny stał się nagle dla niej zupełnie obcy. Tak jakby musiała go odkryć na nowo. Od samego początku musiałaby poznawać przyjaciela. Najlepszego przyjaciela. Jak bardzo dziwnie brzmiało te stwierdzenie.
      Posmutniała jeszcze bardziej, kiedy po minięciu kilku korytarzy dalej zostawała sama. Ten fakt pogłębił uczucie osamotnienia i porzucenia. Jednak kiedy miała już wchodzić do Wielkiej Sali, ktoś nagle złapał ją za nadgarstek i obrócił. Zupełnie nie spodziewała się czegoś takiego, dlatego zdziwiła się na widok Eliasa.
      – Dajmy sobie czas. Zacznijmy traktować siebie inaczej niż do tej pory, bo tamto już nie wróci - powiedział zdenerwowany przyglądając się jej oczom. Ellie zmarszczyła lekko brwi. Już kompletnie przestała go rozumieć. W tej chwili miała wrażenie, jakby sam Lancaster nie wiedział czego chciał.
      Z drugiej strony zdziwiły ją jego słowa. Szczególnie ich ujęcie, które niezbyt pasowało do jej przyjaciela. Teraz rudowłosa jeszcze bardziej zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo mało o nim wie.
      - Chodźmy zatańczyć, obiecuję że tym razem będzie ze mną okej - zapewnił zjeżdżając swoją dłonią do jej własnej. Dotknął ją delikatnie, zupełnie tak, jakby bał się zrobić to mocniej. Serce Noelle zabiło szybciej, ale na ustach pojawił jej się mały i ciepły uśmiech. Rozbawiło ją to zdanie.
      Złapała drugą dłoń chłopaka i idąc tyłem pociągnęła go w stronę parkietu. Kiedy już znaleźli się na wyznaczonym do tańca miejscu podniosła rękę Eliasa, by mogła się pod nią zmieścić. Tak wykonała mały obrót. Po prostu nie mogła się powstrzymać, by tego nie zrobić. Bała się jednak tym razem złączyć swoje dłonie na karku Puchona. Bała się, że znowu go tym do siebie zniechęci. Dlatego położyła swoją dłoń na jego bark i poczekała, aż zacznie prowadzić, w końcu ta rola należała do mężczyzny.

      Usuń
  9. „Co za tandeta i kicz” pomyślał Ignotus przekraczając próg Wielkiej Sali i spoglądając na dekoracje. Bal Walentynkowy trwał już w najlepsze i większości uczniów wystrój, swoją drogą w istocie adekwatny do uroczystości, zdawał się ani trochę nie przeszkadzać w świętowaniu. Zabawa prawdopodobnie już jakiś czas temu rozpoczęła się na dobre i do Ślizgona po raz kolejny w przeciągu ostatnich kilku godzin dotarło, że wcale nie chce być w tym miejscu. Właściwie cały wieczór się wahał, czy skorzystać z możliwości uczestnictwa w szkolnej uroczystości. Założył szatę wyjściową, tylko po to by za chwilę zrzucić ją z siebie, a po pięciu minutach ponownie na siebie narzucić. Wyszedł na korytarz, przemierzył trzy czwarte dystansu między Pokojem Wspólnym Slytherinu, a Wielką Salą i zawrócił do tego pierwszego pomieszczenia stwierdziwszy, że zamiast hucznej imprezy w gronie szkolnej braci woli samotny wieczór w towarzystwie Ognistej Whisky. W końcu wypiwszy odpowiednią ilość tego złotawego trunku, ponownie włożył oficjalny strój, który w między czasie zdołał jeszcze trzy razy ubrać i zdjąć, i ruszył do Wielkiej Sali. I teraz stał w jej progu totalnie zdekoncentrowany, zupełnie niepewny tego, co powinien czynić w dalszej kolejności. Z jednej strony pragnął wrócić do dormitorium, ale z drugiej, coś zatrzymywało go na miejscu. W końcu odetchnął głośno.
    Przeczesał dłonią włosy i powolnym krokiem ruszył w głąb pomieszczenia. Rozglądał się wokół, zupełnie jakby kogoś szukał. A może szukał w istocie? Może szukał i nie chciał przyznać tego nawet przed samym sobą? Może szukał, a jednocześnie bał się znaleźć wiedząc w czyich objęciach najprawdopodobniej tego kogoś dojrzy?
    [Matko. Straszne -,- . Nie dość, że się na bal spóźniłam to jeszcze debiutuję na nim czymś takim…
    Ignaś przyszedł dopiero teraz, bo nie mam pojęcia, co dotąd działo się na balu a nie mam czasu nadrabiać zaległości xd. A najpewniej popełniłabym jakiś błąd na wstępnie wynikający z nieznajomości przebiegu balu także ten…]

    Ignotus

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Nie, nie ma błędu]

      Powiedzmy sobie szczerze, ze wszystkich miejsc, w jakich Reeve mogła się dobrze bawić, bal w Wielkiej Sali znajdował się na szarym końcu zestawienia. Już od samego początku wydawał jej się kompletną katastrofą i nawet nie chodziło tutaj o dekoracje czy dołującą muzykę. Z jakiegoś powodu wieczór był niepełny i tej pustki nie zapełniła nawet zwędzona zza kulis sceny Whisky, którą Huncwoci wynegocjowali z zespołem. Teoretycznie po zażyciu potężnej dawki alkoholu w postrzeganiu świata przez Reeve zmieniło się tyle, że ból stóp okazał się mniej dokuczliwy, dzięki czemu taniec przychodził jej nieco łatwiej, nawet w przypadku osobników, którzy do sekundę nadeptywali jej na sukienkę. Natomiast, co należało przypisać do minusów, kolorystyka wnętrza zrobiła się bardziej rażąca i jaskrawa, a szumienie w głowie i dudnienie w uszach od bardzo głośnej muzyki przypominało nocowanie na lotnisku w akompaniamencie startu samolotu. Cóż, przynajmniej jedzenie było dobre.
      Potter zmył się jakiś czas temu, mając w zamiarze obtańczyć całe żeńskie towarzystwo, które ustawiło się do niego w kolejce, więc Eva ani śmiała go zatrzymywać, sama zaś z wielką ochotą usiadła przy stoliku z Veronicą, zabierając się po kolei za zawartość półmisków z owocami w czekoladzie. Niecałe trzy truskawki później przy stoliku pojawił się nieznany Puchon, wyciągając spocone łapsko w stronę dziewczyny, a Ronnie widząc minę Gryfonki, wręcz siłą wypchnęła ją na parkiet. Tak więc utknęła w kotłowisku ciasno splecionych par, z minną męczennicy stawiając kolejne kroki.

      Usuń
    2. Przez pewien czas w głowie kotłowała mu się myśl o Evans. W końcu to z nią umówił się na bal, a później w pokazowy sposób olał. Miał świadomość, że dziewczyna może być na niego wściekła. [desperacja próba ratowania sytuacji, po przegapieniu postu autorki Lily xD]. Może powinien ją odnaleźć, bo ich związek, ta farsa, którą z takim wysiłkiem tworzyli, wyda się jeszcze bardziej nierealna niż była do tej pory. A przecież i do teraz niewiele osób wierzyło w ich nagłą, wielką miłość… Tak, tak… Znajdzie ją, ale najpierw… Zlustrował wzrokiem stoły w poszukiwaniu jakiegoś alkoholu, lecz nawet, jeśli uczniowie pozwalali sobie na łamanie szkolnego regulaminu i popijanie procentowych trunków robili to tak, by nie zauważyły tego czujne oczy grona pedagogicznego. W związku z tym nieco mniej czujne oczy Darkfitcha również nie były w stanie dojrzeć samego faktu spożywania przez brać uczniowską alkoholu, choć wyraźnie dostrzegały skutki jego wypicia tak wyraziście wymalowane na wielu twarzach i obrazowo pokazane w tanecznych ruchach.
      Westchnął głośno i wzruszył ramionami. Może później ktoś pokaże mu skąd biorą rozweselające płyny… Zgodnie ze wcześniejszym postanowieniem zaczął rozglądać się po sali w poszukiwaniu Evans. Jego wzrok powędrował w stronę parkietu, ale zamiast rudowłosej Gryfonki dostrzegł inną. Tak bliską jego sercu, które, gdy młodzieniec dojrzał ją, tak piękną jak nigdy wcześniej, nie mogło zdecydować się czy zacząć bić jak oszalałe, czy zatrzymać się na amen. Tym samym stawało na kilkanaście sekund, by po chwili ruszyć jak zwariowane i zacząć niemal boleśnie obijać się o żebra.
      Ignotus wpatrywał się w Reeve z taką napastliwością, że wcale nie zaskoczyło go, gdy w pewnej chwili odwróciła się i spojrzała na niego. Musiała wyczuć jego natrętny, nachalny i natarczywy wzrok. Kiwnął jej głową na powitanie i uśmiechnął się, a wówczas, chłopak, z którym aktualnie tańczyła złapał ją za rękę i zmusił do obrotu wokół własnej osi, co spowodowało, że przestała spoglądać na Ślizgona.

      Ignotus

      Usuń
    3. - Więc nie rań mnie więcej sectumsepmrą twoich słów, nie chcę patrzeć w twoje oczy, nie chcę dzielić z tobą snów. - Zawodzenie wokalistki odbijało się echem w głowie Reeve. - Nie chcę więcej twoich starań, deportuj byle dalej się, możesz znikać jak najprędzej i nie krzywdzić więcej mnie!
      - Ładnie tańczysz - jej pożal się Boże partner do tańca wrzasnął jej do ucha, co skwitowała tylko uniesieniem kącików ust, a ten, niezrażony, kontynuował: - JAK SIĘ BAWISZ?!
      - Świetnie - skłamała, obracając się pod jego wyciągniętym ramieniem, o mało nie wpadając na dziewczynę wykonującą ten sam wyćwiczony ruch. Piosenka dłużyła się w nieskończoność, a Eva zastanawiała się tylko nad tym, kiedy nadejdzie dobra pora by się zmyć do dormitorium, wziąwszy ze sobą pozostałości syriuszowego zapasu alkoholu. Jednocześnie czuła, że coś jej ciążyło, jak kilkanaście kamieni zaszytych w piersi, ciągnących ją w dół niczym kotwica. Wzrokiem omiotła salę, być może w potrzebie zlokalizowania Pottera, któremu chciała lada chwila oznajmić, że kończy imprezę, ale jej spojrzenie w połowie pomieszczenia spoczęło na jego całkowitym przeciwieństwie. Zamarła na ułamki sekundy, a kamienie w klatce piersiowej zwiększyły swą objętość i masę stukrotnie, pozbawiając ją tchu, jakby ktoś wyssał z pomieszczenia cały tlen. Serce rozpaczliwie usiłowało wtłoczyć w komórki wraz z krwią jego resztki, bijąc jak opętane. Kiedy kiwnął jej głową na powitanie, a później - słodki Jezu - uśmiechnął się jednym z najpiękniejszych uśmiechów jakie dane jej było w życiu widzieć, kamienie zmieniły się w stado motyli, których skrzydełka obijały się o jej organy, powodując salwę dreszczy, co zaskoczyło nawet ją samą, bo kompletnie nie spodziewała się po sobie takiej reakcji na jego widok. Mimowolnie odwzajemniła gest, chociaż w jej wykonaniu musiało to wypaść dość blado. Chłopak, który wyciągnął ją na parkiet, przedstawiający się wcześniej jako Rick, wymusił na niej kolejny obrót, więc chcąc-nie chcąc dostosowała się do prowadzącego. Kiedy znów znalazła się w wyjściowej pozycji, Ignotus wciąż stał w tym samym miejscu, świdrując ją spojrzeniem, które postanowiła za wszelką cenę wytrzymać.
      Teraz dotarło do niej, że przez cały wieczór nie widziała Darkfitcha nawet przez sekundę, tak samo jak i Evans, a ostatnio kiedy się widziały, Ruda była jeszcze w dormitorium, wprowadzając ostatnie poprawki w swoim wyglądzie. Wiedziała, że mieli pojawić się razem, w końcu od jakiegoś czasu konsekwentnie utrzymywali, że są parą i do teraz Eva nie potrafiła określić swojego stosunku do tej nagle odnalezionej nici sympatii objawiającej się leceniem w ślinkę w każdym miejscu, gdzie się wraz z nimi znalazła. Na swój sposób to było przekomiczne, ale z drugiej strony trafiał ją szlag, do czego nie chciała się przyznać nawet przed sobą.
      W końcu, piosenka dobiegła końca. Więc korzystając z okazji, czmychnęła jak najszybciej od Puchona, dziękując za wspólny taniec. Jej stolik, a przy nim jej torebka, znajdowały się dokładnie za Ignotusem, więc ruszyła w tymże kierunku z głową uniesioną do góry.

      Usuń
    4. Ruszyła w jego kierunku, a w jego jaźni natychmiast pojawiła się myśl by jak najszybciej gdzieś się ulotnić. Owszem uśmiechnął się do niej, ale nie był gotowy na konfrontację. Nie po tym wszystkim, co wyznał jej ostatnio. Ani po tym, co zobaczyła chwilę po owym wyznaniu. Nie po tym, jak dowiedział się, że jest z Potterem. I w końcu - nie kiedy wyglądała jak bogini, która przed momentem zstąpiła z nieba, by kusić śmiertelników swym niepodważalnym pięknem. Pragnął się rozpłynąć, zniknąć, wtopić się w otoczenie, albo chociaż odwrócić na pięcie i ruszyć, gdzieś, gdzie nie będzie zmuszony patrzeć na ten obraz nieskalanego ideału mając jednocześnie tą bolesną świadomość, iż patrzenie jest jedyną rzeczą na jaką może sobie pozwolić. Ale był Darkfitchem, a członkowie tego rodu nie są tchórzami, którzy pozwalają sobie czmychnąć w stresowych sytuacjach. Musi stawić temu czoła, musi stawić czoła Reeve.
      Tymczasem muzyka przestała grać. Zespół zrobił sobie przerwę. Eva była zaledwie kilka metrów od niego. Nastała chwila, w której musiał podjąć decyzję, co zrobić dalej. W głowie zabrzęczały mu jego własne słowa. „Wiesz Reeve, od dziś będzie tak jakby nic między nami nie zaszło. Odpuszczę sobie i tobie. Z szacunku do tego, co nas łączyło postaram się o tym zapomnieć.” Wziął głęboki haust powietrza, po i przywołał na twarz uśmiech. Z szacunku do tego, co nas łączyło zachowam się jak gentelman. Postanowił i ukłonił się dziewczynie, gdy ta była już tak blisko niego, że gdyby wyciągnął ręce mógłby chwycić ją w objęcia i zatopić twarz w jej gładkich, lśniących włosach.
      - Jak mija wieczór? – zapytał niby mimochodem.
      Przecież chyba może porozmawiać z nią po przyjacielsku? Nie ma w tym nic zdrożnego. Nie ma w tym nic niewłaściwego. Przecież nie zaczną nagle udawać, że się nie znają. To byłoby dziecinne i głupie. A oni są dorosłymi, poważnymi ludźmi.

      Usuń
    5. Przerażenie. Dokładnie to uczucie, wzmagające się z każdym pokonywanym przez nią metrem w kierunku chłopaka, uparcie walczyło o dominację nad każdym procesem zachodzącym w jej organizmie. Nogi miała jak ulepione z gliny i ostatnie, czego jej brakowało, to potknąć się o powłóczystą sukienkę, czy nie daj Boże przewrócić i złamać nogę. Chociaż to i tak wydawało jej się mniej trwożące niż konfrontacja z Ignotusem. Kiedy rozmawiali ostatnim razem, padło zbyt wiele znaczących słów i wyznań, łącznie z solennym zapewnieniem Ignotusa o tym, że tamten szlaban był epilogiem ich wspólnie pisanej historii. Jak powiedział, tak udowodnił i to błyskawicznie. Co tu było do dodania?
      Kiedy podeszła bliżej, na jego ten twarz wstąpił ten sam uśmiech. O ironio, wygląda jak anioł... - przemknęło jej przez głowę, zanim zdusiła tę myśl w zarodku. W ciemnej, idealnie skrojonej i eleganckiej szacie, z jasnymi zmierzwionymi włosami, w które miała ochotę wpleść palce, z tym uważnym niebieskim spojrzeniem... Wyglądał jak anioł, nie będąc nim wcale. I co w tym wszystkim było najgorsze, natrudniejsze do zniesienia i przyznania, od dawien dawna nie był jej aniołem.
      Ukłoniwszy się, zadał jej pytanie, a do Reeve dotarło, że to pierwsze słowa jakie powiedział do niej od przeszło trzech tygodni [nie wiem jaki odstęp czasu, strzelam XD]. Na dźwięk lekko zachrypniętego głosu przeszedł ją delikatny dreszcz.
      - Bale walentynkowe to nie moja bajka - powiedziała całkiem szczerze, unosząc delikatnie dół sukni, w obawie przed jej podeptaniem przez jakiegoś przechodzącego ucznia. - A tobie? Nie widziałam cię wcześniej.
      Całkiem normalna dla normalnych znajomych wymiana uprzejmości w ich wykonaniu wydawała się Evie strasznie nienaturalna, bo z całą pewnością nie można było powiedzieć, że z Ignotusem łączyło ją cokolwiek normalnego... Wróć. Tak właściwie, to nie łączyło ich już kompletnie nic.

      Usuń
    6. Nie widziałam cię wcześniej.
      Jedno krótkie, niewinne zdanie, a wywołało całe tsunami myśli. Czy fakt, że go nie widziała, znaczył, iż go wypatrywała? A jeśli go wypatrywała, czy było to równoznaczne z tym, że chciała go zobaczyć? A jeśli chciała go zobaczyć, czy to możliwe, iż nie jest jej całkowicie obojętny? A może wcale nie szukała go wzrokiem i myśl, która wypłynęła z jej ust była najzwyklejszym w świecie stwierdzeniem faktów? Wszak dopiero dotarł na bal i nie miała szansy spotkać go na nim wcześniej.
      - Całkiem nieźle. – Skłamał odpowiadając własne pytanie, które rzucił w stronę Reeve, a ona odbiła je po chwili w jego kierunku udzielając mu uprzednio zdawkowej odpowiedzi. – Zdaje się tylko, że zgubiłem moją Walentynkę – dodał wzruszając ramionami.
      Czuł się niezręcznie. A właściwie dużo bardziej niż niezręcznie. Zastanawiał się czy widać po nim jak bardzo jest skrępowany. Swoją drogą zabawne, że wciąż potrafi odczuwać zakłopotanie, choć jeszcze niedawno mógłby przysiąc, że odczuwanie tego doznania, jak i wielu mu podobnych, jest czymś czego oduczył się już jako dziecko. A teraz stał całkowicie zmieszany naprzeciwko Reeve i nie wiedział, jak postępować dalej. Kontakty z nią zdecydowanie należały do trudnych i chyba dlatego tak bardzo ich łaknął. Była dla niego wyzwaniem, a każda chwila z nią stanowiła przygodę, za którą gotów był oddać całe lata w towarzystwie innych dziewczyn. Jednocześnie miał świadomość, że każda sekunda spędzona razem jest dlań jedynie ułudnym kawałkiem kradzionego szczęścia, za które niegdyś przyjdzie mu odpokutować.
      - Zresztą tobie twoja chyba też się gdzieś zapodziała. – Rzucił tą uwagę bez złośliwości. Ot, najzwyklejsze spostrzeżenie poprzedzone mało wnikliwą obserwacją. W końcu trudno byłoby przegapić Pottera, gdyby kręcił się gdzieś obok niej. Nie był ani mały, ani cichy. Poza tym uwielbiał błyszczeć i być w centrum zainteresowania.

      Ignotus

      Usuń
    7. Nigdy przebywanie w towarzystwie Ignotusa nie było dla niej trudniejsze. Świadomość znajdowania się na wyciągnięcie ręki i niemożność zrobienia niczego, na co miało się ochotę, wliczając w to wtulenie się w umięśniony tors i schowanie twarzy w zagłębieniu szyi, było jak wielogodzinna wędrówka po rozgrzanej pustyni bez kropli wody w ustach, a później obserwowanie pełnej życia oazy zza tafli grubego szkła.
      Najbardziej przerażające w tym wszystkim było to, że pomału docierało do niej, co czuła będąc tak blisko Ślizgona, a jednocześnie pojawiało się w niej poczucie akceptacji tego stanu, jakby był on nieodłącznym elementem jej egzystencji, czymś, czego nijak nie dało się wyciąć z jej życia. Poczucie akceptacji stanu, a może pogodzenia się ze świadomością, że to tak naprawdę Ignotusa nigdy nie wyrzuci ze swoich myśli, albo też szaleńczo obijajacego się w klatce piersiowej organu.
      Zdaje się tylko, że zgubiłem moją Walentynkę.
      Już sam ton, którym wypowiedział te słowa świadczył o tym, że Darfitch nieszczególnie ubolewał nad tym faktem, a może była to tylko imaginacja Evy, wytwór wyobraźni kpiącej z jej płonnych nadziei na to, że może kiedyś, gdy karta się odwróci, sama mogłaby stanowić jego parę na nawet najgłupszym balu, przebijającym pod każdym względem tantetę, która emanowała z każdego kąta tej sali.
      - Ostatnio kiedy widziałam twoją dziewczynę, była jeszcze w dormitorium - odparła spokojnym tonem, odgarniając włosy, które łaskotały ją w twarz za ucho.
      Prawdopodobnie kompletnie jej odbiło, ale sama obecność Ignotusa, działająca na nią po tysiąckroć mocniej niż w przypadku jakiejkolwiek innej osoby sprawiała, że zapominała o całym świecie. O tym, że trwa bal, że bolą ją stopy, że od zaduchu panującego w sali jest jej niedobrze, o tym, z kim Ignotus przydzedł [no, niekoniecznie XD] na ten bal i, co było najważniejsze, o tym, z kim ona sama się tutaj pojawiła, o czym przypomniał jej dopiero Ślizgon.
      Resztą silnej woli powstrzymała się przed nerwowym rozejrzeniem po sali w poszukiwaniu ciemnej czupryny. Naprawdę nie wiedziała gdzie jest Potter, ani z kim, chociaż podejrzewała, że towarzyszy mu pewnie jakaś nalegająca na taniec fanka. Przez ostatnie minuty nie pomyślała o Rogaczu nawet przez sekundę, będąc całkowicie zaabsorbowaną mężczyzną stojącym przed nią [awww, to tak brzmi :3 musiałam, ta elegancka szata Ignasia, w której go sobie wyobrażam tak na mnie działa <3] i nie odczuwała żadnych wyrzutów sumienia, zero poczucia, że robi coś niewłaściwego. Wręcz przeciwnie.
      - Prawdopodobnie próbuje obtańczyć całą salę - rzuciła, wzruszając ramionami. Gdziekolwiek był i cokolwiek robił, pewnie brylował w każdej dziedzinie, zachwycając kolejne rzesze fanek, a Evę ni to ziębiło ni grzało, tym bardziej, że znała go od tej strony już od przeszło dziesięciu lat.

      Usuń
    8. Głupi Potter
      Gdyby Eva przyszła na bal Ignotusem nie odstąpiłby jej nawet na sekundę. Trwałby przy jej boku rozkoszując każdą chwilą jej towarzystwa, upijając nią i modląc się o każdą kolejną.
      - Pięknie wyglądasz – wypalił lustrując wzrokiem jej delikatną sukienkę.
      Chociaż zdecydowanie bardziej podziwiał to, co miała pod nią.
      Uśmiechnął się przekornie, zmrużył oczy, tak jakby się nad czymś głęboko zastanawiał i powiedział:
      - W ogóle to gratuluje. Myślę, że – przełknął ślinę – pasujecie do siebie z Potterem. Mam nadzieję, że da ci szczęście.
      Bo jeśli cię skrzywdzi to go zabije.
      W myśleniu Ignotusa było dużo hipokryzji. W końcu swego czasu był osobą, która miała monopol na ranienie dziewczyny. Na pewno wylała przez niego całe morze łez. Paradoksalnie jednak nie mógł dopuścić do siebie myśli o tym, że ktokolwiek poza nim może zadać jej cierpienie. Zupełnie, jak starszy brat, który całe dnie poświęca na dokuczenie młodszemu rodzeństwu będący jednocześnie w gotowości do tego żeby natłuc komukolwiek innemu, kto się mu złośliwi.
      Być może podświadomie wmówił sobie, że to jedyny sposób, by zostać w jej pamięci. Jeśli nie mógł być tym, który da jej szczęście, w jej wspomnieniach, stanie się tym, który jej je odebrał. Choć na ten krótki moment nim zrozumiała, iż jej prawdziwą miłością jest Potter. W ten pokrętny sposób na zawsze pozostanie dla niej w jakimś stopniu ważny. Na zawsze go zapamięta, nawet, jeśli będzie myśleć o nim jako o tym, który był jej pierwszym, wielkim rozczarowaniem. Chwytał się tej myśli tak, jak śmiertelnie chory człowiek chwyta się każdego, pojedynczego dnia - zachłannie i z nadzieją.
      Tymczasem zespół wrócił na scenę i zaczął grać kolejny, smętny utwór.

      I choćby rzucili na mnie Cruciatusa.
      Ja nigdy, przenigdy nie wyrzeknę się tego uczucia.
      Amortencja pachnie mi tobą!
      Bez ciebie nie byłbym sobąąą…
      Ooooooooo…. Niieee


      Ignotus pokręcił głową słysząc zawodzenie wokalisty.
      - Skoro i twoja i moja Walentynka przepadły – zaczął spoglądając w stronę zespołu – a ten utwór jest taki powalający, że nie wyobrażam sobie bym nie mógł przy nim popląsać, to może dasz się skusić na jeden taniec ze starym przyjacielem?
      Wyciągnął w jej stronę dłoń i w napięciu oczekiwał jej reakcji.

      Usuń
    9. Spodziewała się, że Ignotus odpowie na jej słowa kąśliwą uwagą, która zapewne okaże się bardzo trafna, ale nie stało się nic, co mogłoby chociaż w minimalnym stopniu zamortyzować całą siłę jednego, lakonicznego komplementu, który, wymówiony jego ustami, zadziałał na nią potężnym uderzeniem gorąca. Reeve mogła dziękować tylko w duchu za to, że nie potrafi się rumienić, inaczej stałaby przed nim, skrępowana jak trzynastolatka, ze spąsowiałymi policzkami.
      - Dz-dziękuję, ty również niczego sobie - oceniła, nie odmawiając sobie ogromnej przyjemności otaksowania sylwetki Ignotusa wzrokiem jeszcze raz.
      - Myślę, że pasujecie do siebie z Potterem. Mam nadzieję, że da ci szczęście.
      Chwila milczenia, która zapadła między nimi była niczym gilotyna ruszająca w dół szafotu. Słowa, niczym potężny cios pozbawiający oddechu wymierzony w brzuch, zadudniły echem w jej głowie, a całe ciało spięło się momentalnie. Nie wiedziała co odpowiedzieć, myśli galopowały niczym spienione konie we wszystkich kierunkach, wprawiając ją w jeszcze większe zakłopotanie. Co miała powiedzieć? Dziękuję, tobie również gratuluję nawiązania wątpliwej nici porozumienia z Evans albo Tak, jestem cholernie szczęśliwa, bęcąc w związku, o którym zapominam, kiedy tylko na ciebie spojrzę.? Okłamywanie samej siebie przychodziło jej z wielkim trudem, była pewna, że Ignotus i tak czytający z niej jak z otwartej księgi, na pewno wyczułby fałsz w jej głosie. Natomiast powiedzenie prawdy i stawienie czoła swoim uczuciom nie wchodziło w grę, bo Reeve nie czuła się w najmnniejszym stopniu gotowa na to, co mógłby przynieść taki obrót sprawy, więc milczała, jednocześnie usiłując nie wlepiać spojrzenia jak tchórz w czubki swoich butów wystających spod koronkowej sukienki.
      Paradoks polegał na tym, że cokolwiek oboje by czuli, będą zapierać się rękami i nogami by temu zaprzeczyć. Nawet jeśli czuliby to samo, czego Reeve nie chciała umieścić nawet w kategorii marzeń, w obawie przed kolejnym zranieniem, do którego niewątpliwie by doszło, gdyby Darkfitch wciąż tak wytrwale trzymał się warunków umowy, którą sam przedstawił i tylko on podpisał. Bo ona nie zapomniała.

      Przed następstwami tej krępującej ciszy ocaliło ich rozpoczęcie się kolejnej piosenki, która brzmiała jeszcze gorzej, niż poprzednia, ale miała spokojniejszą i cichszą melodię, więc była znośna dla nadwyrężonych uszu dziewczyny.
      W duchu dziękowała Ignotusowi, że przerwał milczenie, bo ona sama prawdopodobnie nie byłaby w stanie tego dokonać. Propozycja tańca z nim było najlepszym, co ją tego wieczoru spotkało, więc chwyciła jego rękę, która w dotyku okazała się przyjemnie ciepła, dosłownie roztapiająca cały lód, który wokół siebie zgromadziła przez ostatnie sekundy.
      "Stary przyjaciel" przywołał w jej głowie kalejdoskop wspomnień sprzed okresu, w którym ich życie tak mocno się komplikowało. Kiedy widziała Ignotusa jedynie w kategorii przyjaciela przez tyle lat ile minęło od ich pierwszego spotkania w pociągu. Teraz mogłaby wystawić sobie trolla za spostrzegawczość, którą tak się szczyciła. Była kompletnie ślepa, nie zauważała, kogo miała na wyciągnięcie ręki i jednocześnie żadnej swojej reakcji na niego nie potrafiła przypisać odpowiedniego uczucia.
      - Z chęcią - wymamrotała, siląc się na spokojny i opanowany ton.
      Ruszyła na parkiet, stale trzymając jego dłoń, aż w końcu znaleźli dla siebie odrobinę miejsca wśród tłumu. Czując na talii rękę Ignotusa była pewna, że zaraz naprawdę zacznie się rumienić. Tak, jakby jej ciało uczyło się na nowo sposobu, w jaki Ignotus zawsze ją dotykał. Delikatnie, powoli, jakby była kruchą porcelaną.

      Usuń
    10. [Godziny dodania Waszych dwóch ostatnich wpisów naprawdę mnie przerażają XD]

      Drew

      Usuń
    11. [sama tez o ósmej rano poczulas palaca potrzebę sprawdzenia naszego wątku? Mama miala mnie obudzić za 15 szósta a obudziła za 15 piąta, więc :DDD]

      Usuń
    12. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, czym w istocie jest szczęście. Oczywiście, gdyby ktoś zapytał go czy jest szczęśliwy bez namysłu odpowiedziałby, że tak, ale trudno stwierdzić czy nie mijałby się wówczas z prawdą. Czasami miał poczucie, że czegoś w jego życiu brakuje. Innym razem, że czegoś jest za dużo. Lubił wymyślać alternatywne wersje rzeczywistości, w których jego egzystencja wyglądała skrajnie inaczej niż w rzeczywistości tylko po to, by po chwili stwierdzić, iż status quo w zupełności mu odpowiada i tworzenie opcjonalnych wersji zdarzeń jest głupim marnowaniem czasu, na które poważny człowiek nie powinien sobie pozwalać. Innym razem spoglądał na ludzi, będących w jego mniemaniu definicjami radości oraz poukładanego życia i nie potrafił powstrzymać palącej go zazdrości, która nieopatrznie wdzierała się w jego trzewia.
      Teraz jednak, gdy trzymał Evę Reeve w objęciach i wirował z nią w takt tej głupiej, kiczowatej pioseneczki poczuł się tak jakby wszystko było na swoim miejscu. Zbędne stały się wszelkie wizje „lepszego” życia, obca była zazdrość wobec innych ludzi, bo trzymał w objęciach wszystko, czego pragnął i tak naprawdę nikt nie mógł być w tamtej chwili w lepszej sytuacji od niego. To on na tę jedną, krótką chwilę stał się definicją szczęścia. A tak właściwie to ona była jego szczęściem. I póki trzymał owo szczęście w ramionach nic nie mogło zakłócić tego bezdennego poczucia sensowności istnienia, które zawładnęło jego jaźnią.
      Wtulił twarz w jej włosy wdychając w płuca ich zapach. Dłonie, które spoczywały na talii dziewczyny poczynały palić go żywym ogniem. Nigdy nikogo i niczego nie pragnął tak mocno jak jej.
      A może pragnął jej tak bardzo, dlatego, że nie mógł jej mieć? Życie jest takie przewrotne, niesprawiedliwe i trudne.
      Chciał powiedzieć jej tak wiele rzeczy, ale słowa uwięzły mu w gardle. Przygarnął, więc ja jedynie silniej do siebie starając się, by ta chwila na zawsze wyryła się w jego pamięci.

      [Spisane w warszawskim McDonaldzie xd. Przepraszam za jakość. Drusiu ;p. przed piątą wyjeżdżałam do stolycy, więc mam sensowną wymówkę na to, że o tej porze byłam nam blogu xddd.]

      Usuń
    13. [Moja twarz w tej chwili jest tak bardzo, nie wiem jaka, ale wygląda tak: :>>>>>
      sajfaboufufjbuqgbrujbf rozczulam się, ojeej, jeju tak mi ich szkoda :C
      CZEMU ONI NIE SĄ RAZEM?! SHDBASHFAKJF BY WAS ;_;]

      Usuń
    14. Utwór okazał się balladą, spokojną i płynącą leniwie wraz z kolejnymi stawianymi przez nich krokami. Jeszcze chwilę temu Reeve czuła się skrępowana, a jej uczucia przypominały wzburzony sztormem ocean; teraz to wszystko odpłynęło, pozostawiając ją odizolowaną od zewnętrznego świata, zamkniętą w silnych ramionach i tak cudownie lekką, jakby po raz pierwszy w jej życiu wszystko było na swoim miejscu. Bo było, zapominając o całym dystansie, tańczyła wtulona w swoje wszystko, pragnąc zatrzymać czas na tak długo, jak tylko się dało, czerpać garściami z tej magicznej, jedynej w swoim rodzaju chwili, bo kiedy chłopak odejdzie, po błogim cieple wypełniającym jej organizm zostanie tylko trwożąca pustka. Skorupa, której nie wypełni niczym.
      Kiedy Ignotus przyciągnął ją silniej do siebie, pozbawiając się resztek męczącego oboje dystansu, jaki się między nimi utrzymywał, Eva znalazła się tak blisko, że miała wrażenie, jakby czuła rytmiczne uderzenia serca chłopaka, chociaż równie dobrze mogła słyszeć swoje, tak poruszone przeżywaną przez nią chwilą.
      Czy to było możliwe? Czy Ignotus mógł żałować tego, co powiedział jej w lochach? Niczego tak bardzo nie pragnęła, pragnęła całą sobą, każdą pojedynczą komórką ciała, która zdawała się być stworzoną właśnie dla tego tańca, który od kilkunastu uderzeń serca, czego nawet nie zauważyła, polegał na powolnym kiwaniu się w rytm muzyki i upajaniu się swoją bliskością, która przypominała zażywanie nartotyku po długiej abstynencji. Reeve poczuła się jak usychająca na słońcu róża, nareszcie wstawiona w chłodną wodę.
      Po tym wszystkim co razem przeszli, nigdy nie sądziła, że to uczucie, jakkolwiek mogła je nazwać, urośnie do tak potężnych, przekraczających jej wyobraźnię rozmiarów. Myślała, że te wszystkie wydarzenia zdusiły je w zarodku, zdeptały niczym nic nie wartego robala, a tymczasem, dość przewrotnie, okazało się, że oboje mimowolnie pozwolili mu dojrzeć, przez co znaleźli się dokładnie w tym miejscu, wtuleni na środku wielkiej sali, która teraz o dziwo wydawała jej się najpiękniejszym miejscem na świecie.

      Usuń
    15. Nie wierzył w życie po śmierci. Nie wierzył w wieczność. Nie wierzył w zbawienie. Ale do głowy przyszła mu absurdalna myśl, że gdyby istniał jakiś raj, gdzieś poza doczesnością, to mógłby on składać się właśnie z tej chwili rozciągniętej w nieskończoność. Wszystko się zamazało. Nie było już Wielkiej Sali, nie było tej setki uczniów krążących gdzieś dookoła nich, nie było żadnego balu ani nawet Hogwartu. Była tylko ONA zamknięta w jego ramionach. Było tylko bicie jej serca, tak blisko jego własnego serca, również walącego w piersi jak szalone. Przez moment miał wrażenie, że stali się jedną jaźnią, jednym organizmem i czuł, że gdyby wypuścił ją teraz z objęć straciłby zdolność oddychania.
      Nie wiedział, kiedy jego usta dotknęły jej szyi. Zrobił to chyba machinalnie. Choć dokładnie pamiętał jak odgarniał jej włosy, by mieć lepszy dostęp, do miejsca, w którym złożył pocałunek, miał wrażenie, iż kierowała nim wówczas jakaś siła wyższa. Vis Maior pchająca ich ku sobie od tak dawna, kpiąc z Losu, który dla odmiany postanowił za wszelką cenę ich rozdzielić. Dokładnie tak... Byli tylko pionkami na ich szachownicy. Albo ofiarami ich zakładu.
      Kiedy jego wargi dotknęły jej skóry zadrżała. Czuł to wyraźnie. I tym razem był stuprocentowo pewny, że nie był to efekt jego imaginacji.
      Natychmiast się zreflektował.
      - Przepraszam – wyszemrał unosząc głowę i patrząc jej w oczy. – Nie powinienem.
      Nigdy nie interesowało go to, co powinien. Dlaczego więc teraz, do jasnej cholery, postanowił postąpić słusznie? Dlaczego właśnie w tej chwili, kiedy całe jego człowieczeństwo krzyczy, by wpić się w jej usta z taką zawziętością jak nigdy przedtem, decyduje zachować się, jak dobry i ułożony młodzieniec?
      Zszacunku do tego, co nas łączyło zachowam się jak gentelman. Powtórzył sobie po raz milionowy tego wieczora. Uśmiechnął się niepewnie, całkowicie wbrew sobie, starając się zapanować nad ochotą do tego, by rozbić głową, jedną ze ścian Wielkiej Sali.
      Wszystko to, co przed momentem zdawało się rozpłynąć wróciło i uderzyło z niego z siłą zaklęcia uśmiercającego. Znowu ujrzał największe pomieszczenie Hogwartu skrzętnie wypełnione ludźmi. Znowu usłyszał muzykę. I kiedy spojrzał na Evę wrócił do niego, na moment odcinając mu dopływ powietrza, że jest dziewczyną Pottera. Pottera, który jest gdzieś, tutaj, w tym rozbawionym tłumie ludzi, i który jako jedyny ma prawo do tego, by całować Reeve.
      Rzeczywistość to suka.
      I nie chodziło wcale o to, że szanował jakiekolwiek prawa Pottera. Miał je gdzieś. Ale nie chciał sprawiać problemów Evie. Już dość kłopotów miewała przez niego w przeszłości
      . Miłość jest zaprzeczeniem egoizmu . Jej szczęście jest dla niego ważniejsze niż własne.
      Myśl ta zaskoczyła go do tego stopnia, że zatrzymał się wpół kroku. Nigdy nie sądził, że doczeka chwili, gdy życie i pomyślność innego człowieka stanie się dlań istotniejsze niż swoje.

      Syriusz

      Usuń
    16. [Znaczy Ignotus xd]

      Usuń
    17. [omnomonomn <3 i ja tego okropnego Pottera rozwalacza związków prowadziłam! wstyd! ;<]

      Usuń
    18. Gwiazdy zawieszone na wysokim sklepieniu oświetlały jego twarz, tworząc na niej teatr cieni wyostrzający idealne rysy, linię szczęki wzdłuż której pragnęła posuwać się, pozostawiając ścieżkę złożoną z pocałunków, aby na końcu wpić się z całą zachłannością w usta, wciąż czując niedosyt po ostatniej dawce tego narkotyku, zbyt małej, by mogła przeżyć choć chwilę dłużej.
      Ograniczenie się jedynie do przelotnego spojrzenia przypominało jej żałosne próby przeciwstawienia się wszystkim, bijącym się o dominację w jej organizmie instyntkom, które pragnęły bliskości Ignotusa jak nigdy wcześniej. Tak, jakby próbowała zawrócić rwący nurt przy pomocy samego wiosła, działając całkiem wbrew sobie.
      Nie chciała jednak robić niczego, czego Ignotus by nie chciał, co mogłoby zaburzyć jakkolwiek jego postanowienie. Rzecz, na którą się zdecydował, jednocześnie nieświadomie łamiąc jej serce na tysiące kawałeczków, które teraz był w stanie poskładać za pomocą jednego dotyku i tak samo łatwo zniszczyć bezpowrotnie w przypadku, gdyby ją odrzucił, a Eva nie miała wątpliwości, że tym razem to mogłoby ją doprowadzić na sam skraj cierpienia, skąd jedyna droga prowadziła w dół i zatracenie.
      Kiedy na szyi poczuła pocałunek Ignotusa, z pozoru będący jak muśnięcie piórkiem, które ona sama odczuła niczym rozżarzone do czerwoności piętno, odciskające się na jej skórze i zostawiające trwały ślad, zadrżała mimowolnie.
      Nie mogła tego sobie wyobrazić. Nie była w stanie oddać czegoś tak realnego, poruszającego wszystkie jej zmysły i doprowadzającego do bezgranicznej euforii.
      I jeśli przez ułamek sekundy odważyła się przynajmniej pomyśleć o tym, że jedno z nich było gotowe, by zdobyć się na jakikolwiek krok naprzód, to jej nadzieje zgasły jeszcze szybciej, jak płomień zapałki smagnięty zimnym wiatrem.
      - Przepraszam. - Spojrzał jej w oczy, z których chyba po raz pierwszy nie potrafiła nic wyczytać. - Nie powinienem.
      Te słowa były niczym gilotyna przecinająca jej myśli na pół, które niczym całkiem odrębne świadomości postanowiły stoczyć bój w jej głowie. Ignotus miał rację, bo on miał Evans, a Reeve była w związku z Potterem. Potterem, którego ponad wszystko nie chciała zranić chociaż w najmniejszym stopniu. Potterem, który był teraz... W zasadzie, to nie miała pojęcia nawet gdzie był. Nie miała pojęcia, co do niej czuł i co najważniejsze: co sama czuła. Nie była pewna już niczego, każdy filar jej na nowo poukładanego życia mógł być tym, który prędzej czy później zawiedzie. Ale ze wszystkich rzeczy na tym świecie, tej jednej jedynej była pewna. Bała się, ale była pewna.
      W końcu zdobyła się jedynie na ledwo słyszalny szept, który, miała nadzieję, Ignotus zdoła wychwycić z panującego dookola gwaru. Zwłaszcza, że mówiła wprost do jego ucha, całą sobą próbując się przekonać, że nadeszła pora, aby przestać ranić przede wszystkim siebie.
      - Wręcz przeciwnie. Powinieneś był zrobić to już dawno.

      Usuń
    19. Wręcz przeciwnie. Powinieneś był zrobić to już dawno.
      Czy ona naprawdę to powiedziała, czy poważnie zaczynał cierpieć już na jakieś omamy? Może w ogóle nie dotarł na bal, spił się do granic możliwości i leży teraz pod jakimś stołem w Pokoju Wspólnym pogrążony w alkoholowych wizjach.
      Mniejsza.
      Jeśli to był efekt spożycia Ognistej Whisky to on nie chciał trzeźwieć. Jeśli to była tylko piękna imaginacja, to wolał żyć w niej niż w rzeczywistości.
      Skrzydełka motyli obijały się o krawędzi jego żołądka, a on po tym, co usłyszał albo wydawało mu się, że usłyszał zdawał się zawisnąć kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Opanowało go dziwne do opisania uczucie bezwładności, wrażenie jakby był lżejszy od powietrza. Jak balonik wypełniony helem, który od odlotu ratuje tylko sznureczek trzymany w czyjejś dłoni. Jego sznureczkiem, a jednocześnie dłonią, która owy sznuteczek trzymała była Reeve.
      Jego Reeve. Nie Pottera. Tylko i wyłącznie jego. Od pierwszej chwili, gdy ich spojrzenia się spotkały dawno temu, w Expresie Hogwart, była bezsprzecznie i niezaprzeczanie jego. Choć nie miał do niej żadnego prawa własności, choć była jego bezpodstawnym wzbogaceniem [człowiek prawnik xddd] wiedział, że w całej rozciągłości, od czubka głowy po koniuszki palców każdej kończyny należała do niego.
      Przypomniał sobie zdania, które nie tak dawno temu wyczytał w pamiętnikach swojej matki, a których wtedy nie potrafił zrozumieć.

      „Czuje jego zapach nawet, gdy nie ma go obok. Słyszę jego głos w ciszy.

      Jak to się stało, że ktoś, kto jeszcze niedawno był kimś zupełnie bez znaczenia nagle stał się wszystkim?

      Jest moją definicją miłości.
      Odpowiedzią na każde pytanie.
      Światłem w mroku.
      Szklanką wody na Saharze.
      Jest moim początkiem i końcem.”


      Nagle, po raz pierwszy w życiu poczuł niezwykłą więź z Loreną Darkfitch. Dotarło do niego, jak wielkie brzemię spoczywa na tej drobnej, wiotkiej kobiecie. Brzemię utraconej miłości, które jeszcze niespełna pół godziny temu zdawało się być również jego udziałem. Dzięki temu wiedział, jak jest ciężkie i jak trudno maszerować przez życie, gdy spoczywa ono na twoich barkach. A ona dźwigała je już od tak wielu lat.
      Teraz jednak nie potrafił się nad tym zastanawiać. Przed sobą miał swoją własną definicję miłości, odpowiedź na wszelkie pytania. Światełko w tunelu. Niekończącą się szklankę wody w skwarze. Początek wszystkiego, co go definiuje, a także koniec każdej rzeczy określającej go.

      Usuń
    20. Stała przed nim, jednocześnie niewinna i grzeszna, dziewicza i kusząca, rozpalająca i gasząca. Anioł w ciele diabła albo diabeł w skórze anioła. Sam już nie wiedział. Wszystko mu się plątało, a każda przeciwność, która rozrywała Reeve na dwa osobne byty złożone w jednego człowieka jeszcze bardziej działała mu na zmysły i, co tu dużo mówić, podniecała go.
      Oszaleje przez nią. Niezależnie od tego jak potoczą się ich losy, on przez nią zwariuje . Jej obecność odbierała mu trzeźwy osąd sytuacji, sprawiała, że zmysły szalały, a on przestawał być pewien nawet tego, jak się nazywa.
      W końcu, ośmielony jej cichym przyzwoleniem, przywarł swoimi wargami do jej ust niemalże wtapiając się w nią. Nie był już Ignotusem. Nie był już Darkfitchem. Był Pragnieniem. Niewysłowioną żądzą, w której obydwoje mieli się spalić.
      Jego dłonie wędrowały po jej ciele, drażniąc nieosłonięte fragmenty jej skóry. Oh! Ile by dał, by mógł obdarzyć pieszczotą również te, które zakrywała sukienka. Drżał. Płonął. Topił się. A wszystko wewnątrz niego krzyczało błagalnie o więcej.
      Jego język splótł się z jej językiem i jeśli do tej pory miał jakiekolwiek wątpliwości, czy na pewno wyraziła zgodę na to, do czego właśnie dochodziło, tak teraz rozpłynęły się one przepadając w niebyt. Jej język bardzo szybko odnalazł, bowiem wspólny rytm z jego własnym językiem. [szukając synonimu dla słowa język poznałam, dzięki wikipedii jego budowę! i nikt nie wmówi mi, ze nasz blog nie pełni funkcji edukacyjnej] I po chwili nie wiedział już czy ich narządy tańczą, czy walczą o dominacje.
      Na moment oderwał się od dziewczyny tylko po to, by po chwili ponownie przywrzeć ustami do jej szyi. Muskając ją delikatnie, lecz jednocześnie zapalczywie i natrętnie. A następnie zaczął ją ssać i delikatnie przygryzać, na co Eva westchnęła cicho.
      Lewą dłonią odnalazł jej twarz i pogładził ją opuszkami palców.
      A wówczas rozległ się donośny łomot i do Ignotusa dotarło, że dalej są na balu, w Wielkiej Sali, a dookoła nich znajduje się cała rzesza ludzi.
      Chłopak rozejrzał się dokoła i zlokalizował źródło hałasu. Syriusz Black, najwyraźniej przesadził z alkoholem i zatoczył się na jeden ze stołów.
      Żałosny baran. Pomyślał Darkfitch i ponownie zwrócił wzrok w stronę Effy. Oczy dziewczyny błyszczały, a rozmazana szminka zdobiąca jej usta zdecydowanie dodawała jej uroku.
      - Chodźmy stąd – powiedział błagalnie, rzucając ukradkowe spojrzenie w stronę głębokiego dekoltu Gryfonki.
      Ślizgon nie mógł zauważyć, że Black zdoławszy się już pozbierać po spektakularnym upadku, niby całkowicie pochłonięty wygłaszaniem gorącej przemowy w stronę osób będących najbliżej niego, rzucił ukradkowe spojrzenie w kierunku Ignotusa i Reeve.

      Ignotus

      [Pozdrowienia dla wszystkich czytających ten wątek :3. Możecie mnie teraz zabić za przerwanie w tym miejscu. Pozdrawiam.
      Mikołaj, Ciebie też pozdrawiam, bo nie łudzę się, że po tym, jak pod żadnym pozorem nie pozwoliłam Ci przeczytać tego na laptopie, uszanujesz mą wolę i nie przeczytasz tego tu ;D.
      Na zawsze Wasza
      Wiśnia z kompotu

      A teraz, koniec przystanku. Wypiłam kawę i ruszam dalej w trasę.]

      Usuń
    21. Czy ona naprawdę to powiedziała? Czy może umysł podsunął jej marę, spełniającą najgłębsze pragnienie w obawie, że rzeczywistość nie byłaby na tyle piękna, aby pozwolić mu się ziścić?
      Zaczęrpnęła ze swojej gryfońskiej odwagi, żeby unieść głowę i spojrzeć mu w oczy - przez spojrzenie których niedowierzanie przebijało niczym tusz kartkę z pamiętnika - jedyny element, który stanowił potwierdzenie tego, że w istocie wśród tych wszystkich mniejszych i większych kłamstw, odważyła się powiedzieć prawdę.
      Czekanie na jego reakcje było dla niej zabójcze. Dusiła się i umierała rzucona na głęboką wodę, ciśnienie zgniatało ją, doprowadzając organizm na skraj wytrzymałości. Lada chwila jej żebra mogły nie wytrzymać nacisku i zapaść się w nicość wraz z całą jej jaźnią. Czekanie na jego reakcje było czekaniem na wyrok decydującym o życiu lub śmierci. Nie miała pojęcia, czy to dopiero ułamki sekundy czy długie godziny, które swoim mijaniem pozbawiały ją tlenu i wysysały z niej każdą iskierkę życia.
      A później nastąpił oddech.
      Oddech świeżym, rześkim powietrzem. Cały haust wypełniający jej płuca chłodną, życiodajną dawką, którą mało się nie zadławiła, poruszona darem otrzymanym na kredyt.
      W ten pocałunek przelali wszystko, czego nie mogli sobie powiedzieć i okazać przez tyle miesięcy. Każdy pierwiastek żalu, nieopisanej tęsknoty, która gromadziła się w trzewiach, a która nareszcie została uwolniona na zewnątrz, każde słowo, którego nie potrafiła wypowiedzieć na głos. Wszystko dobre i złe, co czuli, zostało spalone na popiół w żarze nieskończonego pożądania, który ogarnął ją całą. Zajęła się tym ogniem, topiąc pod wpływem dotyku Ignotusa niczym świeczka ogarnięta zbyt wielkim płomieniem. Z każdą kolejną sekundą tańca ich języków i rąk błądzących po rozpalonych ciałach zatracała się coraz bardziej, aż całkiem straciła kontakt z rzeczywistością, unosząc się gdzieś w wysoko do chmur poza ograniczające, głośne mury zamku. Miała poczucie, że wydarła swój własny kawałek nieba.
      Kiedy przeniósł swe usta, na których zaczynał i kończył się cały wszechświat Evy, na jej szyję, odchyliła ją bezwiednie, aby ułatwić Darkfitchowi dostęp do niej. Wszystkie jej receptory spalały się niczym pojedyńcze iskry, czerpiąc z tej chwili jak najwięcej, a fajerwerki w jej trzewiach dosłownie burzyły cały jej wewnętrzny spokój i porządek.
      Gdyby po śmierci istniało jakieś drugie życie, gdyby dane jej było osiągnąć Eden, miałby on kształt jego silnych ramion. Tonąc w nich, utonęła w oceanie płynnego szczęścia i miała wątpliwości, czy jej organizm zdoła wytrzymać taką dawkę narkotyku.
      Łomot nieznanego pochodzenia wybudził ją z transu i przypomniał o tym, gdzie się znajdują i co zaszło na oczach całej szkoły, tańczącej i sparowanej. Przy odrobinie szczęścia te pary były za bardzo wpatrzone w siebie, żeby cokolwiek dotrzec. Reeve nie chciała widzieć, jak wyglądała w tej chwili, cała rozpalona, z potarganyni włosami i pewnie zniszczonym makijażem. Powiodła wzrokiem w kierunku hałasu, obracają głowę i natychmiast zauważyła grupę osób, kłócących się zawzięcie, która składała się niemal w całości z jej przyjaciół. W żadnym wypadku nie wróżyło to niczego dobrego, ale poczuła się dziwnie zdystansowana, oddalona od tego zgiełku o lata świetlne. Cokolwiek się tam działo - jej to nie dotyczyło, nie miała potrzeby wchodzić między nich, nie chciała poznać nawet najmniejszych szczegółów.
      Ignotus nie musiał jej dwa razy powtarzać, pokiwała głową. Puszczenie jego ręki, by móc zacząć przeciskać się przez pary, było jak odcięcie linki trzymającej ją bezpiecznie nad przepaścią. Poczuła się okropnie źle, jakby przywrócona do rzeczywistego życia za pomocą kilku wyładowań respiratora, cofnięta w połowie drogi do światła.
      Ktokolwiek ich widział, gdziekolwiek był Potter, jakkolwiek jej sumienie wobec niego protestowało, machina ruszyła, a ona ani myślała ją zatrzymać, zachwycona prędkością i tym, dokąd prowadziła drogą, którą obrali.

      Usuń
    22. Gdy tylko opuścili Wielką Salę chwycił dłoń Evy i pociągnął dziewczynę za sobą. Przemierzali korytarze zmierzając w stronę…
      Właściwie czego?
      Przeznaczenia?
      I czym właściwie jest przeznaczenie?
      Wyrokiem owej Siły Wyższej? Zawirowaniem Ślepego Losu? Notatkami zapisanymi przez jakiś byt transcendentny na kartach księgi ich życia? Fatum, którego nie mogli ogarnąć umysłami, a które pchało ich w swoje ramiona?
      Z tym, że historia nie znała przypadków, kiedy fatum prowadziło człowieka do czegoś innego niż zguby.
      Nie chciał się teraz nad tym zastanawiać. W tej chwili przeznaczenie było nadzieją, szczęściem oraz szaleństwem zmysłów. I nie zamierzał myśleć nad tym, co może pójść nie tak, bo samo to mogło zniszczyć tą chwilę. Chwilę, która, tak bardzo tego pragnął, miała być idealna.
      Nogi same poniosły go w stronę Pokoju Życzeń. Chodził wzdłuż ściany obok tego paskudnego gobelinu przedstawiającego Trolle, błagając o miejsce odosobnienia, gdzie byliby odizolowani od całego świata. Świata tak zbędnego, gdy miał Evę obok siebie.
      Wyglądał jak pijany, choć Ognista już dawno zdążyła wywietrzeć z jego organizmu. Ciągał za sobą Reeve, bojąc się, że jeśli choć na moment wypuści jej dłoń dziewczyna rozpłynie się niczym zjawa, senna mara lub wytwór jego choregu umysłu. Świadomość jej fizycznej obecności, to, że mógł choć na moment silniej zacisnąć palce na jej dłoni, by upewnić się, iż wciąż jest obok dodawała mu siły.
      W końcu drzwi się pojawiły. Serce Ignotusa załomotało w piersi. Zmierzali w ściśle określonym kierunku i obydwoje z całą pewnością zdawali sobie z tego sprawę. Zbliżali się do jedynej granicy, której nie przekroczyli jeszcze w swoich relacjach i na jedną krótką chwilę, równą kilku płytkim oddechom, dopadła go wątpliwość, czy to do czego nieuchronnie zmierzają jeszcze gorzej nie namiesza między nimi.
      A później nacisnął klamkę, otworzył drzwi, wpuścił Reeve przodem do środka, by po chwili samemu znaleźć się wewnątrz Pokoju Życzeń.
      Przybrał on kształt niewielkiego kwadratowego pomieszczenia o bordowych ścianach i podłodze wyłożonej drewnem. Wewnątrz znajdowało się tylko łóżko pełne pościeli przybranej w satynę o jakimś ciemnym kolorze i mały, dębowy stolik, na którym stała pojedyncza, długa świeca w złotym świeczniku.
      Ignotus zmarszczył brwi i spojrzał na Gryfonkę niepewnie.

      [Jakoś tak… Niby pisało mi się dobrze, ale jak to przeczytałam to czegoś mi tu brakuje… Sama nie wiem. Jakość średnia. Ale czasu na poprawki brak. ]

      Ignotus

      Usuń
    23. Kiedy tylko jej palce splotły się z palcami Ignotusa, wcześniejsza błogość wróciła, ogarniając kolejno każdą komórkę jej ciała i napełniając je szczęściem. Ignotus prowadził ją wzdłuż kolejnych korytarzy tak szybko, że ledwo za nim nadążała w swoich niebotycznie wysokich butach, które w każdej chwili mogły stać się powodem do skręcenia nogi, albo upadku ze schodów. Gnali na złamanie karku, jak gdyby od tych sekund przewagi zależało wszystko, jak gdyby pragnęli zostawić daleko za sobą tego niekończącego się pecha, który już tyle razy pojawiał się nieproszony w ich życiu.
      Cała droga upłynęła im w milczeniu, bo tak naprawdę nie było niczego, co mogliby powiedzieć. A przynajmniej Eva miała wrażenie, że wszystkie słowa byłyby zbędne. Tak samo jak jej myśli. Uparcie starała się niczego nie analizować, skupiając się na poprawnym stawianiu kroków, bowiem dręczyła ją obawa, że najmniejszy impuls mógłby poprowadzić ją na zły tok rozmyślań, powodujący tylko zirytowanie czy wątpliwości.
      A tych nie miała wzdlędem Ignotusa, na którego zerkała co kilka sekund w potrzebie upewnienia się, że jest prawdziwy, czego nie można było powiedzieć o wszystkim, co zostawiała za sobą, wychodząc z balu.
      Kiedy Ignotus przechodził koło ściany naprzeciwko gobelinu, jego twarz wyrażała zdeterminowanie i całą gamę innych uczuć, których Reeve nie mogła zinterpretować i doszła do wniosku, że po raz kolejny mogłaby oddać wszystko, aby poznać choć jedną z tych myśli, które kłębiły się w jego głowie.
      W końcu drzwi się pojawiły, a Darkfitch przepuścił Effy przodem do pomieszczenia za nimi, na widok którego bariera zza której dziewczyna hamowała wszystkie myśli rozpadła się w drobny mak, wystawiając ją bezbronną na ich ostrzał.
      Widząc wystrój pomieszczenia, Reeve wypuściła ze świstem powietrze, oceniając rozmiar łóżka, na widok którego jej żołądek ścisnął się w supeł.
      Przekraczając próg tych drzwi, oboje przekroczyli pewną granicę, dotarli do miejsca całkiem nieznanego dziewczynie, punktu w którym jeszcze nigdy nie dane jej było się znaleźć z Ignotusem, ba, z kimkolwiek, i napawało ją to przerażeniem, paraliżującym każdy nerw jej ciała, ale zarazem nieopisaną, niezmierzoną ekscytacją.
      Ślizgon posłał w jej stronę niepewne spojrzenie, co sprawiło, że z odmętów jej umysłu wydobyła się idea Pokoju Życzeń. Największe pragnienie, wyraz tego, czego najbardziej Ignotus potrzebował, potrzebował będąc z nią i to dodało jej otuchy.
      Stanęła naprzeciwko niego i złapała też drugą dłoń chłopaka, patrząc mu w oczy. Mając wysokie obuwie, nie musiała zadzierać głowy do góry. Wystrój wnętrza powinien być wystarczającym dowodem, ale musiała to usłyszeć od niego. W przeciwnym wypadku jej własna niepewność zniszczyłaby ją od środka, pozostawiając jedynie skorupę.
      - Chcesz tego? - spytała, modląc się, aby jej głos nie drżał.

      [uch, jak krew z nosa mi to szło. przepraszam jak coś xD]

      Usuń
  10. Syriusz, jak można było się spodziewać, na balu brylował. Na imprezach czuł się, jak ryba w wodzie i nawet fakt, że ostatnio jego życie przewróciło się do góry nogami z powodu Kristel nijak nie mógł popsuć mu nastroju. Zresztą już dawno postanowił sobie, iż żadna kobieta nie będzie w stanie go zdołować ani wprawić w ponury humor. Jak to mówią… Tego kwiatu jest pół światu. A jeśli Scriven woli tego frajera Whita to jej sprawa.
    W radosnym nastroju obtańczył sporą część piękniejszej połowy hogwarckich uczniów, a nawet udało mu się zachęcić do tańca Minerwę McGonagall, co w późniejszym okresie zwykł określać swoim największym życiowym osiągnięciem.
    Właśnie wracał do stolika, bo zaczynało mu burczeć w brzuchu, gdy ich zobaczył… Remus i Kristel tańczyli objęci. Coś w nim pękło. Coś się zagotowało. Poczuł się… zdradzony. Tak to dobre określenie. ZDRADZONY. Czym innym było to, co połączyło Scriven i Whita. A czym innym to, że obściskiwała się z jednym z jego najlepszych przyjaciół, który notabene doskonale znał uczucia, jakimi darzy dziewczynę Black.
    I o ile mógł przełknąć, choć z trudem, tą pierwszą rzecz, tak to, co zobaczył teraz najzwyczajniej w świecie go przerosło.
    Nie zastanawiając się przesadnie długo nad tym co robi ruszył w stronę dwójki swoich byłych przyjaciół.
    - Dobrze się bawicie? – wysyczał niby mimochodem zatrzymując się niedaleko nich. – Widzę Kristel, że wszystko jedno z kim… Remusa też zabierzesz do Pokoju Życzeń? Myślę, że bardzo tego pragnie. Najwyższa pora na stracenie cnoty, co, Luniaczku?
    Nie myślał nad tym co mówi. Chciał ich zranić. Tak po prostu.

    Syriusz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oboje z Remusem szybko oderwali się od stolika, gdy magiczna gitara zaczęła wydobywać dobrze znane Kristel dźwięki jednej z jej ulubionych piosenek „Otwórz moje serce Alohomorą”. Nie zaliczała się ona do tych, które odznaczały się szybkim tempem i żywiołowością, ale ostatecznie miło było kołysać się przy jej melodii, nawet będąc wtulonym w przyjaciela. Na szczęście relacji Kris i Remusa nie zagrażał nagły odchył w sposobie patrzenia na siebie, czy też przyspieszenie rytmu serca – byli jak brat i siostra, z tym że dziewczyna nigdy nie mogła zwierzyć się Dantemu, a Lupinowi i owszem. Tańcząc, wypełniała ją pozytywna energia, czuła że nic nie zniszczy jej tego wieczoru. Żadnej miłości, żadnego zauroczenia, żadnych skomplikowanych relacji, które zawsze wszystko utrudniały. Po prostu taniec, niskoprocentowe wino i dobra zabawa z przyjaciółmi.
      Zespół powoli kończył śpiewać piosenkę, mimo wcześniejszych licznych powtórzeń emocjonalnego refrenu, który był równocześnie zabawny, ironiczny, ale także uczuciowy, sentymentalny. Kristel chciała, by zespół wciąż go powtarzał, a przy ściszeniu muzyki miała domagać się o bis, lecz w pewnym momencie jej serce stanęło. Oczy dziewczyny dostrzegły postać Syriusza Blacka zmierzającego w ich stronę. Jedna chwila, krótki moment i całe jej szczęście wyparowało gdzieś w górę, do pobłyskujących na sklepieniu czerwono-różowych serc.
      Wraz z jego słowami Kristel zrobiło się niedobrze. Nagły przypływ emocji spowodował w jej środku wewnętrzną burze, ścisk w żołądku i mętlik w głowie. Jego głos był przesycony złośliwością, w chwili gdy mówił Kristel patrzyła prosto na niego, najpierw zaskoczona, później smutna, a gdy już skończył – wściekła. Otaksowała go pełnym gniewu spojrzeniem, spoglądając mu prosto w oczy. Dłoń jej drgnęła, chcąc udać się w górę i z impetem uderzyć w jego policzek, jednakże, nie wiedzieć czemu, dziewczyna powstrzymała się i jedynie przegryzła wewnętrzną stronę dolnej wargi. Wewnętrzne ciepło bijące z jej klatki piersiowej napędzało ją do wydobycia ze swoich ust czystego, pewnego dźwięku, będącego odpowiedzią na chamstwo ze strony chłopaka.
      -Wiesz co, Syriusz? – Powiedziała z szyderstwem w głosie, patrząc na niego z wpół przymrużonymi oczami. Zbliżyła się do Blacka, aż jego twarz znalazła się tuż przy jej twarzy. – Pieprz się – wysyczała przez zęby. – Pieprz się, nie mam ci nic innego do powiedzenia, po prostu mnie nie obchodzisz. Pieprz się – Dwa ostatnie słowa wyraźnie wyartykułowała, mimo że przy wcześniejszym wyznaniu głos lekko, lecz odczuwalnie jej się łamał. Odwróciła się od Blacka i chwyciła za nadgarstek Remusa.
      - Chodźmy stąd – zwróciła się do niego, patrząc w podłogę.

      Usuń
    2. Roześmiał się. Chyba tylko na tyle było go stać w tamtej chwili. Na wyzbyty wesołości, zimny i przesadnie wysoki śmiech.
      Zauważył nerwowy ruch dłoni Kristel i od razu domyślił się, że chciała go uderzyć. Przez chwile nawet żałował, że tego nie zrobiła. Być może potrzebował takiej gorączkowej reakcji z jej strony, by się otrząsnąć. Być może wówczas zacząłby czuć coś poza tą palącą pustką w środku.
      - Powiedziałbym byś zrobiła to samo – odparł, gdy w końcu pohamował śmiech, a Kris odwróciła się i zaczęła od niego odchodzić łapiąc za rękę Lupina. – Ale sama doskonale zdajesz sobie sprawę, że pieprzenie się jest rzeczą, która wychodzi ci najlepiej, więc nie muszę w żaden sposób dopingować cię do tej czynności.
      Przesadził. Poczuł to od razu, gdy ostatnie słowo tej wypowiedzi wylało się z jago ust. Scriven zdrętwiała i zatrzymała się w pół kroku, a Lupin spojrzał na niego z… pogardą? Nigdy dotąd nie widział u Luniaka takiego spojrzenia. Spoglądał na niego tak, jakby Black był żukiem gnojownikiem, który właśnie przytachał mu pod nos całkiem sporą kulę ekskrementów.

      Syriusz

      Usuń
    3. Słowa Syriusza wbiły go w ziemię. Spoglądał na przyjaciela i nie mógł uwierzyć, że to naprawdę on. Cała ta sytuacja go przerastała. ICH przerastała. Wiedział. Znał Syriusza zbyt dobrze, by dać się pozorom twardziela. Był zraniony. Dogłębnie. Przez niego. Ale jego słowa nie były szczere. Nie były też typowo chamskie, co zwykle miało na celu wywołanie salwy śmiechu dookoła. W tamtej właśnie chwili ujawniała się znienawidzona przez Remusa strona Huncwota. Złośliwego, zarozumiałego dupka.
      - Nie mów tak do niej.
      Jego głos był cichy, ale stanowczy. Nie chciał zwracać na nich uwagi gapiów, co jak się spodziewał prędzej czy później miało nastąpić za sprawą donośnego głosu Blacka. I naturalnie jego uwielbienia do bycia w centrum uwagi.
      - Nie mów tak do niej.
      Powtórzył. Wiedział, że wcześniej postąpił źle, nie mówiąc nic przyjacielowi. Ale teraz to Syriusz traktował jego i Kristel jak szmaty. Słowa chłopaka ugodziły go, ale postanowił teraz się nad nimi nie namyślać. Wiedział, że właśnie ważą się (już właściwie przesądzone) losy ich przyjaźni.
      Odchrząknął, przytrzymując rozeźloną Scriven w miejscu i krzyżując dłonie na klatce.
      - Każdy z obecnych na Sali zna choć powierzchownie zasady savoir-vivre’u, Łapo. Myślałem, że już kiedyś przeprowadzaliśmy podobną rozmowę.
      Uniósł brew w typowym dla siebie krytycznym geście. Wyrażał się przemądrzale, co zwykle doprowadzało Blacka do wybuchu śmiechu. Tym razem było tylko czynnikiem jego większej wściekłości.
      - Przykro mi, że nadal nie znasz podstawowych zasad kultury. Zamiast zastanawiać się nad moją cnotą zająłbyś się swoim interesem, który – swoją drogą – aż dziwne, że jeszcze dziś nie był używany.

      ~ Lunatyk.

      Usuń
    4. [Lunatyk <3 made my day xD. aż mi przykro, że raczej dziś już nie odpowiem, albo odpowiem późno w nocy xd]

      Usuń
    5. Słyszała głos Remusa, ale znaczenie jego słów do niej nie docierało, wszystkie dźwięki były dla Kristel stłumione, gdy stała ona odwrócona plecami do Blacka. Oszołomiona, nie zauważyła, że jej nogi jakby zostały przytwierdzone do podłogi, a w środku jej klatki piersiowej ktoś rozpalił ogień, który teraz unosił się w górę do twarzy dziewczyny, całej zaczerwienionej od napływających emocji. Nie ktoś – to Syriusz był podpalaczem, który wprawił również w ruch jej kanaliki łzowe oraz przyspieszył bicie serca. Nie dało się ukryć, że oprócz złości czuła również wypełniające ją rozczarowanie i smutek. Czy dało się policzyć cudowne chwile spędzone z Syriuszem, jej przyjacielem, który nigdy nie pozwalał na to, by ktoś obrócił się przeciwko dziewczynie, wyzywając ją i poniżając. Teraz sam to robił. Nie droczył się, nie używał ironii, nie sprzeczali się w sposób, w którym po upływie paru godzin mówili sobie przepraszam, bo były to błahostki – nie. On zwrócił się w jej stronę, jak nigdy nie miał w zwyczaju. Zwrócił się, jakby była jego największym wrogiem – celował w najczulsze miejsce, a musiała przyznać, był w tym dobry. Bolało ją to o tyle bardziej, od tych, którzy kiedykolwiek mu się naprzykrzyli, że w przeciwieństwie do nich ona była z nim dostatecznie blisko, by jego słowa w tym momencie wydawały się obce. Zacisnęła mocno oczy i wzięła parę szybkich, głębokich wdechów. Z tego, co zdążyła wychwycić Lupin rzucił jakąś uwagę na temat savoir-vivre’u, co miało się nijak to jej następnego ruchu. Czy dbała o to, że otaczała ich grupa tańczących czarodziejów? Albo o to, że parę godzin temu z garstką innych osób została zgarnięta do gabinetu Slughorna, bo przypadkowo została złapana w miejscu awantury? Nie. Odwróciła się na pięcie i bez zahamowani zrobiła parę szybkich kroków w stronę Blacka, którego prawy policzek zaraz pokrył się zaczerwienionym odciskiem jej otwartej dłoni. Nie widziała teraz miny Remusa, jednak z pewnością musiał być on zszokowany. Nie dbała o to.
      - Robisz ze mnie dziwkę, tak Syriuszu? Oh, co za wymowny gest z twojej strony! – Wręcz krzyczała, cała roztrzęsiona, patrząc na jego rozmazaną twarz, gdyż oczy miała wypełnione przeźroczystym płynem. – Właściwie, powiedz mi, czemu cię to tak obchodzi, co? Obchodzi cię to, z kim sypiam? – Wychrypiała, ciężko oddychając i zaciskając zęby. – Bo chciałbyś być na jego miejscu, tak? Żałujesz że to nie byłeś ty, Syriuszku – zaśmiała się nerwowo. – Wiesz co ci powiem? Było mi dobrze, cholernie dobrze i nie żałuję tego, co zrobiłam, pieprzony kochasiu. Mam przynajmniej odwagę, by być szczerą, a nie tak jak ty ukrywać się po kątach, że jesteś o mnie zazdrosny.

      Nie zwracała uwagi na otaczający ich tłum. Czuła na swoich policzkach łzy, które wyrabiały sobie drogę do jej ust. Poczuła ich słony smak, ale była zbyt roztrzęsiona, by zetrzeć je ruchem dłoni.

      Usuń
    6. Był cholernie szczęśliwy. Jak inaczej mógł się określić, kiedy nareszcie potrafił poprawnie zinterpretować swoje uczucia względem Millie? Kiedy zdobył się na odwagę, by poruszyć ten temat i nie ważne, że był to środek najgłupszej piosenki, do jakiej miał okazję tańczyć. Długo się wahał, w ostatniej chwili postanowił sobie odpuścić, ale później, kiedy wirowali w rytm muzyki, tak idealnie do siebie dopasowani, kiedy spojrzał jej w czekoladowe oczy, zrozumiał, że był to cudowny widok, którym mógł się upajać do samej śmierci, do ostatniego tchu trzymać jej dłoń, całować do ostatniego uderzenia serca i niezależenie od tego, czy po śmierci było coś jeszcze, dalej chcieć to robić. Niestrudzenie, konsekwetnie, niezachwianie. Bastian był całkowicie pewien, że nic nie będzie w stanie zepsuć mu tego niewyobrażalnego szczęścia, które nareszcie miał z kim dzielić.
      Bal zbliżał się pomału do końca, a przynajmniej dla niego i dla Walker, przeciskali się pomału przez tłum w stronę wyjścia, zanim do jego uszu nie dobiegł roztrzęsiony głos.
      – Właściwie, powiedz mi, czemu cię to tak obchodzi, co? Obchodzi cię to, z kim sypiam? – Drgnął nerwowo i rozejrzał się w celu zlokalizowania jego właścicielki. – Bo chciałbyś być na jego miejscu, tak? Żałujesz że to nie byłeś ty, Syriuszku. - Nie pomylił się zgadując, że to była Kristel. Praktycznie natychmiast zmienił kierunek swoich kroków, obierając trajektorię na grupkę znanych twarzy. - Wiesz co ci powiem? Było mi dobrze, cholernie dobrze i nie żałuję tego, co zrobiłam, pieprzony kochasiu. Mam przynajmniej odwagę, by być szczerą, a nie tak jak ty ukrywać się po kątach, że jesteś o mnie zazdrosny.
      W sumie nie wiedział nawet dlaczego podszedł, ale cokolwiek się tutaj działo czuł, że powinien przy tym być. Koło niego przystanęła Millie i niemal czuł na sobie jej pytające, świdrujące spojrzenie.
      Niekoniecznie chciał stanowić centrum wydarzeń i główny powód zamieszania, a na jego nieszczęście pierwszą osobą która go zauważyła, był właśnie Syriusz Black.

      Usuń
    7. [łojejejjejeje!!! się podjarałam tym co się dzieje xD]

      Syriuszek

      Usuń
    8. Lunatyk dał mu wykład o kulturze, co było tak bardzo w jego stylu, że Syriusz przez moment miał ochotę poklepać go po plecach i z zawadiackim uśmiechem na ustach powiedzieć żeby się zamknął. Może nawet by to zrobił, wszak przyjaźń Huncwotów przetrwała już nie takie sprzeczki, gdyby nie to, że Kristel niespodziewanie okręciła się na pięcie i zrobiła to, od czego przed momentem się powstrzymała. Mianowicie – z impetem uderzyła Syriusza w twarz. Jego policzek zapłonął żywym ogniem, ale dużo bardziej niż ten cios zabolały go słowa, które chwilę po nim wykrzyczała Krukonka.
      Bo chciałbyś być na jego miejscu, tak? Żałujesz że to nie byłeś ty, Syriuszku.
      Nie przyznawał tego nawet przed samym sobą, ale żałował. Tak cholernie żałował.
      Było mi dobrze, cholernie dobrze i nie żałuję tego, co zrobiłam, pieprzony kochasiu.
      Słowa wbiły się w niego, jak miecze. Rozrywały jego serce na kawałki tak, jak głodne wilki rozrywają między sobą kawałki padliny.
      Patrzał na zapłakaną twarz Scriven, ale nawet jej łzy nie były w stanie ujarzmić złości, która ni stąd ni zowąd nim zawładnęła. Spojrzał na nią chłodno, a po chwili, nad jej ramieniem dojrzał inną twarz, której w tej chwili tak bardzo nie chciał widzieć. Bastian White, ściągnięty najprawdopodobniej przez krzyki Kristel, przypatrywał się w milczeniu zajściu, które zapoczątkował Black.
      Gryfon uśmiechnął się chłodno.
      - Jeśli czegokolwiek żałuję – zaczął, a ton jego głosu zupełnie nie przypominał tego ciepłego, przepełnionego wesołością barytonu, którą Łapa zwykł operować - to tylko tego, że tak późno zrozumiałem jak łatwą, puszczalską i kłamliwą personą jesteś.
      Zrobił krótką przerwę. Spodziewał się kolejnego uderzenia, a gdy to nie nastąpiło zaczął wyrzucać z siebie kolejne słowa.
      - Skoro było ci z nim tak dobrze to, czemu nie zabawicie się znowu? – Zrobił kilka kroków w stronę kapitana drużyny Quidditcha Ravenclawu i z szyderczym uśmiechem przylepionym do twarzy kontynuował. – Co Bastianie, nie masz ochoty zabrać Scriven po raz kolejny do Pokoju Życzeń? Jest przynajmniej dobra w te klocki? – Położył dłoń na ramieniu wyraźnie zszokowanego i zirytowanego Whita. – Luniaczek jeszcze tego nie sprawdził, a dość powszechną stała się informacja, że ty miałeś już okazje, przepraszam za kolokwializm, bzyknąć Kristel.

      Syriusz

      Usuń
    9. Zaskakujący. Tak właśnie Millie opisałaby ten wieczór, gdyby ktoś ją o to poprosił. Jeszcze kilka godzin temu nawet nie spodziewałaby się, że taki właśnie przymiotnik wybierze, do głowy przychodziłoby jej raczej coś w stylu: nudny, irytujący bądź tandetny. Nigdy nie przepadała za balami, z czym nie kryła się odkąd zaczęła się płynnie komunikować, jednak tym razem było całkowicie inaczej, a wszystko za sprawą osoby, której nie posądzałaby o to, że będzie dla niej aż tak ważna. Owszem, White zawsze odgrywał ogromną rolę w jej życiu, ale było to kompletnie inne od tego, co zrodziło się między nimi na przełomie ostatnich tygodni. To, co miało być tylko i wyłącznie układem, nagle stało się czymś więcej i żadne z nich zdawało się początkowo nie zauważać tej zmiany. Tyle, że nie można być wiecznie ślepym i głuchym na sygnały, które daje ci twoje własne ciało, a przede wszystkim serce, które pod każdym spojrzeniem czekoladowych oczu Bastiana topniało, a rozpłynęło się niemal całkowicie, gdy okazało się, że on czuje podobnie, że jemu także nie wystarcza to co mają i chce czegoś więcej.
      To był pierwszy raz w życiu, kiedy szczerze mogła powiedzieć, że nie chciała, żeby bal się kończył. Jednak decyzja o opuszczeniu Wielkiej Sali wyskoczyła jakoś sama z siebie i nim się obejrzała, już kierowali się w stronę wyjścia. Musieli jeszcze przecisnąć się pomiędzy kilkoma małymi grupkami uczniów, kiedy nagle Bastek zmienił kierunek swojego ruchu. Niewiele się nad tym zastanawiając, Millie ruszyła za nim, by chwilę później zostać obserwatorem kłótni trójki osób, które kojarzyła, jednak lepiej znała (o ile można to tak nazwać) tylko Kristel. Nie rozumiała, co tu robili i z konsternacją przyglądała się White'owi by chwilę później przenieść go na uczestników sprzeczki. Miała ochotę spytać swojego partnera o co chodzi, gdy odpowiedź niespodziewanie przyszła do niej sama, wraz z osobą Syriusza Blacka.
      – Co Bastianie, nie masz ochoty zabrać Scriven po raz kolejny do Pokoju Życzeń? Jest przynajmniej dobra w te klocki?
      Zimny dreszcz przeszedł po jej plecach. Miała wrażenie, że słyszy ruch trybików w swojej głowie, które nagle zaczęły intensywnie pracować i łączyć informacje.
      – Luniaczek jeszcze tego nie sprawdził, a dość powszechną stała się informacja, że ty miałeś już okazje, przepraszam za kolokwializm, bzyknąć Kristel.
      Czuła, że cała krew odpłynęła jej z twarzy.
      To musi być jakiś żart, prawda? Albo kolejna stara sprawa, z czasów gdy jeszcze Bastian i Scriven byli razem?
      Zaprzeczenie samo układało się w jej głowie, nie potrzebowała nawet specjalnie przyglądać się reakcji Bastka. Wiedziała, że to żadna stara sprawa, to było świeże. Tylko jak bardzo? Kiedy zabawiał się z jej współlokatorką?
      Wzięła głęboki oddech, próbując się odrobinę uspokoić. Musiała zachować zimną krew, przynajmniej jeszcze chwilę, póki nie usłyszy tego z jego ust...
      - Błagam zaprzecz. - Cisnęło jej się na wargi, zamiast tego rzuciła tylko: - Bastian?

      Usuń
    10. I chociaż dziewczyna nie spodziewała się otrzymać od Syriusza odpowiedzi pełnej czułości i skruchy, to przynajmniej miała nadzieję, że chłopak odpuści, wycofa się i przyjdzie do niej wtedy, gdy emocje opadną u nich obojga – myliła się. To, co otrzymała w zamian za ostre słowa, które jakby same, bez żadnego ostrzeżenia ubrały się w donośny dźwięk, było tak oszałamiające, że przez moment przestała oddychać, a mimo że jej płuca domagały się powietrza, ona zaczerpnęła go dopiero wtedy, gdy chłopak skończył mówić. Ton jego głosu był na tyle chłodny, że zdawał się być idealnym bodźcem, mogącym poradzić sobie w oziębieniu rozgotowanej Kristel.
      - Jeśli czegokolwiek, to tylko tego, że tak późno zrozumiałem jak łatwą, puszczalską i kłamliwą personą jesteś – powiedział jej to prosto w oczy, a jej oddech stał się płytki i czuła, że kolana lekko się pod nią uginają. Spuściła wzrok z Syriusza na parkiet, czując równocześnie na sobie wzrok gapiów -spojrzenia pełne zszokowania, pełne dezaprobaty. Jednak ona nie miała teraz głowy, do przejmowania się opinią innych. W tej chwili liczyły się tylko słowa Syriusza, słowa, które spowodowały, że z oko Kristel uroniło jedną, pojedynczą łzę. Nie pozwoliła sobie na więcej, gdyż nagle nastąpił atak na Bastiana. Tak, wyraźnie usłyszała jego imię, a gdy ten dźwięk dotarł do jej uszu, nagle podniosła głowę i rozdziawiła usta w zszokowaniu. Czy ta awantura mogła urosnąć do jeszcze większych rozmiarów? Czy akurat teraz w trakcie zamieszania musiał pojawić się White, w dodatku ze swoją dziewczyną. Wszystko krzyczało w niej: „uciekaj z Millie jak najszybciej”, ale nie potrafiła wydobyć głosu ze ściśniętego gardła.
      – Luniaczek jeszcze tego nie sprawdził, a dość powszechną stała się informacja, że ty miałeś już okazje, przepraszam za kolokwializm, bzyknąć Kristel.
      I wszystko posypało się, jak domek z kart, który Syriusz z taką łatwością zdmuchnął. Miała ochotę chwycić go za marynarkę i krzyczeć mu prosto w twarz, że go nienawidzi, ale nie zrobiła w tym kierunku żadnego kroku. Stała bez ruchu, wpatrując się w pobladłą Millie, stojącą przy boku Bastiana.
      Przełknęła ciężko ślinę.
      - To było dawno, Millie to nie interesuje – wychrypiała słabym głosem. – Po prostu wypiłeś za dużo alkoholu, nie mieszaj ich w to – zwracała się do Blacka, jednak ani razu na niego nie spojrzała. Patrzyła w nieokreślony punkt, gdzieś na pograniczu podłogi i tłumu czarodziejów.

      Usuń
    11. Syriusz Black wpadł w furię. Jego ciemne oczy zdawały się płonąć, kiedy pod maską drwiącego uśmiechu ciskał nimi pioruny w stronę Bastiana. Najprawdopodobniej jego widok podziałał na Blacka niczym płachta na byka, który podjudzany tygodniami nareszcie miał okazję wywrzeć zemstę na najbliżej stojącym torreadorze.
      – Co Bastianie, nie masz ochoty zabrać Scriven po raz kolejny do Pokoju Życzeń? Jest przynajmniej dobra w te klocki? – Położył mu dłoń na ramieniu, którą Krukon natychmiast ściągnął, wpatrując się w ciemnowłosego z mieszaniną irytacji; nie ulegało wątpliwości, że zażył sporo alkoholu. – Luniaczek jeszcze tego nie sprawdził, a dość powszechną stała się informacja, że ty miałeś już okazje, przepraszam za kolokwializm, bzyknąć Kristel.
      Ręce Bastiana zacisnęły się w pięści, drgając nieznacznie. Całą siłę woli skupił na tym, żeby nie uderzyć chłopaka. Tego wieczoru narobił sobie już poważnych problemów w podobny sposób nadając twarzy Drew fioletowego odcienia i ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, było złożenie kolejnej wizyty w gabinecie Horacego. White wręcz gotował się ze złości, którą uparcie maskował pod pozorami obojętności, pozwalając sobie jedynie na poruszanie oczami, pozostawiając całą resztę ciała nieruchomą jak posąg.
      Cokolwiek Black czuł do Kristel, cokolwiek między nimi zaszło, zraniona męska duma nie mogła stanowić żadnego przyzwolenia do robienia komukolwiek wyrzutów.
      Na usta cisnęło mu się milion adekwatnych określeń, kiedy jedno stłumione westchnienie dobiegające zza jego pleców rozgniotło wszelkie jego ambicje wygarnięcia Blackowi w drobny pył.
      Millie.
      Millie słuchająca każdego słowa, które wyszło w ust tego sukinsyna.
      Millie, która postąpiła krok na przód, aby z jego oczu wyczytać cokolwiek, co mogłoby służyć za zaprzeczenie jej obawom.
      Millie czekająca na jego odpowiedź, z coraz większym niedowierzaniem wymalowanym w smutnych oczach.
      White poczuł się, jakby ktoś przejechał po nim walcem, wgniatając w ziemię z siłą setek tysięcy niutonów, spłycającą oddech, ograniczającą myśli, wiążącą mu ręce i pozbawiającą wszelkiej możliwości do ruchu.
      Głos Kristel ledwo przebijał się do jego świadomości, ale mimo wszystko czuł względem niej wdzięczność, mimo że próbowała nadaremno cokolwiek naprawić.
      Nie dało się. Mógł jedynie próbować wytłumaczyć dziewczynie wydarzenia sprzed układu, ale ten pierwiastek łaknący zemsty w jego jaźni nie mógł powstrzymać tego, co miało zaraz zajść.
      W końcu postąpił krok naprzód, łapiąć Syriusza za przód koszuli, aby maksymanie zmniejszyć dystans między nimi.
      - Jak wielką odczuwasz potrzebę pogrążenia resztek pozytywnej opinii o tobie w odmętach chorej zazdrości, doprowadzając Kristel do łez? - wysyczał przez zęby. - Pokazując w pijackim szale całej sali to, jakim jesteś skurwielem, nie potrafiąc zaakceptować prostego faktu: ranisz ludzi i nie zasługujesz na dzielenie żadnej chwili z tymi, na których podobno tak ci zależy. - To mówiąc, odepchnął gwałtownie Gryfona i w odwrócił się w stronę Walker.
      - To wszystko wygląda inaczej, niż sądzisz - zdołał jedynie wymamrotać, bojąc się spojrzeć w jej twarz w obawie przez zobaczeniem jej wyrazu.

      Usuń
    12. Był z siebie dumny. Przynajmniej przez tą jedną, krótką chwilę nim dotarło do niego, co właściwie zrobił. Gdy zobaczył smutne oczy Millie, która zdołała wydusić tylko imię tego kretyna, łzę spływającą po policzku Kris i w końcu furię ogarniającą Bastiana cała duma ulotniła się z niego jak powietrze z niezawiązanego balonika, którego ustnik dotąd ktoś trzymał w zaciśniętej dłoni, a teraz postanowił puścić. No dobra, dobra… Furia Whita nie robiła na nim wrażenia. Ale pozostałe dwa czynniki? Nie był takim człowiekiem. Nie rajcowała go zemsta. Nie podniecało krzywdzenie innych. Nie znosił górować nad pozostałymi ludźmi. A teraz udowodnił, że jest Blackiem z krwi i kości, choć ostatnie lata poświęcił na to, by udowodnić wszystkim, iż różni się od swojej arystokratycznej, czysto krwistej rodzinki.
      - To było dawno, Millie to nie interesuje – zaczęła Kristel . – Po prostu wypiłeś za dużo alkoholu, nie mieszaj ich w to.
      Przecież wcale nie zamierzał wmieszać w to wszystko Krukona i jego nowej dziewczyny. To wszystko zabrnęło zdecydowanie za daleko. Powinien wyhamować ten pędzący w przepaść pociąg.
      - Dawno? – wychrypiał jednak głupio nie zastanawiając się nad własnymi słowami. – Nie wydaje mi się.
      Zamilkł uświadomiwszy sobie, że wcale nie polepsza swojej sytuacji. Cała czwórka wpatrywała się w niego w duszącej i przytłaczającej ciszy, którą w końcu zdecydował się przerwać Bastian. Złapał go za koszulę i przyciągnął w swoją stronę.
      Wygłosił wzniosły monolog i odepchnął Syriusza, a ten zatoczył się na pobliski stół zwalając z niego część zastawy. Szybko zebrał się jednak do pionu i skierował kroki w stronę Bastiana próbującego bezskutecznie wytłumaczyć coś swojej towarzystwie.
      Popchnął go, a następnie łapiąc za tył marynarki zmusił do spojrzenia w swoim kierunku.
      - Ja ranię? – zapytał, by po chwili sam sobie udzielić odpowiedzi. – Być może. Ale wy, PAŃSTWO IDEALNI, też nie jesteście bez winy.
      Wycelował palec wskazujący w stronę Whitea.
      - Budujesz nowy związek na kłamstwie? – zapytał retorycznie. – A może uważasz, że przemilczenie faktu, że jeszcze niedawno tarzałeś się w pościeli ze Scriven nie podchodzi pod kategorię kłamstwa? – Zmrużył oczy i odwrócił się w stronę Kristel. – A ty… - jego głos na moment się załamał. – Jak mogłaś dać mi myśleć, że jest jakakolwiek szansa na to, by coś między nami było, gdy cały czas czułaś coś do tego, tego…
      Zapowietrzył się. Był to jeden z nielicznych razy, gdy zabrakło mu słów. Przekręcił się więcej jeszcze o kilkadziesiąt stopni w lewo i jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Remusa.
      - Co do ciebie… Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, a ty wykorzystałeś całą sytuację do tego, by zająć moje miejsce u jej boku – wskazał głową na Kristel.
      Zagryzł wargi i jeszcze raz otaksował ich wszystkich wzrokiem.
      - Wiecie co? Pieprzcie się. Dosłownie i w przenośni. Wszyscy jesteście siebie warci.

      Syriusz

      Usuń
    13. [Poziom tego odpisu mnie zasmuca.
      Zostałam stworzona do miłości, a nie do wojen i tym wytłumaczę moją nieumiejętność prowadzenia wątków z konfliktem w tle.]

      Syriusz

      Usuń
    14. Zszokowana, złapała długi oddech, patrząc równocześnie, jak Bastian chwyta za koszulę Blacka i mówi mu słowa, za które dziewczyna powinna być wdzięczna, jednak czuła wypełniającą ją złość, bo użycie agresji nie słownej, a fizycznej, z pewnością niczego nie uproszczało. A ona chciała mieć już to za sobą. Właściwie chciała, by to się nigdy nie wydarzyło, zarówno afera na balu, jak i jej bliższy kontakt w Pokoju Życzeń z Bastianem. Nie żałowała tego stosunku do czasu, gdy wszystko z jego powodu zaczęło się sypać i okazało się, że żaden sekret nie może zostać utrzymany w tajemnicy, bo prawda w końcu się wyda i los zemści się za jej ukrywanie. Nie trzeba było długo czekać, aż odepchnięty na stolik Syriusz, szybko się pozbierawszy, zrobił parę szybkich kroków w kierunku Krukona, by móc go popchnąć. Zagryzła wargę na wypowiadane przez niego słowa, a następnie mocno zacisnęła zęby, spoglądając nie tyle zła na Syriusza, co smutna, że to wszystko się tak potoczyło. Jednak jej serce zostało prawdziwie rozdarte, wraz z jego łamliwym głosem oraz ciemnymi oczami zwróconymi prosto w jej stronę.
      – A ty… Jak mogłaś dać mi myśleć, że jest jakakolwiek szansa na to, by coś między nami było, gdy cały czas czułaś coś do tego, tego… - Nie dokończył. Już od dawna czuła, że ona i Syriusz utknęli w jakimś martwym punkcie pomiędzy przyjaźnią, a czymś więcej, mimo nigdy dotąd nie dopuszczała do siebie możliwości rozmyślania o ich położeniu. Nigdy tego nie robiła, gdyż było to dla dziewczyny swego rodzaju tabu i zawsze ograniczała się określania go mianem najlepszego przyjaciela. Ale teraz zaczęła uporczywie myśleć, wykraczając poza barierę własnych ograniczeń. Nie dopuszczała go do siebie na tyle blisko, by coś mogło między nimi zajść, dlatego że nie chciała, by byli razem. Nie ze względu na uczucia, które do niego żywiła, a były one znaczące, co zdążyła sobie teraz uświadomić. Po prostu bała się, że powtórzy się historia z Bastianem – jedna kłótnia i wszystko stracone. Cała przyjaźń ulotni się z jedną chwilą - zero konwersacji, chłodne spojrzenia wymieniane mimochodem. Bała się tego. Była cholernym tchórzem. A bardzo zależało jej na Blacku.
      Gryfon zwrócił się do swojego przyjaciela, który stał w osłupieniu, przyglądając się zamieszaniu. Zwróciła uwagę na jedno sformułowanie – „moje miejsce”. Chciała odpowiedzieć, lecz Syriusz szybko dodał.
      - Wiecie co? Pieprzcie się. Dosłownie i w przenośni. Wszyscy jesteście siebie warci.
      Podeszła do niego. Zapewne nie wyglądała teraz zbyt pięknie – rozmazana, z podkrążonymi oczami i pogryzioną wargą. Zdobyła się na odwagę spojrzeć mu w oczy, a następnie wysilić swoje mięśnie mimiczne, do wytworzenia na jej twarzy cień uśmiechu.
      -Przykro mi. Przykro mi, że w twoich oczach zostałam pustą dziwką. I nie złość się na Remusa, jestem mu wdzięczna, że chciał wybrać się ze mną na ten bal i sprawić, że będę przez chociaż chwilę dobrze się bawić. To mój przyjaciel, tylko przyjaciel. – Spuściła wzrok. – Przepraszam, że musieliście tego słuchać – uniosła do góry kącik ust i skinęła głową do wszystkich zebranych. Minęła Syriusza i udała się w stronę wyjścia. Miała dość. A pod jej łóżkiem już czekała na nią Ognista Whisky.

      Usuń
    15. Nie obchodziły jej słowa Kristel, bo najzwyczajniej w świecie blondynka nie miała racji. To dotyczyło Millie, chociaż bardzo by chciała, żeby było inaczej. Zresztą Black skutecznie rozwiał bajeczkę Scriven o tym ażeby była to zamierzchła przeszłość. Szczerze? Millie w tym momencie nie czuła nic poza wszechogarniającą pustką i bezsilnością, która powoli zaczynała ją dopadać. Zupełnie tak, jakby ktoś spuścił z niej wszystko, pozostawiając jedynie powłokę. A jeszcze chwilę temu wszystko wydawało się być takie idealne, wystarczyło jednak kilka minut, żeby perfekcyjny wieczór zamienił się w jedną z najgorszych nocy jej życia. Los z przytupem przypomniał jej, dlaczego nigdy nie angażowała się w związki.
      A Bastian? Zaprzepaścił swoją szansę. Skreślił ten wątły cień szansy, którym dysponował, w momencie, w którym zrobił krok do przodu, rozpłynęła się ona kompletnie, gdy chwycił Blacka za koszulę i rozpoczął obronę zranionej Kristel. Nie potrzebowała żadnych więcej gestów, tym jak postąpił, w mniemaniu Walker, ustalił hierarchię wartości i ona nie znajdowała na jej szczycie. Dowiedziała się więc wszystkiego co chciała.
      - To wszystko wygląda inaczej, niż sądzisz.
      Prychnęła. Nawet nie potrafił na nią spojrzeć! Miała ochotę krzyknąć, żeby podniósł wzrok, ale nie zrobiła tego.
      - Daruj sobie White. - Syknęła. - Jakie to ma znaczenie? W końcu to był TYLKO układ, prawda? Myślę więc, że nadszedł czas, aby go zakończyć. - Dodała wypranym z emocji głosem. Czuła gulę w gardle i była niemal pewna, że jeszcze chwila i jej oczy zajdą łzami, starała się jednak przeciągnąć ten moment aż do czasu wyjścia z Wielkiej Sali.
      Czekała na odpowiedź Bastiana przez dosłownie ułamek sekundy, który wydawał ciągnąć się w nieskończoność, jednak blondyn nie zdążył nic powiedzieć, bo w tym momencie ponownie do akcji wkroczył Syriusz, obracając go w swoją stronę.
      Szatynka pospiesznie podjęła decyzję o ulotnieniu się z imprezy. To była najwyższa pora.
      Gdy na odchodne do jej uszu dotarło jeszcze pytanie: '- Budujesz nowy związek na kłamstwie?' Nie mogąc się powstrzymać, zaśmiała się gorzko. To nigdy nie miał być związek, a tylko i wyłącznie układ, w którym tego typu rzeczy nie powinny się liczyć. Sami stwierdzili - zero uczuć, jeden z głównych punktów ich umowy. I pomyśleć, że Millie tak szybko o tym zapomniała, że pozwoliła sobie myśleć, że może być z tego coś więcej, uparcie ignorując fakt, że żadne z nich nie nadaje się do tworzenia związków.
      Nie czuła złości, czego można by się było spodziewać, jedynie żal. Okropny żal rozrywający jej serce na kawałeczki, żal, który odbierał dech w piersi.

      Usuń
    16. Kiedy w końcu uniósł wzrok i dostrzegł w jej spojrzeniu ten sam wściekły żar, który sekundę wcześniej widział w Syriuszu; tym razem bijący się o dominację z ogromnym smutkiem, nie wiedział, czy to grunt usunął mu się spod stóp, rozwierając w otchłań gotową go bezpowrotnie pochłonąć, czy może jego nogi nagle zrobiły się kruche i słabe niczym wykałaczki, niezdolne do utrzymaniu ciężaru ciała i jeszcze większego ciężaru winy, który zwalił się na jego kark z całym impetem, wgniatając w ciemną pustkę pod nim.
      - Daruj sobie White. - Jej żal przyprawił go o dreszcz. - Jakie to ma znaczenie? W końcu to był TYLKO układ, prawda? Myślę więc, że nadszedł czas, aby go zakończyć.
      Słyszcząc drżenie głosu dziewczyny, jakby z trudem tłumiła emocje, White poczuł się jak ostatni skurwiel, że została doprowadzona do takiego stanu z jego powodu. Ona, która była najtwardszą osobą jaką znał, osobą nieokazującą takich emocji publicznie. A dopiero chwilę później jej słowa tak naprawdę do niego dotarły. Były niczym pięść wymierzona w brzuch, która wydarła z niego całe powietrze.
      On i Kristel po tamtej nocy oboje doszli do wniosku, że związek w ich przypadku nie ma najmniejszego sensu, a to co zaszło było pomyłką, o której najlepiej będzie zapomnieć i do niej nie wracać. Jedyne, co się między nimi zmieniło, to wzajemne stosunki, które pomału zaczęły wracać do stanu sprzed ich związku. Poza tym, najważniejszym faktem, czego Kristel dokładnie nie wyjaśniła, a Syriusz całkowicie mu zaprzeczył, było to, że do wszystkiego doszło przed układem. Przed tamtym treningiem, przed Millie, przed tym całym galimatiasem, w jaki się wpakował wierząc, że to nie wpłynie na ich przyjaźń.
      Jedyne co musiał zrobić, to wyjaśnić to dziewczynie, ale nie chciał robić tego publicznie, musiał po prostu na spokojnie jej wszystko wyjaśnić. A najpierw musiał otrzymać taką szansę.
      Nie zdążył.
      Chciał dać krok w stronę brunetki, ale drogę zastąpił mu Black, który celując w niego palcem, zaczął od nowa swoją tyradę. Bastian słyszał jego głos, ale nie był w stanie przetworzyć żadnego słowa. Gdyby przetworzył, prawdopodobnie zostałby w Wielkiej Sali, aby go zabić.
      - Wal się - warknął, odsuwając go ze swojej drogi gwałtownie, żeby móc podążyć śladem Walker, która prawdopodobnie opuściła już Wielką Salę. Miał gdzieś Kristel, Blacka, cały ten tłum. Niech ich wszystko szlag trafi.
      Bastian naprawę miał dość tego wieczoru.

      Usuń
    17. [Mimo, że piszę w wordzie nie chce mi się wkleić ani pochylone ani nic :/ no więc tam, gdzie cudzysłów wyobraźcie sobie, że jest to przekreślone xd]

      Mówi się, że ludzie, którzy wykazują się większą chłonnością mózgu, przyswajają więcej wiedzy i informacji, są bardziej poukładani, opanowani i mniej podatni na działanie paraliżującego szoku.
      Bzdury.
      Lupinowi dosłownie nogi wrosły w ziemię. Jego ciało było całe skamieniałe. Nie mógł poruszyć palcem, nie mógł obrócić głowy. Stał z otwartymi ustami, a wzrok utkwiony miał w pochłoniętej złością sylwetce Blacka. Gryfon miotający się na wszystkie strony nie zważał już na to, co czynił, a tym bardziej co mówił. Właśnie jego ostatnie słowa przekształciły go w Meduzę. W spojrzeniu buchającego wściekłością chłopaka nie było cienia dawnego przyjaciela. To właśnie jego oczy wraz z odpowiednio dobranymi do sytuacji wyrazami wprawiły Remusa w stan osłupienia.
      - Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, a ty wykorzystałeś całą sytuację do tego, by zająć moje miejsce u jej boku.
      Syriusz był łucznikiem, który celował w jego duszę i serce. Chciał przebić barierę ochronną, chciał stłamsić jego uczucia i wgnieść go w ziemię. I jak zwykle, kiedy na czymś mu zależało – udało mu się. Szkoda tylko, że nie wiedział jak bardzo się mylił.
      Koło nosa mignęła Remusowi sylwetka Kristel.
      „Pobiegł za nią. Chwycił ją za dłoń i przytulił. A potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie.”
      Stał w miejscu nadal lustrując Łapę spojrzeniem. Jego osłupienie minęło, kiedy ten podszedł do Bastiana. Szczerze powiedziawszy Remus nigdy w życiu nie widział, by ktoś pałał taką nienawiścią do drugiej osoby. Uczynił krok w ich stronę, ale White wyminął już Blacka i ruszył w kierunku wyjścia z Wielkiej Sali. Spojrzenia Huncwotów skrzyżowały się.
      Reakcja chłopaka miała zadecydować teraz nad losem następnych wydarzeń. A Lunatyk stał przed dylematem – pobiec za zrozpaczoną przyjaciółką czy doprowadzić do ładu przyjaciela, który był tykającą bombą.
      Remus dosłownie czuł się jak saper.

      Lunatyk.

      Usuń
    18. Nie pobiegł za nią. Przez chwilę ta myśl zawitała w jego głowie, ale chwila ta była jedynie krótkim momentem, małym, skromnym konceptem, który tylko na parę sekund zawitał w jego jaźni. Dookoła poza dezerterującymi dziewczynami działo się tak dużo. Gdzieś obok stał Remus, z tą niepewną miną wyrażającą całkowitą dezorientację i… przerażenie?
      Tak, Lunatyk zdecydowanie nie należał do osób, które dobrze odnajdują się w takich sytuacjach.
      Kątem oka dostrzegł Reeve i Darkfitcha, którzy byli bardzo blisko siebie… Zdecydowanie ZA BLISKO. Jedyną postacią, z którą Eva powinna być tak blisko był jego najlepszy przyjaciel, James. Nie miał czasu się jednak teraz nad tym zastanawiać pochłonięty własnym dramatem .
      Westchnął głośno. Cała złość zdołała już z niego wyparować. Blacka zdecydowanie charakteryzowała gorąca głowa i porywczy charakter, jednak nad tym wszystkim przebijała jedna z jego pozytywnych cech – potrafił przyznać się do błędu. Schował, więc dumę do kieszeni wytwornego garnituru i chwiejnym krokiem ruszył w stronę Lupina, by za chwilę zatrzymać się obok niego.
      - Stary… - zaczął, ale od razu zamilknął.
      Spojrzenie Lupina wyraźnie sugerowało, że nie ma Syriuszowi za złe tego zajścia. A może nie tyle, że nie ma mu tego za złe, ile, że jest gotowy o wszystkim zapomnieć. I nie potrzebuje do tego żadnych wzniosłych słów, przeprosin i kajania się ze strony Łapy, bo wie, iż przyjaciel szczerze żałuje swego zachowania.
      Black przełknął ślinę.
      - Możesz pójść zobaczyć, gdzie podziała się Kristel? – zapytał cicho. – Może zrobić coś głupiego. Sam bym poszedł, ale… Ale chyba jestem ostatnią osobą, którą chciałaby w tej chwili oglądać.
      Wbił spojrzenie w Lupina oczekując na jego odpowiedź.

      Syriusz

      Usuń